Jokohama wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Wszystkie barwy Jokohamy

Jakieś 30 kilometrów w linii prostej. Tyle dzieli ją od potężnego Tokio. Jokohama – mieniąca się różnymi barwami, była areną finałowego starcia największego turnieju piłkarskiego świata. W 2002 roku oczy całego sportowego (i nie tylko) świata, zwrócone były na pojedynek Brazylijczyków z Niemcami.

I pomyśleć, że 159 lat przed tym nim reprezentanci obydwu państw wyszli na zieloną murawę stadionu, Jokohama budziła tylko uśmiech politowania. Ot mała wioską, w której jedynym zajęciem 500 osobowej(!) populacji było łowienie ryb. Okolicą, do której trudno było się w ogóle dostać, z racji położenia w sercu bagiennych torfowisk.

Aleją Nihon Odori kieruję się w stronę portu. Patrzę, jak samochody pędzą drogą, która jako pierwsza w mieście przyjęła typowo zachodni charakter. Owa zmiana w 1870 r. zapoczątkowała de facto nową modę. W przyjemnym otoczeniu niskich drzew i przyciętych żywopłotów – co przecież nie jest klasycznym komponentem arterii drogowych – docieram to brzegu Zatoki Tokio. Wpatrując się błękitną, morską toń próbuję sobie ułożyć w głowie jak poruszać się po stolicy prefektury Kanagawa. Wydaje się, że lekko nie będzie… 3,73 miliona mieszkańców całej Jokohamy sprawia, że na jednym km2 żyje tu 8528 osób.

Wracam jednak myślami do portu. Jego widok nie jest przecież niczym niezwykłym; Jokohama na zawsze związała się przecież z morzem. Był 1859 r., gdy nieśmiało wpływały do niego pierwsze statki. Być może nieco lękliwie, pod dowództwem kapitanów, którzy nigdy dotąd nie mieli styczności z pustymi dotąd dokami. Któż by wtedy pomyślał, że wkrótce stanie się nie tylko ostoją miejskiego biznesu, ale też jednym z najpotężniejszych portów na świecie… Przecież ledwie rok wcześniej okolicę wypełniały tylko złociste pola, a samo miasto… de facto jeszcze nie istniało. Zamiast niego leniwe życie toczyło się w dwóch małych, biednych wioskach…

Co ciekawe ten dualizm niejako podtrzymano do dziś. Port – późniejszy motor napędowy rozwoju miasta, zaczynał jako podzielony na dwie części. Jedną zaanektowali we władanie wyłącznie Japończycy; druga stała się areną działań cudzoziemców, handlujących z Krajem Kwitnącej Wiśni… wszystkim, co zapewniało zyski. Dziś przeładowuje się tu 60 tyś ładunków w trakcie roku!

Stojąc na nabrzeżu zastanawiam się w którą stronę udać się najpierw. Moje dylematy rozwiewa Yokohama Customs zwana tu Queen’s Tower. Ledwie widoczna, otoczona dziś murami muzeum stanęła tu w 1934. Podświetlana nocą z pewnością robi większe wrażenie niż za dnia, bo teraz przywodzi mi na myśl… meczet.

Zresztą w bezpośredniej bliskości znajduję robiące zdecydowanie większe wrażenie dwie inne wieże. King’s Tower – siedziba władz prefektury Kanagawa powstała w 1928 r. w stylu art deco (począwszy od godz. 22 na całą noc gmach jest podświetlany). Yokohama Port Opening Memorial Hall to już jeden z najbardziej znanych budynków w mieście. Ale nie pod swą pierwotną nazwą, a jako „Jack’s Tower”. Gmach zbudowano w stylu neorenesansowym w 1917 r. Jego wieża zegarowa, podświetlana jest kolorami tworząc na czerwonej cegle iluminację ukazującą Jokohamę w szczytowym okresie swego istnienia.

Jack's Tower Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Jack’s Tower Jokohama; źródło: Flickr

Tymczasem ruszam sprzed Queen’s Tower szukając trochę cienia pod ceglanym murem. Zatrzymuję się się przed ciekawie wyglądającym frontonem restauracji, z wmurowanymi w ścianę kremowymi kamieniami. Obracam się 180° i ów zjawiskowy widok zastępuje mniej wysublimowane architektoniczne Archiwum Historii Jokohamy – Yokohama Archives of History. Przybycie na 3 Nihindori Naka-ju jest nieodzowne z jednego powodu. Pragnę zrozumieć, jak to się stało, że Jokohama, jedno z głównych miast ,tak długo przecież zamkniętej na obce wpływy Japonii, jest tak kosmopolityczne? Czyżby to już podpisanie słynnego traktatu z Kanagawy, na zawsze zmieniło oblicze miasta?

Wchodzę do dawnego brytyjskiego konsulatu, gdzie od drzwi wita mnie 200 tyś bezcennych eksponatów. Zerkam na mapy, gazety, zdjęcia i kartki pocztowe, ale przede wszystkim makiety statków i budynków. Wszystko to dziś jest oczkiem w głowie, nie tylko muzealników. A to za sprawą pamiętnego pożaru z 1923 i wojennej zawieruchy w 1945, gdy dumni Japończycy stracili większość historycznych eksponatów. O straszliwej historii przypomina tablica poświęcona ofiarom trzęsienia ziemi i licznych bombardowań.

Wiecie, że na całe miasto składają się cztery głównych części; podzielone dodatkowo na 18 dzielnic? Te czwórka to:

  • Wzgórza Yamate
  • Kannai – część administracyjna; jej nazwę tłumaczy się jako ”w obrębie płotu”, a wzięła się stąd, iż dawne rezydencje cudzoziemnców oddzielały od budynków zamieszkanych przez Japończyków płoty
  • Chinatown
  • Minato Marai

Blask pieniądza w Minato Marai

Zastanawiam się co też począć? W którą stronę skierować pierwsze korki? W końcu wygrywa… komercja. Tak zjawiam się przy Minato Marai 21 – Przystani Przyszłości. Od lat 90. ściąga ludzi na sense kinowe i do suto zastawionych stołów tutejszych restauracji. A przecież nie dalej jak w l. 80 ubiegłego stulecia wyczuwalny był tu głównie charakterystyczny zapach wielkiej produkcji, w stoczniowym wydaniu. Rewitalizacja poprzemysłowych terenów stała się początkiem wspaniałej historii tego miejsca.

Tak właśnie, na granicy okręgu, stanęła Landmark Tower (Wieża Orientacyjna) idealnie wpisując się w tutejszy krajobraz. Tak patrzę na nią i przychodzi mi na myśl, że jej kolor raczej nie nawiązuje do niepozornej szarej myszki, choć… taki odcień właśnie przybrała. Dość powiedzieć, że do 2004 r. była najwyższą budowlą w Japonii! 296 metrowa konstrukcja szczyci się tarasem widokowym, na przedostatnim 69. piętrze, na wysokości 273 m!

Jej budowa ruszyła w 1990 i trwała 3 lata. Piętra od 49 do 70 sobie daruję – pomieszczenia hotelowe, niżej położone restauracje, biura, klinika i sklepy kompletnie mnie nie interesują. Wytworne i potwornie drogie, czyli nie dla mnie… Skupiam się na znalezieniu celu mojej wędrówki. Jasne wnętrza prowadzą mnie do jednej z 79 wind. Konkretnie tej, pędzącej z prędkością 12,5 m/s w górę, do Sky Garden. Gdy po ledwie 40-stu sekundach wysiadam wiem, że nie zmarnowałem czasu. Oto bowiem spoglądam na Jokohamy widząc to:

Panorama Jokohamy www.szlakiempodrozy.pl

Panorama Jokohamy; źródło: Flickr

Spostrzegam położony 850 m dalej ogromny seledynowy diabelski młyn – Cosmo Clock Ferris Whell. Nie dziwiąc się, że przez jakiś czas był największym zegarem na świecie, rzucam jeszcze okiem na nieprzebrane tłumy w parku rozrywki Cosmo World. Dla przejażdżki kolejką górską klienci potrafią przetrzymać nawet ciągnące się kilkadziesiąt metrów kolejki! Lekki zwrot głowy w lewo i już podziwiam Pacifico. Architektoniczne cudo oparte jest na analogii do kształtu żaglowca bezsprzecznie jest jednym z najbardziej efektownych Muzeów Morskich świata. Wnętrza fenomenalnego budynku ukazują 150-letnią historię tutejszego portu. Co więcej są też siedzibą Hotel Yokohama Grand Inter–Continental.

Wciśnięty między wąski pas wody zakotwiczony tu 97 m długości żaglowiec „Nippon Maru”, od 1930 r. pełni funkcję szkoły pod żaglami. Spoglądam na sterczące dumnie cztery pomarańczowe maszty. Wchodzę na pokład jedną z dwóch prowadzących nań kładek, zerkając na wspinającego się po siatce pracownika – nic nie robiąc sobie z dużej wysokości majstruje przy zwiniętych teraz żaglach. Próbuję sobie wyobrazić, jak to było, gdy białe żagle przyjmowały na siebie podmuchy oceanicznego wiatru. Przechadzam się po drewnianym pokładzie, który przybrał brązową barwę. Specjalistyczne kursy, pozwalające głębiej wniknąć w tajniki żeglarstwa ukończyło na nim aż 12 tyś ludzi kadetów! A pływając po wodach statek pokonał 2 miliony kilometrów!

Nippon Maru Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Nippon Maru; źródło: Flickr

Minato Marai 21 to też kulturalne zagłębie z Muzeum Sztuki na czele. Eksponaty z zakresu rzeźby i malarstwa XIX i XX w. tworzą monumentalny zbiór. Jego początki wiążą się z postacią Tangego Kenzo. O jego renomie świadczy fakt, iż wystawiane są w nim działa Picassa, czy Salvatore Dellego. Prócz nich sporo tu fotografii.

Ja jednak bardziej zafascynowany statkiem niż muzeum, przemykam szybko na drugą stronę wybrzeża. Prosto do „HYK Hikawa Maru”, niegdyś najbardziej luksusowego japońskiego liniowca, kursującego do Seattle. Wchodzę po trapie na pokład, którego posadzka mieni się zielenią. Po chwili, już pod pokładem, wąskimi przejściami zbliżam się do maszynowni, w której charakter wyznacza plątanina rur grubości moich dwóch rąk. Dalej drewniany, błyszczący parkiet prowadzi mnie wśród plakatów, na których dumnie prezentowane są dawne zasługi statku. Szkoda, że wszystko zapisane japońskimi szlaczkami… Pewnie znaleźć tu można informacje o tym, iż jego kajuty zajmowali członkowie rodziny cesarskiej, oraz… Charlie Chaplin.

Wnętrza Hikawa Maru www.szlakiempodrozy.pl

Wnętrza Hikawa Maru źródło: Flickr

Techniczna strona Hikawa Maru Jokohamawww.szlakiempodrozy.pl

Techniczna strona Hikawa Maru źródło: Flickr

Wpadam do okazałej jadalni, urządzonej w stylu art deco, a po chwili i także pokojów gościnnych. Jak zestawić to z faktem, iż jednostka ta pełniła rolę statku handlowego, nie wiem… Co więcej w trakcie II wojny światowej stał się okrętem szpitalnym marynarki wojennej!

Kurs statku wyznaczano w pomieszczeniu rojącym się od rozmaitych skrzynek przytwierdzonych do ściany, wszystkich w seledynowym odcieniu. Wychodząc, mijam przytwierdzone gdzie popadnie czerwone koła ratunkowe. Po raz ostatni rzucam okiem na okręt, pragnąc zapamiętać czarny komin, w białoczerwone pasy, którym przez lata ulatywał dym wyznaczający aktualną moc silników. W swój ostatni rejs wypłynął w 1960 roku, by po powrocie do portu stać się placówka muzealną.

Długość:  163,3 m
Tonaż 11 622
Max prędkość: 13,38 węzłów
Poj. pasażerska:  286
Zwodowany: 28 kwietnia 1930

 

Nie mogę ustać w miejscu! Jakbym miał zespół niespokojnych nóg… Postanawiam więc pójść na żywioł i darować sobie marszrutę. A co tam! Poruszanie się po mieście z mapą i odhaczanie kolejnych atrakcji, ścieżka wyjęta jak spod linijki – to nie dla mnie. Daję się zaskoczyć Jokohamie. Nogi wiodą mnie, ku memu zdziwieniu, ku 106 m Marine Tower. Jak nietrudno się domyślić, że w przeszłości pełniła rolę latarni morskiej. Gdy w 2008 r. wykryto w zmęczenie materiału, zrezygnowano z jej pierwotnej funkcji.

Marine Tower Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Marine Tower; źródło: Flickr

Wiecie, że jej powstanie bezpośrednio łączy się z obchodami 100-lecia miejskiego portu? Stanęła tu w 1961, ważąc bagatela 12 000 ton! Po wysupłaniu 750 jenów (dla dzieci 500) zastanawiam się nad fundamentalną kwestią… Winda czy schody? Szybka kalkulacja i równie szybka decyzja: windami się jeszcze najeżdżę. Tak staję na pierwszym ze 335 schodów, biorąc na cel szczyt. A, że atrakcja pozwala poznać też historię miasta skrzętnie z tego korzystam spoglądając na zdjęcia, obrazy i oglądając prezentacje wideo w Hali Wieży Morskiej i Sali Sztuki.

Moc atrakcji Jokohamy

Przy akompaniamencie rozbijających się o betonowy brzeg wodnych fal stoję przed Pacifico Yokohama. Znów jestem po drugiej stronie nabrzeża. Dziś spaceruje nim niewielu ludzi, ale w 2001 r., w mieszczącej ponad 5 tyś miejsc hali, musiał panować nieziemski gwar. Wówczas nieskazitelny, przeszklony gmach stanowił główną siedzibę organizatorów MŚ w piłce nożnej. Dziś po sportowych emocjach nie ma tu śladu, ale spokojne konferencje międzynarodowe i wystawy, co rusz urozmaicają specjaliści od efektów specjalnych, filmując tu sceny rodzimych filmów i seriali.

Szarość nowoczesnych biurowców odprowadza mnie ku, wydawało by się, jednej z najbardziej pospolitych budowli. Tymczasem wnętrze Orbi fascynuje przyrodą. Podglądam życie zwierząt spacerując po tajemniczym lesie. Wyciągam rękę, by wziąć na dłoń malutkie okazy. Wyczuwając ich każdy oddech, rozglądam się w poszukiwaniu jaskrawych kolorów pięknych ryb. Te wprost oczarowują… Żadne tam technologie typu 4K, czy 8K nie oddają tego, z jaką intensywnością działa na mnie ta ferria barw. Dochodzę do stanowiska, czując zróżnicowaną temperaturę, jaką co dzień otacza szczyt Kenia. Ale co ma Kenia do Jokohamy? Ano to, że tu mogę się poczuć, jak na afrykańskim szczycie! Wpatruję się w tabliczkę na której widnieją wartości: od -15 do +20°C! Kończąc eskapadę po świecie rozmaitych żyjątek, przyglądam się jeszcze zielonkawym konikom polnym i czerwonym biedronkom, upstrzonym czarnymi kropkami.

Z przeświadczeniem, że to nie jedyne czego mogę tu doświadczyć „ląduję” w symulatorze lotu. Po chwili w rękach dzierżę stery modelu Airbas A320-200. Urządzenie zwane Jflight wiernie odwzorowuje kokpit samolotu. Dotykam dokładnie takich samych przycisków i spoglądam na identyczne kontrolki, jakie widzi prawdziwy pilot w trakcie swojej pracy!

Po chwili „bujania w obłokach” stąpam już dwupasmową drogą, o wąziutkich poboczach. Mijam różnorakie elewacje, z jednej strony całkiem zadbane, czyste, ozdobione równo ułożonymi płytkami. Z drugiej, może nie świadczące o ubóstwie i tym, że owych blokach mieszkają biedacy, ale jakby czegoś im brakowało. I tak naprzemiennie. Jedno jest niezmienne, plątanina kabli nad moją głową. Co jakieś 10 metrów na słupie krzyżują się ich dziesiątki. Wreszcie docieram do typowo japońskiego domu, z charakterystycznym dachem, którego liczne naroża podniesione są specyficznie ku górze. Przeziera z niego rdzawozielony kolor, który nijak nie pasuje do okalających go zabudowań. Podwieszone pod sufit sukno mieni się różnobarwnymi pasami, zwisając sobie swobodnie. Oto stoję u wrót Świątyni Narita-san Yokohama Branch Enmei-in. Wchodzę do środka spostrzegając, iż w tzw. Sala Założycieli widnieją posągi Buddy, Kobo Daishi (Kukai) oraz Inarido. Choć ich kult wyznawano w tym miejscu już w 1870 r., to budynek jest stosunkowo nowy – złota sala, ozdobiona drogim kruszcem, powstała ledwie w 2016. Na suficie dostrzegam zdobienia w kształcie kwiatów – alegorie czterech pór roku.

Jokohama Minato Mirai Hall www.szlakiempodrozy.pl

Hala Hokohama Minato Mirai Hall która otworzyła podwoje w 1998 roku. Składa się z mogącej pomieścić 2020 osób Wielkiej Hali, Małej Sali na 440 miejsc. Koncerty umożliwia 5 ulokowanych tu na stałe fortepianów. Źródło foto: Wikipedia

Śląskie klimaty w Jokohamie?

Mała wysepka, w sąsiedztwie Minato Marai sprawia, że przed oczami ukazuje mi się ucieleśnienie… japońskiego Górnego Śląska. Ceglany magazyn Jokohama Red Brick Warehouse, dawniej pełniący rolę punktu celnego, to jakby żywcem przeniesiony z górniczego osiedla, śląski familok. Podobnie jak u nas, miedzianoczerwone ściany tworzą wyjątkowy kompleks. Powstały w l. 1911-13, składa się z dwóch nieruchomości, a ciągnący się na dł. 150 m gmach z werandą, był pierwszym budynkiem w Japonii, w którym uruchomiono komercyjną windę! Po ukończonej rewitalizacji, od 2002 r. pełni rolę ośrodka kulturalnego, w którym urządzane są wystawy i koncerty. Co więcej praca ta dostała doceniona nagrodą na wzorowo zorganizowaną modernizację dziedzictwa przemysłowego! Tak dziś miejscowych ściągają tu eleganckie sklepy, restauracje i kawiarnie.

Chcesz, aby Twoje życie się zmieniło? Tutaj jest to podobno możliwe! Jak mawiają Japończycy, jeśli znajdziesz miejsce w Jokohamiem z którego uda Ci się zobaczyć jednocześnie trzy wieże, wypowiedziane wówczas życzenie z całą pewnością się spełni! Gdzie szukać jednak tych trzech elementów? Ano, na molo Ōsanbashi  najstarszym tego rodzaju japońskim obiekcie. Jego budowa trwała siedem lat i zakończyła się w 1896 roku. Wspominam jednak że to, co mam przed oczami, jest efektem modernizacji. pomyślnie ukończonej w 2002 roku.

Wchodzę na zatłoczone, ciągnące się 400 m w głąb morskiej toni molo. Moje kroki na drewnianych, zbitych deskach wydają charakterystyczny stukot. Ōsanbashi Pier może nieco zmylić nazwą. Choć łączy Minato Mirai i Yamashita Park pojęciem tym określa się bardziej przystań promową, a nie bezpośrednio spacerniak nad brzegiem morza. Ów terminal pasażerski obsługuje rejsy międzynarodowe, na czele z wytwornymi statkami wycieczkowymi.

Yokohama Red Brick Warehouse www.szlakiempodrozy.pl

Yokohama Red Brick Warehouse; źródło: Flickr

Ōsanbashi Pier Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Ōsanbashi Pier; źródło: Flickr

Mijam, statek Hikawa Mar, który przecież miałem już okazję zobaczyć, by spróbować nieco wtopić się w tło. Mieszkańcy odpoczywają bowiem w okolicy Yamashita-koen, czyli w tutejszym wielkim parku. Odbudowany po trzęsieniu ziemi w 1923 ściąga pragnących odpocząć mieszkańców. Moje oczy cieszą rzeźby filipińskiego generała, statua harcerza i monument ukazujący alegoryczną postać… piosenki dziecięcej. Mijam niskie drzewa zasadzone na sporych, zielonych wysepkach, spacerując w towarzystwie ludzi z pasami na smyczach.

Co Chińczycy robią w Jokohamie?

Ale oto podwoje otwiera przede mną chińska dzielnica Chugkai. Lansowana jest teza, że jest największym skupiskiem ludzi z Państwa Środka na świecie! Przechodzę wąską uliczką na której roi się od knajpek. Zewsząd dochodzą do mnie zapachy, które o dziwo zwiastują jednak bardziej japońskie potrawy. Chińscy właściciele, chcąc zarabiać, dopasowali się gustów smakowych Japończyków. Wchodzę do jednego z przybytków zdaję więc sobie sprawę, że tak naprawdę zamówić mogę głównie rodzime potrawy.

Przystaję na rogu, gdzie na daszku ponad drzwiami widzę skulonego smoka. Ten w agresywnej pozie, jakby czaił się do skoku. Wszędzie wokół, w żółtoczerwonej otoczce widać zwisające z kabli lampiony. Krzykliwe plakaty zapraszają do zakosztowania w tutejszych smakach. Dwie uśmiechnięte kobiety wskazują mi drogę prowadzącą w głąb ciemnej sali – ich kulinarnego królestwa. Gdy cudem się od nich uwalniam, wciąż w identycznych klimatach wspominam, że wszystko zaczęło się jakieś 150 lat temu. Wzmożony handel japońsko-chiński, sprawił że potomkowie osiadłych tu wówczas kupców dziś prowadzą sklepiki z chińskimi słodyczami i herbatą. I tak jest tu na każdej ulicy. Ja jednak wiem dokąd zmierzam. Szczególnym adresem jest tu Daisekai – kompleks handlowy przy North Gate Silkroad. Tu, w największym sklepie z pamiątkami buszuję w poszukiwaniu suwenirów. Zaglądam jeszcze do tutejszej Fabryki i Muzeum Czekolady oraz Muzeum Tricków prowadzonego przez miejscowych iluzjonistów i cyrkowców, by wkrótce popędzić dalej.

Aż dziw bierze, że najważniejszy stadion tutejszego sportu narodowego – baseballu, postanowiono postawić właśnie na tym skrawku. Ot tak, w parku na obrzeżu chińskiej dzielnicy. Ale to nie on jest dumą dzielnicy, a Kantei-by. Chińska świątynia z potrójnym dachem to XIX w. relikt, z którym wiąże się postać Guan Yu – dowódcy wojskowego, a zarazem bohatera uznawanego za… boga wojny i pokoju. Zwracam uwagę na piękny dach zdobiony, a jakże, smokami. Wchodzę do środka i doznaję olśnienia. Ale nie takiego religijnego, a zwykłego… oślepienia. za którym stoi odbijające się od złoceń światło.

Kantei-by Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Kantei-by Jokohama; źródło: Wikipedia

Gdy zbliżam się do kolejnego celu, głowę zaprząta mi myśl: co ostatnio przegapiłem w TV? Tak zadane pytanie, to idealny wstęp do odwiedzenia Broadcast Library – archiwum, w którym przechowywane są nagrania starych programów telewizyjnych, radiowych, a także… reklam. Obszerny zbiór liczy 18 tyś pozycji, z którymi można się zapoznać bezpłatnie! Ale zamiast kilkugodzinnego seansu, wolę ruszyć dalej.

W Motomachi

Nie sposób powstrzymać się zakupowemu szaleństwu widząc Motomachi. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten szał, dostałem jakby obuchem w głowę. Jak to możliwe, że by w tak uporządkowanym państwie, dzielnica przyjęła kształt, jakby pracował nad nią… pijany architekt.

O ile północna część, ogrodzona czteropasmową drogą, w pełni spełnia japońskie standardy, o tyle reszta granic jest straszliwie postrzępiona. Może szersze tło rzuci na to fakt, iż wytyczono ją z uwagi na obecność cudzoziemców, którzy zaszczepili tu zachodni wygląd.

Zanim zatopię się w tej niezwykłej dzielnicy, jeszcze poza zachodnią granicą miasta zaczepiam o budynek Bluff No.18. Jego dzieje rozpoczęły się w momencie, kiedy przybyły z Australii kupiec Bauden, szukał dachu nad głową. Później, przechodząc z rąk do rąk, służył raczej poczciwym ludziom. Najpierw cudzoziemcom, którzy stracili wszystko w efekcie trzęsienia ziemi. A potem, do 1991 używany był jako… kościół katolicki. Dom ulokowany w ogrodzie włoskim Yamate kusi seledynowy pigment i nieco ciemniejszym odcieniem zieleni widocznym na ładnie prezentujących się okiennicach.

Bluff No.18 Jokohama www.szlakiempodrozy.pl

Bluff No.18; źródło: Flickr

Równiutko wyłożoną dróżką, w otoczeniu krzewów i niskich drzew stawiam ostatnie kroki. Gdy przystaję przed rezydencją Berick Hall, powstałą w 1930 dla pochodzącego z Wysp Brytyjskich kupca B.R. Berrick’a, w oko wpada mi źródełko z wypływającą wodą. Przyjmując podobiznę głowy lwa, ozdobiona kremowobłękitnymi kafelkami sprawia miłe wrażenie. Gdy Berrick zmarł, dom zaadoptowano na internat, w którym do 2000 r, mieszkały dzieci przybyłe do miasta z różnych części świata. Dziś powierzchnie przeznaczone są do wynajęcia; organizuje się tu weselne uroczystości; przydaje się także podczas miejskich maratonów.

Czytaj dalej

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *