Valencia i Merida Wenezuela www.szlakiempodrozy.pl

Valencia i Merida – dwie połówki Wenezueli

Dwa wenezuelskie miasta, które dzieli jakiejś 8 godzin jazdy samochodem. Ale nie sam dystans 500 km jest tu kluczowy. Podczas gdy Valencia kojarzona jest jest głównie, jako jeden z motorów gospodarki, Merida chełpi się swą przeszłością. Są jak połówki jabłka, które łącząc się tworzą prawdziwy obraz Wenezueli.

Gdzie by rozpocząć obchód miasta? Może od dzielnicy El Viñedo? Trochę ryzykownie w moim przypadku, ale co tam… Trąci to bowiem jakimś absurdem, że ja – osoba którą od dziecka trzeba było siłą zaciągać do jedzenia, witam się z miastem tu, gdzie prym wiodą najgustowniejsze restauracje Valencii. Choć z drugiej strony, skoro już jako maluch siorbałem łyżeczką kawę dla dorosłych, miejscowa ”La calle de los cafés” stanowi jakieś wyjaśnienie.

Zostawiam więc siedzącą nieruchomo na huśtawce parę, stanowiącą… rzeźbę. No cóż, jakieś zaskoczenie to jest. Widoczna w maleńkim Parque de Escultura Andres Perez Mujica, trójkątnym zieleńcu to nie jedyna instalacja rodzimych artystów zajmująca trójkątny skwer. Mnie to jednak wystarczy.

Drogami wenezuelskiej Valencii

Mijam cztery przecznice. Gdy wreszcie skręcam w Av. Bolivar Norte wlepiam ślepia w pełną restauracji arterię. Szybki rzut oka i już wiem, że ciągnąca się ok. 4,7 km od owalnego ronda Redoma de Guaparo na południe, niegdyś może stanowiła prawdziwą perełkę Valencii… Ale no właśnie niegdyś. Słynąca z prestiżu, wabiła ludzi, którzy przechadzali się nią z czasem ustępując miejsca miejskiemu tramwajowi. Szum wagonów ustał tu w 1967 r. kiedy przebudowa sprawiła, że avenida stała się wymarzoną okolicą na otwarcie wszelkiego rodzaju sklepów. Ale upór kierowców zrobił swoje. W 2000 r. istnienie typowego deptaku zakończyło przywrócenie ruchu kołowego

Przystaję na skrzyżowaniu z Calle 120 Roja Queipo. Biorę lekki zakręt i dostrzegam kremowo-różowy, jakby… nieudolnie zbudowany zamek. Pierwsza myśl? Iturriza Palace (Quinta Isabela) nijak nie pasuje do Wenezueli. Ale tak to jest, kiedy na siłę chce się przeszczepić pochodzące z innych części świata rozwiązania. Mi to bardziej przypomina jakiś brytyjski dom.

Palacio de los Iturriza Valencia www.szlakiempodrozy.plPalacio de los Iturriza Valencia; źródło: Flickr

Neoklasyczna budowla powstająca od 1877 r., upstrzona barokowymi dodatkami była miejscem zamieszkania Don Juana Miguela Iturriza. Ten pragnąc w wolne dni odpocząć od zgiełku, zbudował sobie cacko mające zapewnić mu komfort. No i się zaczęło: wyładowane statki zwoziły materiały z dalekiej Europy, a armia pracowników wznosiła z nich rezydencję. Kiedy w sierpniu 1887 r. oddawano go do użytku, ma ścianie małej wieży umieszczono tablicę z nazwiskami i podpisami ludzi, którzy wnieśli wkład w powstanie budynku. Mieszczący się jeszcze wówczas na obrzeżach osady gmach Don Juan nazwał imieniem swej matki – La Isabela”. Wkrótce okazałe wnętrza zapełniany się prominentnymi gośćmi, podczas cyklicznie organizowanych tu przyjęć na których brylowali osobnicy świata lokalnej kultury, sztuki i polityki.

Postanawiam zboczyć w kursu, wbijając się w gąszcz zabudowań. Domy mieszkalne, stanowiące cześć lokum żyjących tu 623 tys ludzi i siedziby firm odprowadzają mnie na kraj ruchliwej Calle Fernandro Figueredo. Gdy wreszcie udaje mi się przejść na drygą stronę wchodzę w przyrodniczą otchłań miasta. 1300 zwierząt! Wyobrażacie to sobie? Aligatory, ryby, wielkie ssaki i gady, a nawet małpy. No te ostatnie nieco zbijają z tropu – wszak to w końcu Acuario de Valencia, ale niech będzie. Piszczące podczas zabaw delfiny ściągają najsłodszych. Jeśli znudzą się widokiem typowo wenezuelskich, endemicznych gatunki gadów i ssaków mogą pobawić się w przygotowanych dla nich strefie, pełnej karuzeli, samochodzików i gier.

Otwarty w centrum w 1946 r. 11 ha Parque Metropolitano ściąga dziś końmi i dużymi klatkami dla ptaków z dużą różnorodnością papug. Park otacza strumień rzeki Cabriales w centralnej części miasta.”

Perełki Valencii

Wracam skąd przyszedłem. Końcówką Av. Bolivar Norte rafim na Plaza Bolivar – w serce miasta. Omiatam wzrokiem przestrzeń próbując wyobrazić sobie jak to w 1555 r. zgromadzony tu tłum szumnie dokonywał jego otwarcia. Tyle tylko tylko, że wówczas wśród ludu niosła się nazwa Plaza Mayor. Wtedy jego pierścieniowy kształt ściągał głównie kupców i… rzeźników, którzy na oczach mieszkańców oprawiali świeże mięso. Architektoniczne zaś posłużył jako miejsce, z którego wytyczono poszczególne ulice. Z czasem zyskał inne nazwy, jak Plaza del Mercado, by wreszcie za sprawą uczczenia Simóna Bolívara 24 czerwca 1889 r. zyskał jego imię. Dwa lata wcześniej prezydentem kraju wybrano Antonio Guzmána Blanco, który zapragnął otoczyć Bolivara szczególnym kultem. Nic sobie nie robią z olbrzymich kosztów za punkt honoru postawił wzniesienie imponującej konstrukcji. Wykuty z brązu mierzący 18,2 m wysokości Bolivar stanął na 4,5 podwyższeniu, zajmując kolumnę wyrzeźbioną w żółtym marmurze.

Plaza Bolívar de Valencia Wenezuela www.szlakiempodrozy.plPlaza Bolívar de Valencia Wenezuela; źródło: Wikipedia

Wpatruję się w historyczny monument. Cztery płaskorzeźby ukazuję przebieg „Bitwy o Carabobo” z 1821 r. A dumny Bolivar wydaje akurat rozkaz do ataku. Zerkam na widoczny przy nim Legion Brytyjski i wycofujący się batalionu Walencji żegnając się z pomnikiem herbem państwowym.

Koronacja katedry

Wchodzę na posadzkę z czarną-białą szachownicą. Wąskie, brązowe ławki kontrastują z dwoma rzędami dziesięciu białych kolumn. Wiodę oczami po podtrzymującymi strop katedry, słupami zatrzymując wzrok na suficie, na który naniesiono białe wzory. Podążam tam, gdzie każdy – pod statuę Virgen del Soccoro, przyobleczoną w szatę z drogocennymi kamieniami. W 1910 r. ówczesny papież, odpowiadając na wolę ludu wierzącego w licznie zsyłane przez Maryję na mieszkańców Valencii łaski, pozytywnie zaopiniował prośbę o jej koronację. Tak owa statua była pierwszą takową na terenie Wenezueli. Gdy gmach pełniący po wybudowaniu rolę zwykłego kościoła parafialnego, w 1921 r. podniesiono do rangi katedry. a zarazem bazyliki mniejszej poczęli ją nawiedzać wierni z odległych zakątków.

Katedra w wenezuelskiej Valencii www.szlakiempodrozy.plKatedra w wenezuelskiej Valencii; źródło: Wikipedia

Kto by pomyślał, że historia kościoła rozpoczęła się już w 1580 r. ! Tyle tylko, że wszystko budowa trwała aż do początku XIX w., kiedy to wreszcie ukończenie wojny o niepodległość pozwoliło skoncentrować się ludziom na nadaniu jej właściwego formatu. Przechadzam się po wnętrzu. Wchodzę do bocznych kaplic, których konstrukcje pochodzą z około 1890 r. W mig pojmuję, że ta to one stanowią najspieszniejsze elementy kościoła. Kaplica Męki Pańskiej kusi z drewnianymi rzeźbami pokrytymi polichromiami; zaś kaplice San José Dziewicy del Socorro witają mnie pięknymi ołtarzami.

Zostawiam za sobą plac Bolivara i po czterech minutach stoję już u wrót kolejnego kościoła. Swoją drogą, nie za blisko? Po raz kolejny uruchamiam wyobraźnię. Tym razem imaginując sobie wygląd ceglano-wapienne zabudowań wypełniających kwadrat o boku jakiś stu metrów. Nadające w przeszłości miastu uroku mury, z czasem poczęły niszczeć. Tak obszar historycznego miasta Casco Central utracił wiele sposób swych zabytków. Na szczęście wspomniana katedra, przetrwała. A i klasztorny kościół jest niczego sobie. Zresztą ta jak może być inaczej skoro Iglesia Convento San Francisco jest dziś najstarszym budynkiem w mieście! Wabiący dziś żółtą elewacją kościołem i białe mury klasztoru otwarto w listopadzie 1634 r. Kolejne wieki przyniosły mu nowe zadania. Wiecie, że stał się pierwszą instytucją o znaczeniu edukacyjnym w mieście?

Na rozwój miasta spory wpływ miało odnalezienia pokładów ropy i przemysł. Do tego w 1949 r. ówczesne władze zapoczątkowały proces przemian w Caracas. Chcąc pozbyć się wielkich zakładów przemysłowych ze stolicy wzrok decydentów padł na Valencię. W mgnieniu oka do miasta ściągnęły setki firm, zmieniając spokojna dotąd Valencię w motorem napędowy wenezuelskiej gospodarki.”

Od szpitala do kultury

Sięgające ledwie jednego piętra ściany podtrzymywanie są rzędem kolumn. Gdy Hiszpanie na dobre rozgościli się w mieście, w 1710 r. postanowili wybudować szpital. Ale sale dla chorych to nie jedyne co tu przewidziano. Wyposażony w kaplicę Casa de La Estrella, umożliwiał uczestnictwo w nabożeństwa wszystkich chorym, którzy leżąc w łóżkach mogli wysłuchiwać odprawianej nieopodal Mszy. Gdy lecznice zamykano w połowie XIX urządzono tu siedzibę Kongresu Republiki, a z czasem szkołę. Wreszcie mury postanowiono przeznaczyć na placówkę kulturalną, tworząc w 1999 r. Muzeum Historyczne. Ale obiekt na zawsze pozostanie adresem szczególnym – to w nim 1830 r. ogłoszono suwerenność Wenezueli.

Jak miło, że plac przy kościele postanowiono zająć czymś jeszcze. Dzięki temu ledwie kilka kroków sprawia, że trafiam na Teatro Municipal. Hmm, jakby to ująć? Może tak, że to kolejny dowód na wizje, jakie roztaczał wokół siebie Antonio Guzmán Blanco? Był 1879 r. gdy prezydent, mając na uwadze zbliżającą się setną rocznic wywalczenie niepodległości przez Wenezuelę, postanowił z dawnego klasztoru San Buenaventura uczynić miejsce podziwianie przez wszystkich. Zauroczony wizją Opery w Paryżu-link Podziemia architekt Antonio Malaussena zabrał się to kreślenia planów, które wkrótce poczęto wdrażać w życie. Konstruowany przez zagranicznych specjalistów, ściąganych specjalnie zarówno ze Stanów, jak i Anglii i Hiszpanii ukończono wreszcie w 1892 r.

Teatro Municipal de Valencia Wenezuela www.szlakiempodrozy.plTeatro Municipal de Valencia; źródło: Wikipedia

Tylko co z tego, skoro zaraz wybuchła wenezuelska woja domowa. Ta nowy gmach zaanektowała armia, urządzając tu swe koszary. Marzenia o teatrze jednak nie zginęły, czego efektem było ukończenie go w 1895 r.

Prosto. W prawo. W lewo. Droga może może prosta jak drut, ale za to ledwie wystarczy dziesięć minut. A warto, bo kolonialne zabudowania na rogu Avenida104 Soublette i Calle Comercio to adres w przeszłości szczególny. Widzieliście kiedyś, żeby w takcie jednego konfliktu zbrojnego obie jego strony, zajmowały ten sam dom? Oczywiście nie w tym samym czasie, ale jednak… A taka historia stała się udziałem nieruchomościowi pozostającej po wybudowaniu w rękach związanej z wojskiem rodziny. Najpierw zajmowali go Hiszpanie; potem walczący o niepodległość przyszli Wenezuelczycy. W jego korytarzach i pokojach krzątali się także lekarze i pielęgniarki opiekujący się rannymi w trakcie bitwy pod Carabobo.

Zajmowany przez płk Ibarrolaburo dom przejmowali z czasem kolejni właściciele. Wreszcie w maju 1839 r. dom zakupiła rodzina Celis wydając 6 tyś pesos, stając się najważniejszymi jak dotąd lokatorami, co podkreśla zresztą nazwa – Casa de los Celis. Tak płk Pedro Celis począł zmieniać jego wygląd, stawiając na pierwszym miejscu jednak swój komfort. Gdy rodzina Celis poczęła spraszać do siebie śmietankę towarzyską, organizowane tu wystawne przyjęcia wspominano latami. Ale zawiłe zasady dziedziczenia sprawiły, że w 1964 r. władze postanowiły objąć opieką zaniedbaną już nieruchomość, dając jej nowe życie przez ustanowienie w nim Muzeum Sztuki i Historii. Patrzę na gzyms fasady, który do dziś zdobią arabeski. Zapoznaję się w umieszczonym na bramie rodowodem płk de Caballería, Dona Ramona de Ibarrolaburu, oraz przybyłego z Hiszpanii Añorgi. Wreszcie wpatruję się w wysokie okna ozdobione listwami i grubymi żelaznymi prętami. Przechadzam się dwoma dziedzińcami, spoglądając na łukami na kolumnach.

Z historią na „ty”

Chodząc po mieście, które przecież zajmuje 309 km2 tak sobie myślę, że jeśli docenić by trzeba było te wenezuelską Valencię, to była by to bogata historia. I ta dawniejsza i na nieco nowsza. Był 25 marca 1555 r. gdy kapitan Alonso Díaz Moreno rozglądając się po okolicy uznał, że warto na tej ziemi założyć miasto. I tak też się stało. Wkrótce Nueva Valencia del Rey zaludnili hiszpańscy imigranci. A miejscowi Indianie zajmujący ziemie przed przybyciem Europejczyków, niemal z dnia na dzień stracili władzę nad swoim rejonem. Rdzenna ludność szybko przekonała się, że najprawdopodobniej nie ma tu dla niej miejsca. Dobra, żyzna ziemia byłą bowiem dla przybyszów na wagę złota. Część Indian, jaka mimo wszystko, pozostała na owych ziemiach z czasem zaczęła zakładać rodziny z przybyszami zza wielkiej wody…

Zaglądam na Plaza Sucre. Na placu moją uwagę zwraca Capitolio. Dawniej pełniący rolę klasztoru wybudowany w 1772 r. Stary, choć do dziś użytkowany. Na skraju owej siedziby regionalnych władz dostrzega, jednak coć jeszcze, I to nie byle co, bo Templo de San Francisco to miejsce, w który, w 1826 r. zwolennicy niepodległości państwa rzucili hasło o oddzieleniu się od Wielkiej Kolumbii.

Nagromadzenie owych historycznych miejsc sprawia, że gdy gdy zjawiam się przy Casa Paez, nic mnie nie dziwi. Jakbym w transie obchodził najważniejsze adresy. Ten ujmuje mnie domem, w którym mieszkał generał José Antonio Páez. Stojąc na czele wojska zwanego „Illanesros”, rekrutującego się z ludzi zamieszkujących na co dzień odpoczywał tu, gdzie patio ozdabia dziś dziewięć kolorowych murali. Jakie jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że ukazują one sceny z bitew, jakie stoczył. Obchodzę pienie odnowione pokoje, po czy, w podziemiach domu odnajduję więzienne cele, otwarte w czasach gdy krajem w dyktatorski sposób rządził Gomez.

Casa Páez en Valencia Wenezuela www.szlakiempodrozy.plCasa Páez en Valencia Wenezuela; źródło: Wikipedia

A co by było, gdyby tak po, ledwie po dekadzie, od założenia ówczesna osada, z dnia na dzień przestała istnieć? Ktoś powie – zupełna bajka. Otóż, niekoniecznie. Ledwie 10 lat po tym jak zjawili się tu pierwsi przybysze zza Wielkiej Wody wizyta poszukującego mitycznej krainy El Dorado konkwistadora Lope de Aguirre, skończyła się tym, że wszystko została niemal starte zostało z powierzchni. A potem nie było lepiej: plemiona karaibskie i łupiący w 1677 okolicę piraci z Francji na przemian sprawiali, że ówczesne „miasto” musiało podnosić się z kolan. Francuscy korsarze również nie byli dla miasta łaskawi; ot niszczyli wszystko co napotkani na drodze, nie oszczędzając nawet pierwszego ratusza.

Nieoczywista Valencia  w Wenezueli

Wizyta w trzecim co do wielkości mieście Wenezueli, leżącym w dolinie otoczonej pasmem Cordillera de la Costa, nie musi jednak polegać na podążaniu oczywistymi adresami. Warto wyjechać poza centrum. Kusząco wygląda choćby ulokowana na wschodzie Isla Multiespacio. Okazały wieżowiec, którego budowa ruszyła w 2009 r. sięgać ma 252,8 m wysokosci. Wciąż ślimaczące się prace nad 55 p. inwestycją każą jednak zastanawiać się czy planowany Hotel Intercontinental kiedykolwiek otworzy swe podwoje. Podobnie zresztą jak prywatny teatr, na którym zasiąść ma 1200 osobowa publiczność

Przynajmniej stadion już stoi, myślę sobie wpadając na 15,5 tyś Estadio José Bernardo Pérez. Bejsbolowy obiekt, otwarty w 1955 r.

Hiszpańsko języczka Wenezuela, jak się okazuje czerpie ze swych europejskich korzeni do dziś. Przekonuę się o tym na Plaza de Toros Monumental – 27 tys arena walki byków. Miłośnicy corridy od 1968 r. zapełniają trybuny, drugiej co do wielkości

Plaza de Toros Monumental www.szlakiempodrozy.plPlaza de Toros Monumental; źródło: Flickr

Kolejka w Meridzie

Jak to dziwnie się układa… Zazwyczaj miasta słyną z niezwykłych budowli – zamków, wież, czy też adresów, które wpisały się w historię świata. A wenezuelska Merida? Nie wpadlibyście pewnie, że tu crème de la crème, tworzy… kolejka linowa.

Stoję właśnie na stacji początkowej „Teleferico”, mieszczącej się w Parque de las Heroinas. Cały „chodzę w środku” czekając aż wreszcie przekroczę drzwi wagoniki kolejki linowej ponownie oddanej do użytku w 1996 r. W planach mam , a jakże, pokonanie całych 12,5 km trasy. A co, raz się żyje… W końcu to najwyżej położona i najdłuższa atrakcja tego typu na świecie! Cały odcinek obsługiwany jest za pomocą pięciu stacji, a jej koniec majaczy gdzie na sięgającym 4765 m n.p.m.m., zawsze ośnieżonym, Pico Espejo – Lustrzanym Szczycie. Zresztą stolicę stanu Merida, otacza aż pięć najwyższych szczytów wenezuelskich Andów.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *