Kapsztad, Johannesburg, Pretoria www.szlakiempodrozy.pl

Samochodowy tryptyk po afrykańsku

Miasto poznawane „zza kółka” pozwala uchwycić magię momentów. Nierzadko, trwających sekundę. W pewnym momencie oko rejestruje migawkę, której efektem jest klisza, która już się nie powtórzy. Wraz z przyspieszaniem czy hamowaniem pojawia się więc w głowie wizja. I to bez różnicy, czy trzeba poruszać się wielopasmowymi, szerokimi arteriami, czy wciskać w wąziutkie alejki, bacząc stale by nie zahaczyć o cokolwiek na swej drodze. Pora się przekonać jak to wygląda w RPA.

Tak jest z Kapsztadem do którego już sam wjazd jedną z głównych arterii – Heerengracht, pozwala narzucić sobie pewne jego wyrażenie. Mijając dzisiejsze wieżowce kierowcy wiedzą, że 300 lat kłębiło się tu życie maleńkiej wioski, w której w niezbędne produkty zaopatrywali się marynarze. Dziś jak po sznurze jeżdżą tu samochody, autobusy i taksówki, stanowiące jakby serce tego drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta RPA. Ale jak ma być inaczej skoro gros spośród 4 milionów ludzi codziennie przemierza ulicami dziesiątki kilometrów?

Okrążając rondo, oczywiście z lewej strony, gdyż właśnie ruch lewostronny obowiązuje w RPA, przez otwarte okna miejscowi spoglądają w bok, na statuę twórcy ogrodów Jana van Riebeecka i jego żony Marii. Małe zielone palmy zasadzone w pasie odgradzającym oba kierunki jazdy na Adderley Street pozwalają spokojnie trzymać się szosy. Kremowe ściany piętrzących się zabudowań w końcu ustępują nieśmiało zielonym terenom. Pędząc od portu kierowcy wspominają działalność Kompanii Wschodnioindyjskiej, gdyż tu jak nigdzie indziej, dostrzegalne są wpływy holenderskiego panowania. Był 1652 r., gdy władze tej instytucji założyły miasto, mające być głównie portem dla statków handlowych. Tak zainicjowano legendę najstarszego miasta RPA…Adderley Street w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

 

Adderley Street; źródło: Flickr

Stojący na czerwonych światłach kierowcy, a tych jest tu naprawdę sporo, zatrzymują wzrok na nowoczesnych siedzibach banków i sklepów. Ślimacze tempo ruchu po wąskiej drodze pozwala rzucić okiem na historyczny Groote Kerk – najstarszy kościół w RPA. Oliwkowa elewacja i sam kształt budowli przypomina raczej jakiś urząd, niż miejsce przeznaczone dla chrześcijańskich modlitw. Dopiero wejście do środka pozwala dowieść właściwej funkcji. Tutejszą ambonę z drewna, uznać można za dowód na to, iż rzeźbienie słusznie uznaje się za prawdziwą sztukę.

Groote Kerk Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

 

Groote Kerk; źródło: Flickr

Ostry zakręt o 90° sprawia, że nawet dozwolone w terenie zabudowanym 60 km/h, okazuje się prędkością przy której łatwo wypaść z drogi. A to skutkowałoby niczym innym, jak uderzeniem wprost w mury Old Slave Logde, w którym dziś mieści się Muzeum Kultury Afryki Południowej. Szkoda by było, bo przecież to jeden z najstarszych budynków w mieście! Niziutką nieruchomość, po dziś, otacza jednak aura historii. Oto w 1679 r., w którym to powstał ów dom, zakwaterowano w nim tysiąc niewolników Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Doczekawszy się przebudowy w 1811 otwarł swe podwoje jako siedziba urzędów państwowych. Mroczna przeszłość między obiema datami najeżona jest słyszalnymi odgłosami osadzonych, w funkcjonującym tu więzieniu, a potem krzykami pacjentów szpitala dla psychicznie chorych.

Slave Lodge Kapsztad RPA ww.szlakiempodrozy.pl Slave Lodge; źródło: Wikipedia

“Nocne życie Kapsztadu toczy się w okolicy opadającej ku południu Kloof St., przy Company’s Garden. Tutejsze bary, restauracje i kawiarnie, działające w typowo kolonialnych budynkach, okupowane są do późnych godzin nocnych.”

Zza szyb przyspieszających, po pokonaniu zakrętu pojazdów wyłania się anglikańska katedra św. Jerzego (St. George’s Cathedral), której budulec pochodzi z kamienia pobliskiej Góry Stołowej. Szare wnętrze, do którego przez wielobarwne witraże wpada sporo światła, oświetlają dodatkowo zwisające na łańcuszkach lampy. Misternie ułożone kolorowe szybki emanują postacią Chrystusa w purpurowym odzieniu, sąsiadując z wkomponowanym tu krajowym akcentem – postacią Mahatmy Ghandiego. Inne okno lśni największym witrażem na południowej półkuli, o wymiarach 9 na7 metrów! Roi się na nim od postaci świętych, by wspomnieć tylko śś. Augustyna, Monikę czy Marka.

Słynne witraże w kapsztadzkiej katedrze www.szlakiempodrozy.pl

Słynne witraże w kapsztadzkiej katedrze; źródło: Wikipedia

Zwykłe, drewniane krzesła, stojące tu zamiast ławek sprawiają wrażenie, jakby zaraz miał się tu rozpocząć jakiś spektakl. Zresztą katedra na zawsze kojarzona będzie z specyficznymi nabożeństwami – symbolicznym akcentem walki z apartheidem. Gdy w 1902 położono kamień węgielny, miała stać się godną następczynią zwykłego, starego kościoła. Czy to się udało? Chyba tak, skoro w 1995 ukontentowany byli nawet nawiedzający ją Elżbieta II i książę Filip. Powagi całości dodaje dostojny ołtarz z czarnego marmuru. Witraże w bocznych kaplicach obleczono w postacie żołnierzy, w tym św. Albama – pierwszego anglikańskiego męczennika. Kaplica św. Dawida poświęcona patronowi Walii, wspomina wojaków poległych w wojnie w RPA w l.1898-1902. W historii katedry zanurzyć się można podczas godzinnej wycieczki z przewodnikiem, który odkrywa sporo jej tajemnicWięcej o kapsztadzkiej katedrze tutaj.

Katedra w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

Katedra w Kapsztadzie; źródło: Wikipedia

Poruszający się samochodami mają nie lada zgryz, by dotrzeć w okolice Parlamentu, przy Government Av. Zamknięte dla ruchu kołowego drogi, zmuszają do przespacerowania się. Pierwszą bryłę z 1884 r. obudowano w l.20. i 80 XX w. nową neoklasycystyczną. Strukturą. Stało się to jednak dopiero 30 lat po tym, jak królowa Wiktoria zezwoliła na jego budowę. Kolumny korynckie i wpadające w oko balustrady, wykonano z materiałów specjalnie dowiezionych z Wielkiej Brytanii. W środku wabią ciekawe przedmioty: stół Ludwika XIV, który król Edward VII wykorzystał podpisując „Akt RPA”, złote pióro i pieczęć króla wraz ze złotym tuszem! No i duplikat pierwotnej proklamacji, ogłoszonej 31 maja 1910 roku.

Parlament Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Parlament Kapsztad; źródło: Flickr

Co jakiś czas, na ulicach Kapsztadu dostrzec można autobus turystyczny. Kierowcy tych długich, odkrytych samochodów ostrożnie lawirują w gąszczu innych uczestników ruchu drogowego. Ceny za wycieczkę oscylują wokół 200-300 randów, czyli nie są specjalnie drogie – skoro 200 randów to ok. 50-75 zł. Z wysokości piętrowego autokaru lepiej zapamiętuje się wizerunek Tuynhuys. Niestety nie sposób zatrzymać się przed tą kolonialną rezydencją z 1700 r., oficjalną siedzibą Prezydenta RPA. A szkoda, bo jej historia zapewnia pewną dozę zarówno humoru, jak i wiedzy. Nie sposób się nie uśmiechnąć, dowiedziawszy się, że po powstaniu tu, jeszcze w 1652 r., pierwszej budowli zlokalizowano w niej… składzik na narzędzia ogrodnicze. Jakby tego było mało, trzy dekady później otwarto tu pensjonat dla gości sprowadzanych tu specjalnie dla… poprawiania humoru gubernatora dawnej osady. Wielka przebudowa pod okiem Lorda Charlesa Somerseta sprawiła, że powstała ładna sala balowa. Tylko co z tego, skoro sam zainteresowany musiał w 1824 ją opuścić. Wydawało się, że na zaniedbaną rezydencję wydano wyrok. A jednak w 1968 doczekała się kapitalnego remontu.

 

Mijając Ogrody Kampanii Wschodnioindyjskiej (Comapany Garden’s), kierujący zmuszani są do wjechania na St. Johns Street. Powód jest prozaiczny – Government Av. i Paddock Av. są deptakami. A same ogrody? No cóż… Niestabilność rządów, ścieranie się zagranicznych, kolonialnych wpływów sprawiło, że z czasem popadły w niełaskę. W końcu rząd RPA przeznaczył tereny pod park – ostoję spokoju. O każdej porze dnia gromadzą się tu spacerowicze, widać i odpoczywając na kocach. Van Riebeeck pierwotnie zasadził tu ziemniaki, zboże, rzepak i kapustę, pragnąc zapewnić żeglarzom zmagającym się ze szkorbutem odpowiednią dietę. Pośród zielonych palm i drzew z podwyższenia zerka na wszystko Celil Rhodes, brytyjski autor idei kolonizacji Afryki. Pomiędzy katedrę, a ogrody wciśnięto jeszcze gmach Narodowej Biblioteki Południowej Afryki. Także koniec parku jest okazją do skorzystania z usług bibliotecznych – konkretnie uczelnianej Hiddingh Hall Library.

“Co zasługuje na miano prawdziwego symbolu Kapsztadu? Bez wątpienia Góra Stołowa!”

Wspominana Paddock Avenue i jej okolice słyną z trzech instytucji kulturalnych:

  • South African National Gallery – otwartej w 1930; mieszczącej się dziś w okazałym jednopiętrowym budynku; osią jej zbiorów są skamieniałości sprzed 700 milionów, oraz narzędzia z kamienia sprzed 120 tyś lat! Więcej tutaj.
  • South African Jewish Museum – prezentuje artefakty odnoszące się do żydowskich elementów kultury południowoafrykańskich społeczności. Przy muzeum działa też Cape Town Holocaust Centre oraz synagoga żydowska
  • Iziko South African Museum (South African Museum) – Muzeum Południowoafrykańskie jest najstarszą placówką kulturalną tego typu w kraju! W Old Town House (Starej Kamienicy) z 1761 r. prezentuje się eksponaty nawiązujące do głównie kultury RPA, choć nie brak tu wątków przyrodniczych. Jest tu nawet część malowideł naskalnych, odłupanych z pierwotnych lokalizacji i przeniesionych na wystawy. Ciekawym elementem wystawy są też przedmioty z ceramiki, które powstały rękami ludzi już 2500 lat temu! Multimedialna część opiera się na ukazaniu Studni Wielorybów (Whale Well), ukazującej życie owych wielkich morskich ssaków. Więcej znajdziesz tutaj.
  • African Image Art Gallery – ukazuje mnogość stylów tutejszych wytwórców. Głównie ceramikę i dekoracyjne maski, które wiesza się później na ścianach. Zresztą nie tylko tutejsze; prócz krajowych eksponatów znaleźć można malijskie koce, czy nigeryjskie sukna.

Muzeum Iziko zawiaduje także aktywnością tutejszego planetarium, które jest najbardziej nowoczesnym obiektem tego typu w Afryce

Sunący czterema kółkami w okolicy Castle Street, z obydwu stron otoczeni są przez kilka sekund dwoma ciekawymi elementami krajobrazu. Dawniej plac Grand Parade słynął z ostrych musztr serwowanych tu żołnierzom. Popisy wojaków zastąpiły z czasem stoiska sprzedawców i klienci buszujący po targowisku. Niestety dziś zza szyb wygląda jak jedna wielka wielokolorowa… tandeta. A to przecież tu Nelson Mandela wygłosił płomienne przemowy do rodaków, tuż po zwolnieniu z więzienia i po wybraniu na najważniejsze stanowisko w państwie! Po drugiej stronie Darling Street dumnie pręży się tutejszy ratusz. Nie ma takiej możliwości, by przejeżdżając tędy nie zerknąć na ten edwardiański budynek z 1905 r. w którym zobaczyć można wielkie organy muzyczne Wspaniały instrument wraz z wieżą zegarową stanowi prawdziwy obiekt dumy mieszkańców. Żółto – złotawa poświata, emanująca od niego za dnia, to idealna ilustracja kolonialnej potęgi tego miasta.

Cape Town City Hall - Ratusz w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

Cape Town City Hall; źródło: Flickr

Obok niskiego ogrodzenia, na dwóch przystankach, zatrzymują się autobusy. Wysiadający pasażerowie idą swym zwykłym rytmem, jakby nie dostrzegając Castle of Good Hope (Zamku Dobrej Nadziei). A to przecież najstarszy zachowany kolonialny budynek w RPA! Pięciokątna twierdza szykowana była przez Holendrów na wypadek prawdopodobnej wojny z Brytyjczykami. Od 1666 dostosowywano więc stary, wysłużony i nieprzystający do nowych warunków fort. Jak to koloniści mieli w zwyczaju, prace scedowali na niewolników – 300 pojmanych właśnie marynarzy i gnębionych członków ludu Khoikhoi. Kamienie i muszle wypalano w piecach z wapna, rękami najtańszej siły roboczej, odpowiedzialnej też za łamanie kamieni, zbieranie muszli i wyładowywanie klinkierowych cegieł, importowanych prosto z Holandii.

Żółta barwa ścian zapewnić miała odbijanie promieni słonecznych, a tym łagodny chłód wnętrza. Jan van Riebeeck z zadowoleniem przyjął jej ukończenie w 1679 r., zwłaszcza wodząc wzrokiem po murach grubości 10 m i 5 bastionach w rogach. Dziś zamek jest siedzibą dowództwa okręgu wojskowego, „Muzeum Wojska i Morza”, a także miejscem wystaw obrazów, sreber, mebli i porcelany. Druga strona dziedzińca nurtuje zaś tzw. balkonem Kat. Przylega on do obszernego salonu, dawniej tworzącego centralne miejsce rezydencji gubernatora kolonii. A tutejsze podziemne lochy, zwane „czarnymi dziuplami”, zawsze były gotowe na przyjęcie przestępców i osób, które akurat podpadły władzom. Więcej tutaj.

Stanowiący centralny punkt starego miasta Greenmarket Square ożywa w dni, w których sprzedawcy układają swe kramy inaugurując pchli targ. Stąd też nazwa nie tyle odnosi do wybrukowanego placu, ale szerzej do całego kwartału. Przedzielający Burg Street ryneczek stanowi problematyczny rejon dla zmotoryzowanych. Nierzadko klnąc po nosem, zmuszeni są wymijać ciągnących swe towary handlarzy, walczących o jak najlepsze miejsca. Czego tu nie ma! Wyroby skórzane, ręcznie tworzona biżuteria, drewniane figurki. A wszystko to w otoczeniu stale działających restauracji, z których do nozdrzy docierają smakowite zapachy pieczonej jagnięciny i innego mięsiwa.

Manewrowanie Long Street, choć to jednokierunkowa arteria, wymaga skupienia. Na pełnej wiktoriańskich zabudowań ulicy, co rusz z butików, sklepów z pamiątkami i antykwariatów, wprost pod koła wypadają zarówno miejscowi jak i turyści. Za nic nie mający wyobraźni, nic sobie nie robiący z obecności ryczących silników. Ale czy może być inaczej ,skoro przyległa do niej łatka najmodniejszej ulicy Kapsztadu? Tyle, że to swoiste przekleństwo. Bo turyści zwabiają głównie… kieszonkowców.

W dzielnicach Kapsztadu

Produkcja wina na obrzeżach Kapsztadu ma się świetnie, czego dowodzi gospodarstwo Groot Constantia położone 20 km na południe od centrum miasta. Ale to nie ono, a kursowanie po północnych dzielnicach może dostarczyć istnej eksplozji kolorów.

Objazd Bo-Kaap (Górnego Przylądka) położonej na zachód od centrum dzielnicy, z jednej strony to istny horror nawet dla urodzonych za kółkiem, z drugiej zaś okazja do zachwytu. Owa malajska dzielnica to bowiem nic innego, jak kręte, wąskie ulice. Tutejsze odnowione domy przybrały pastelowe barwy. Przynajmniej one, stojące tu od XVIII i XIX w. są jakąś nagrodą za odwagę, jaką jest ciągła niepewność na szosie. Dawniej mieszkali tu niewolnicy; były stajnie i koszary. W XVII w. zaroiło się tu od muzułmanów z Batawii, sprowadzanych do pracy. Część obiektów zajmowali imamowie z Indonezji, zesłani za podburzanie ludu przeciw holenderskim władzom kolonii. Co ciekawe, do dziś mieszkają tu ich potomkowie, kultywujący swe malajskie tradycje. Chiappini St., Rose St., czy Longmart St. – wszystko jedno! Zielone, niebieskie, pomarańczowe, czy fioletowe ściany sprawiają, że trudno skupić się na znakach drogowych. A warto jeszcze wyjaśnić skąd ta „malajskość”… Łatka na zawsze przylgnęła do okolicy za sprawą niewolników z Malezji, Indonezji i krajów afrykańskich, mających zastąpić sprzeciwiających się wyzyskowi członkom lokalnych plemion.

Kolorowe Bo-Kaap Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Kolorowe Bo-Kaap Kapsztad; źródło: Flickr

Najstarsza część portu – Victoria and Alfred (V&A) Waterfront czyli Nabrzeże Wiktorii i Alfreda, przez dziesięciolecia wyglądała jak ruina. Stare magazyny z żywnością przeznaczoną na eksport nadgryzł ząb czasu. Wreszcie l. 80. XX przyniosły im zmianę wizerunku. W pełni udana renowacja przeobraziła szary port w pełną uroku okolicą handlową ze sklepami, warsztatami rzemieślniczymi i luksusowymi hotelami, w których cena za dobę przyprawia o ból głowy. Restauracje i puby ściągają rzesze ludzi, główne – co zrozumiałe – turystów. Ale jest w tym jakaś sztuczność… Może odpowiada za nią stała obecność przedstawicieli rożnych kultur o turystów?

Clock Tower Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Czerwona Wieża Zegarowa (Clock Tower) w wiktoriańskim stylu stanęła tu 1882 roku. jako siedziba portowego kapitanatu. Dziś prócz siedziby Muzeum Diamentów, stanowi punkt widokowy z którego podziwiać można port i okolicę. Z tutejszej przystani wypływają statki wycieczkowe na wyspę Robben. Źródło foto: Flickr

Nabrzeżne Akwarium Dwóch Oceanów (Two Oceans Aquarium) to kolejne typowo turystyczna atrakcja. Morską fauna, rafa koralowa, a zwłaszcza żarłacze ludojady to nie przelewki. Wizyta tu pozwoli zerknąć na 300 żywych stworzeń morskich, a szczególnie zadowolone powinny być dzieci dla których przygotowano mnóstwo rozrywek.

W dzielnicy Greenpoint usytuowano 69 tyś stadion piłkarski, który by areną zmagań MŚ 2010. , Warto jeszcze zajrzeć na Półwysep Kapsztadzki, który słynie z pięknie położonej drogi Champan’s Peak Drive.


Herb Kapsztadu

Herb Kapsztadu; źródło: Wikipedia

Przez ulice Johannesburga

Przemierzając samochodem ulice E’Goli, czyli „złotego miasta”, w głowie tłucze się jedna myśl: czy miałoby się w ogóle szansę powstać, gdyby nie odkrycie bogatych złóż kruszcu? Raczej nie. Nie wiem czy takie refleksje dopadają współczesnych mieszkańców 4. największego miasta Czarnego Lądu, a zarazem największej metropolii RPA. Na pewno nie podczas pokonywania każdego metra z wyasfaltowanych tu, aż 7519 km dróg?

Johannesburg bez wątpienia przeżył niespodziewany boom. Kompletne pustkowie najpierw stało się małym obozowiskiem pełnym namiotów, a następnie nowoczesnym ośrodkiem miejskim. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w kilka miesięcy ludzie dorabiali się tu majątków. Diagonal Street nie ma jednak w sobie dziś nic z dawnego uroku. Prowadzący samochody kierowcy leniwie mijają zaparkowane na poboczu auta. Otwarte rolety sklepów kuszą kolorowymi ubraniami i torbami. Ale bieda, aż szczypie w oczy. Pierwsze namioty poszukiwacze złota rozbili właśnie tu, w okolicy dzisiejszej ul. Przekątnej. Mijając typową brytyjską zabudowę, jakoś nie dostrzega się potęgi tego 8 milionowego miasta.

Aż dziw, że jeszcze niedawno po okolicy poruszały się wyłącznie zdezelowane osobówki, które i tak w slumsach były czymś nieoczywistym. Miarą zrzucania z siebie tego balastu jest dziś Newtown Precinct – centrum handlowe, zlokalizowane w starych halach magazynowych. Bezsprzecznie, jedna z perełek miasta. Sale koncertowe i wystawiennicze, studia tańca i warsztaty rzemieślnicze wzbogacają ofertę kulturalną miasta. A przecież jeszcze niedawno niesprawne hale chłodnicze i wyrastające ponad zabudowania turbiny. straszyły swym stanem. A dziś? Niektórzy kierowcy za każdym razem pochylając się patrzą w bok na artystyczne, kolorowe graffiti – potężne słonie na różowym tle.

Carlton Centre Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Nowoczesne miasto to oaza wieżowców. Carlton Centre, najwyższy wieżowiec w RPA pozwala z góry rzucić okiem na hałdy i wieże szybów kopalnianych. Ma 222 m wysokości, na które składa się 50 pięter. Ostatnie jest 360° punktem widokowym. Łączna pow. podłóg to 75 355 m2.

Cała dzielnica Newtown pęka z dumy za sprawą wiktoriańskiego Mary Fitzgerald Square. Sznur aut mija go sprawnie po lewej stronie, korzystając z jednokierunkowej szosy. Zwykły, wyłożony szaro-czerwoną kostką brukową, poza palmami nie ma się czym pochwalić. Bardziej to stojący tu Market Theatre Complex przyciąga zainteresowanie. Ośrodek szczególną popularnością cieszył się w okresie apartheidu, wystawiając w l.70. i 80. przedstawienia, ze szczególnym politycznym zabarwieniem.

Mieszczące się w nim trzy placówki to tutejsze „must see”. Pierwsza „Museum Africa” ukazuje przeszłość Johannesburga. Wystawę śmiało można niezwykłą, bo czy często obiekty tego typu wystawiają… domy? Tu taki jest, konkretnie przeniesiony z dzielnicy Alexandria. A do tego stały punkt niemal wszystkich muzeów – ekspozycja, której motywem przewodnim jest postać Nelsona Mandeli. Tutaj skupiono się na procesie, którego wyrok brzmiał wówczas strasznie: dożywotnia odsiadka na wyspie Robben. Darmowy wstęp sprawia, że cudzoziemców jest tu, co niemiara. I tak od 1913, kiedy to plac na którym działał wówczas targ postanowiono wykorzystać, by stworzyć ukazująca historię RPA atrakcję. Druga to „Geological Museum” prezentujące bogactwa naturalne RPA w licznie 17 tyś różnych przedmiotów, z których gors koncentruje się na tutejszym bogactwie nr 1 – złocie. Ostatnia zaś „Photographic Library and Museum” to pozostałość byłego burmistrza miasta., który zafascynowany fotografią promował ten rodzaj sztuki. Efektem choćby widok aparatu Daguerre z 1839, oraz multum historycznych zdjęć.

Czytaj dalej

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments