Valencia i Merida Wenezuela www.szlakiempodrozy.pl

Valencia i Merida – dwie połówki Wenezueli

A wszystko dzięki pasji ludzi. Ech, co gdyby nie oni… Oni, czyli członkowie „Wenezuelskiego Klubu Andyjskiego”, którzy optując za budową kolejki pragnęli niejako przybliżyć ludziom marzenia o zdobyciu Sierra Nevada de Mérida. Ta wzrok skierowano ku dalekiej Francji, gdzie postanowiono konstrukcję złożyć do kupy. Konglomerat 25 firm stworzył istne dzieło sztuki, a ciekawostkowe stanowi fakt, iż przy jej budowie pracowali nawet Polacy.

Był 8 listopada 1957 r. kiedy przez zalesione zbocza Andów ruszył pierwszy samochód z częściami kolejki. Chcąc uroczyście zainaugurować jej działanie, wszystko skrupulatnie zaplanowano, korzystając z daru lodu, jakim były obchody 400-lecia założenie miasta. Ambitne plany pokrzyżowała jednak… śmierci papieża Piusa XII. Tak otwarcia dla ludzi dokonano dopiero w marcu 1960 r.

Wsiadam do wagonika ruszając nad przełom rzeki Chama. Wraz ze wznoszeniem rozpościera się przede mną wspaniała panorama na. Dojeżdżam na 3453 m n.p.m., gdzie drugi przystanek stanowi stacja La Aguada. Część ludzi kończy już tutaj swą podróż wybierając wędrówkę pieszymi szlakami. Inną pożądliwe patrzą na rowery i… konie, które cierpliwie czaka na chętnych Wreszcie docieram do stacji końcowej. La Rodonda, wysokość 4055 m n.p.m. Przystaję, czekając co przyniesie los. Ale o dziwo siły mnie nie opuszczają, choć rzeczywiście inaczej oddycha. Szukam wzrokiem lekarz, który dyżurując tu w razowe potrzeby udzielać ma turystom pomocy. Na szczęście, dochodzę jakoś do siebie. A skoro tak to szukam miejscowych, którzy poprowadzą mnie do Los Nevados, założonej 400 lat temu osady indiańskiej.

W lipcu 2008 r. kolejkę zamknięto zlecają naprawę całego systemu; planowane na cztery lata prace, przeciągnęły się do 2016 r.”

Mułem w górę

Ruszam w ekscytująco zapowiadającą się wędrówkę, która trwać ma jedynie… 5 godzin. I to w jedną stronę. W razie czego skorzystam z okazji i wsiądę na muła. Wreszcie docieramy do bielonych domostw, nad którymi widnieją dachy, pokryte czerwoną dachówką. Zerkam na miejscowy Iglesia de los Nevados, czyli kościół Matki Boskiej Śnieżnej, patronującej alpinistom. Wreszcie staje na skraju punktu widokowego, z wielka statuą Virgen de las Vieves. Dopiero tu dochodzi do mnie, że przecież mieszkańcy tej rolniczej osady co jakiś czas zmuszeni są pokonywać te trasę i kolejką zwozić swe plony do miasta, gdzie mogą je sprzedać na targu….

Los Nevados Merida Wenezuela www.szlakiempodrozy.plLos Nevados Merida Wenezuela; źródło: Flickr

I pomyśleć, że mogło tego nie być gdyby nie Juan Rodriguez Suarez… Był 1558 r. gdy oficer armii przemierzając tutejsze górskie ostępy postawił sobie za cel wzniesienie miasta, mającego być dowodem docenienia… hiszpańskiej Meridy, w regionie Estremadura. Tyle tylko, że… naraził się tym władzom. O powstaniu miast w Nowym Świecie decydował bowiem bezpośrednio król, za pomocą dekretu. Suarez pomijając oficjalną ścieżkę ściągnął na siebie najsurowszą zemstę – karę śmierci. Uciekając prze jej wymierzeniem skorzystał z pomocy swych zwolenników i cichcem uciekł do Truijllo zostając pierwszym a Ameryce politycznym azylantem.

W mieście jest około 40 parków!

Parque La Isla Kusi orchideami.
Parque Beethoven Ściąga wzrok dwoma zegarami: jeden wykonano z kwiatów, drugi ozdabiają figurki żołnierzy, które maszerują w rytm muzyki skomponowanej przez słynnego muzyka, dając znak wybicia pełnej godziny.
Parque de lad Cinco Republicas (Park Pięciu Republik) Z kolumną z popiersiem Bolivara, wykonaną w 1842 r, obok którego złożono ziemię z pięciu krajów wyzwolonych przez Bolivara.
Parque Domingo Peña Tworzy punkt widokowy na pasmo Sierra Nevada; zazwyczaj okupują go studenci i młodzi mieszkańcy Meridy; miejscowi nazywają go też Paseo de la Feria bądź Parque de los Conquistadores.
Parque Metropolitano Albarregas Największy zieleniec w mieście ulokowany ba brzegu Rio Albarregas; dzieci kusi placami zabaw zaś turystów muzeum rzeźb.
Parque Ciudad de los Niños (Dziecięcy Park Miejski) Ostoja zabaw dzieci; zaprojektowany tak, iż odzwierciedla kształt miasta w małej skali.
Parque del Ejército Zielenic upamiętniający wenezuelskie wojsko; znaleźć można na mi, modele czołgów oraz fontannę i modele czołgów wojskowych.
Parque La Isla Zajmujący połać terenu danej planacji kawy; zaprojektowany na kształt wyspy wabi dzięki mogące szaleć na placach zabaw i boiskach; władze miasta ulokowały tu centrum kongresowe, uprawę orchidei i muzeum pszczelarstwa.
Parque Las tres Méridas Założony celem upamiętnienie trzech miast na świcie, które noszą nazwę Merida, pozostałe dwa leżą w Hiszpanii i Meksyku; wypełnia go architektura nawiązująca do typowych elementów każdego z nich.
Parque Zoologico Choros de Milla Miejskie zoo z wytyczonymi w nim ogrodami, oraz szumiącymi wodospadami. Przy wejściu do parku stoi pomnik dziewczyny z którą zawiązana jest miejscowa legendę mówiąca o tym, iż gdy konkwistadorzy zamordowali ukochanego indiańskiej księżniczki, wylewane przez nią łzy sprawiły, że tutejsze potoki zmieniły się w wodospady.
Parque Tibisay Wspominający osobę księżniczki Tibisay, pierwotną mieszkankę regionu pochodzącą z plemienia Mucujún. Legenda mówi, iż stale opłakuje śmierć narzeczonego, który zginął walcząc z hiszpańskimi konkwistadorami.

Zagęszczenie centrum

Staję w ocienionej części wyłożonego równymi płytami chodnikowymi Plaza Bolivar. Z ulicy dobiega mnie zgiełk codziennej rzeczywistości. Nic dziwnego,skoro w mieście żyje 200 tyś ludzi. Na środku widzę statuę: wielki przywódca siedzący na koniu patrzy gdzieś przed siebie. Kilka wysokich palm, niższe drzewa, wreszcie krzewy sięgające mi do kolan. Zieleń rzeczywiście uspokaja…

Plaza Bolivar Merida Wenezuela www.szlakiempodrozy.plPlaza Bolivar Merida Wenezuela; źródło: Flickr

Zresztą do dziś w mieście panuje kult Bolivara. Ale czy może być inaczej skoro 23 maja 1815 to właśnie w Meridzie, jako pierwszym mieście Ameryki Południowej, uznano go za Wyzwoliciela, czyli „El Libertador”?

Obracam się i zmierzam wprost ku Palacio del Gioberno. Budynek kolory kawy z mlekiem wygadam jak na „pałac” marnie. Ale nie sposób odmówić mu, że przynajmniej próbuje zwrócić uwagę. Drewniane barierki i daszek na pierwszym piętrze zapowiadają,że w środku może być niczego sobie. Wchodzę do środka i znajduję salę z wielkim obrazem – tryptykiem ukazującym strefy stanu Merida: parne niziny przy jeziorze Maracaibo, regionalne wyżyno oraz pasma Andów.

Gdy wkraczam do oficjalnej sali przyjęć spoglądam na płótno upamiętniające wjazd Bolivara do Caracas, pędzla Jorde Artegao. O obu jego stronach wiszą firany w barwach Wenezueli – bordowo białe pasy. Na korytarzach co rusz zerkam na obrazy, mijam stojące rzeźby.

Mijam kremowy Pałac Arcybiskupa (Palacio Arzobispal) i Muzeum Archidiecezjalne (Museo Arquidiocesano) – obydwa mieniące się beżem na elewacji. Wreszcie przystaję przed głównymi drzwiami sąsiadującej z nim Catedral Metropolitana. Nad drzwiami dostrzegam osłonięta figurkę Maryi, a po bokach małe obrazy dwóch świętych. Popycham drzwi i wchodzę do środki. Pas koloru bursztynu, ciągnący się podłogą, jakby zapraszał do podejścia wprost przed ołtarz.

Zostawiam za sobą kolejne brązowe ławki, wpatrując się w kamienne ściany. Wyglądają na potężne, co sprawia, że z każdym krokiem nabiera się szacunku do budowli. W sufitu przeziera czerwień i brąz; wszystko przez malowidła i krokwie. Tak samo zresztą jak z głównego ołtarza, do którego wreszcie dochodzę. Wysokie podwyższenie z ołtarzem i widniejącymi za nim malowidłami robi kolosalne wrażenia. Jakby miało przypomnieć, że budowa kościoła ruszyła już w 1803 r. No ruszyła, ale nadzieje na jej ukończenie niweczyły zarówno zbrojne napaści na miasto jak i trzęsąca się ziemia. Całość udało się ukończyć dopiero po 155 latach, tworząc eklektyczny gmach.

Catedral Metropolitana Merida Wenezuela Catedral Metropolitana Merida Wenezuela www.szlakiempodrozy.plCatedral Metropolitana Merida Wenezuela; źródło: Flickr

W okowach historii Meridy

Wychodzę na plac szukając kolnego celu. W minutę przechodzę plac z nadzieją, że i kolejne wnętrza mnie nie rozczarują. Museo Arqueologico, któremu patronuje Gonzalo Rincón Gutiérrez, jak się okazuje, wypełniają tysiące eksponatów. Buszuję po salach poświęconych zbiorom z zakresu antropologii, etnografii i geologii. Wszytko opisane zgodnie z miejscem pochodzenia. Najpierw artefakty z górzystych rejonów Andów, dalej z Amazonii, i kolejnych regionów kraju. Szklane gabloty wypełniają skamieliny, elementy skał i minerałów. Wreszcie z wyjątkowa wystawa, odsłania przede mną kulisy starożytnych praktyk pogrzebowych.

A skoro już o przeszłości, to swoja drogą ta była nieźle pokręcona. Pierwotnie Truijllo wytyczył miasto tak, iż zajmowało teren dzisiejszego Lagunillas. Autochtoniczni Indianie, jak można było przypuszczać nie byli jednak skłonni oddać swych ziem bez walki. Pokazując swa moc wymusiło na przybyszach zmianę lokalizacji nowego miasta, które ulokowano w miejscu dzisiejszego La Punta. Ale to nie był koniec „wędrowania” miasta! Juan Maldonado de Ordonez, a więc osoba która pojmała wreszcie ściganego Suareza wytyczył nowe miejsce pod miasto. Tak powstała wkrótce La Ciudad de Santiago de los Cabballeros de Merida wreszcie zajęła teren na dłużej. Nazwa jasno wskazywać miała na jego pochodzenie, wszak „Cabballeros” – to szlachetnie urodzeni.

“W 1985 r. miasto, podczas swej pierwszej pielgrzymki, odwiedził Jan Paweł II.”

Obrazy wprost z ulicy

Na ulicy zauważam symptomy dziwnego poruszenia. W hałasie udaje mi się wyłuskać stale powtarzające się słowo – „imagen”. No tak, okupowana przez malarzy sprzedających swe płótna Boulevard de los Pintores emanuje niepowtarzalną ekspresją.

Wybieram spokojniejsza okolicę kierując się ku Rio Alberragas. Słysząc szum osłoniętej drzewami rzeki próbuję wejść w gąszcz roślinności. Widząc,m że to nie takie proste rezygnuję nie chcąc był chłostany chaszczami. Skręcając w Calle 20 wiem, że też nie będzie łatwo. Sklep za sklepem. Tu apteka; tam mała galeria sztuki. Wreszcie Museo de Arte Colonial z płótnami o tematyce religijnej, ceramiką, tkaninami i oczywiście ozdobami liturgicznymi. Wszystko wraz z meblami pamiętającymi XVI stulecie. No i ta różnorodność! Bo nie tylko wenezuelskie pamiątki mają na stanie, ale i innych past Ameryki Południowej, no i rzecz jasna hiszpańskie też. Wszystkiego jest jak się dowiaduję 690 sztuk. Uff… Tak porzucam myśl o zobaczeniu wszystkiego.

Przechodzę na druga stronę wąskiej jezdni i szukam wejścia do kwintesencji tutejszej religijności. Ta bowiem wcale nie nie jest związana ze wspominaną katedrą, a małym Iglesia del Carmen. To tu bowiem ma nabożeństwa zbierano się najwcześniej w mieście. Wpatruję się w bryłę najstarszej budowli sakralnej w Meridzie. Kolor? Biało….boi jak wiem, krówkowy? Elewacja kościoła Matki Bożej z Carmen do bólu symetryczna.

Iglesia del Carmen Merida Wenezuela wwww.szlakiempodrozy.plIglesia del Carmen Merida Wenezuela; źródło: Flickr

Wiecie, że przez 54 lata ten mały kościół pełnił funkcję katedry? Dopiero gdy zbudowaną obecnną w 1866 ten stracił to miano.

“Ciekawe kościoły Meridy stanowią także: Iglesia del Llano – jedyny gotycki gmach miasta; Iglesia de Milla pi – pierwotnie więzieniom w XVIII w. i odbudowany w 1907 r po trzęsieniu ziemi”

Merida na słodko

Czuję potrzebę. Jaką? Naszło mnie na słodkości. A że kilkaset metrów przed sobą mam miejsce niezwykłe, nie waham się ani chwili. Wreszcie wpadam do lodziarni, którą zna tu każdy. Wszystko dzięki pasji właściciela…. Manuel da Silva Oliveira wciąż szukając nowych smaków dla swej Heladeria Coromoto, jako pierwszy wpadł na pomysł wyprodukowania zimnych słodkości o smaku awokado. Tak rozpoczęła się niezwykła historia okraszona wpisem do księgi rekordów Guinnessa – lodziarnia serwowała wówczas 500 smaków.

Pytam stojącego za lada sprzedawcę, jak to jest dziś.? A ten, że to już niemal 800 smaków. Pokazuje mi na za siebie, gdzie wszystkie z nich wyeksponowane na tylnej ścianie. Wśród propozycji znajduję tak ekscentryczne propozycja jak… czosnek, pstrąg i piwo. Jest nawet smak dania narodowego – potrawki z wołowiny, fasoli, ryżu i bananów! Ale z racji tego, że przygotowanie ich jest czasochłonne, codziennie serwowanych jest tu… tylko 60 propozycji.

Mostem nad zielonymi płucami miasta dostaje się na za rzekę. Avenida de las Americas wita mnie Mercado Principal. W Wielkiej hali targowej na unosi się specyficzny, zapach mieszanina owoców i warzyw. Przysiadam w małej knajpce jakich jest tu kilka, z zamieram rzucenia czegoś na ząb.

Gros z żyjących tu na co dzień stanowią studenci tutejszego Universidad de Los Andes (ULA). Uznać można, że to oni nadają miastu specyficznego klimatu, przez co wieczory i noce zwykle spędzić tu można rozrywkowo. Sama uczelnia to jedna z największych placówek w kraju, posiada bogatą historię. W 1785 r. pierwszy biskup Meridy stwierdził,że Kościół nie powinien uchylać się od zadbania o poziom wykształcenie mieszkańców. Tak powstała pierwsza uczelnia w mieście, wówczas jeszcze jedynie jako Seminarium Królewskie San Buenaventura de Mérida de Los Caballeros. Ćwierć wieku później seminarium przeobrażono już w uniwersytet, którego władze mieszczą się właśnie w miejscu zwanym Rectorado, zaś poszczególne wydziały rozsiane są po całym mieście.

Na corridzie. Ole!

Przechodzę na druga stronę ciągnącej łukiem drogim wpatrując się w Plaza de Toros de Mérida. Dziś na okrągłej przestrzeni, mającej w sobie coś ze stadionu, organizowane są wydarzenia kulturalne: koncerty i wystawy. Mogąca pomieścić 16 tyś ludzi arena, zwane też Plaza Monumental Román Eduardo Sandia ma już słuszny wiek. Od 1967 r. wabi jednak jeszcze kogoś, a mianowicie najwybitniejszych wenezuelskich torreadorów, który dają pokazy uwielbiającej corridę publiczności.

Plaza de Toros de Mérida Wenezuela www.szlakiempodrozy.plPlaza de Toros de Mérida Wenezuela; źródło: Flickr

Podobały się wenezuelskie strony?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *