Kapsztad, Johannesburg, Pretoria www.szlakiempodrozy.pl

Samochodowy tryptyk po afrykańsku

Miasto poznawane „zza kółka” pozwala uchwycić magię momentów. Nierzadko, trwających sekundę. W pewnym momencie oko rejestruje migawkę, której efektem jest klisza, która już się nie powtórzy. Wraz z przyspieszaniem czy hamowaniem pojawia się więc w głowie wizja. I to bez różnicy, czy trzeba poruszać się wielopasmowymi, szerokimi arteriami, czy wciskać w wąziutkie alejki, bacząc stale by nie zahaczyć o cokolwiek na swej drodze. Pora się przekonać jak to wygląda w RPA.

Kapsztad czyli Cape Town

Tak jest z Kapsztadem do którego już sam wjazd jedną z głównych arterii – Heerengracht, pozwala narzucić sobie pewne jego wyrażenie. Mijając dzisiejsze wieżowce kierowcy wiedzą, że 300 lat kłębiło się tu życie maleńkiej wioski, w której w niezbędne produkty zaopatrywali się marynarze. Dziś jak po sznurze jeżdżą tu samochody, autobusy i taksówki, stanowiące jakby serce tego drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta RPA. Ale jak ma być inaczej skoro gros spośród 4 milionów ludzi codziennie przemierza ulicami dziesiątki kilometrów?

Okrążając rondo, oczywiście z lewej strony, gdyż właśnie ruch lewostronny obowiązuje w RPA, przez otwarte okna miejscowi spoglądają w bok, na statuę twórcy ogrodów Jana van Riebeecka i jego żony Marii. Małe zielone palmy zasadzone w pasie odgradzającym oba kierunki jazdy na Adderley Street pozwalają spokojnie trzymać się szosy. Kremowe ściany piętrzących się zabudowań w końcu ustępują nieśmiało zielonym terenom. Pędząc od portu kierowcy wspominają działalność Kompanii Wschodnioindyjskiej, gdyż tu jak nigdzie indziej, dostrzegalne są wpływy holenderskiego panowania. Był 1652 r., gdy władze tej instytucji założyły miasto, mające być głównie portem dla statków handlowych. Tak zainicjowano legendę najstarszego miasta RPA…

Adderley Street w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

Adderley Street; źródło: Flickr

Stojący na czerwonych światłach kierowcy, a tych jest tu naprawdę sporo, zatrzymują wzrok na nowoczesnych siedzibach banków i sklepów. Ślimacze tempo ruchu po wąskiej drodze pozwala rzucić okiem na historyczny Groote Kerk – najstarszy kościół w RPA. Oliwkowa elewacja i sam kształt budowli przypomina raczej jakiś urząd, niż miejsce przeznaczone dla chrześcijańskich modlitw. Dopiero wejście do środka pozwala dowieść właściwej funkcji. Tutejszą ambonę z drewna, uznać można za dowód na to, iż rzeźbienie słusznie uznaje się za prawdziwą sztukę.

Groote Kerk Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

 

Groote Kerk; źródło: Flickr

Ostry zakręt o 90° sprawia, że nawet dozwolone w terenie zabudowanym 60 km/h, okazuje się prędkością przy której łatwo wypaść z drogi. A to skutkowałoby niczym innym, jak uderzeniem wprost w mury Old Slave Logde, w którym dziś mieści się Muzeum Kultury Afryki Południowej. Szkoda by było, bo przecież to jeden z najstarszych budynków w mieście! Niziutką nieruchomość, po dziś, otacza jednak aura historii. Oto w 1679 r., w którym to powstał ów dom, zakwaterowano w nim tysiąc niewolników Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Doczekawszy się przebudowy w 1811 otwarł swe podwoje jako siedziba urzędów państwowych. Mroczna przeszłość między obiema datami najeżona jest słyszalnymi odgłosami osadzonych, w funkcjonującym tu więzieniu, a potem krzykami pacjentów szpitala dla psychicznie chorych.

Slave Lodge Kapsztad RPA ww.szlakiempodrozy.pl Slave Lodge; źródło: Wikipedia

„Nocne życie Kapsztadu toczy się w okolicy opadającej ku południu Kloof St., przy Company’s Garden. Tutejsze bary, restauracje i kawiarnie, działające w typowo kolonialnych budynkach, okupowane są do późnych godzin nocnych.”

Zza szyb przyspieszających, po pokonaniu zakrętu pojazdów wyłania się anglikańska katedra św. Jerzego (St. George’s Cathedral), której budulec pochodzi z kamienia pobliskiej Góry Stołowej. Szare wnętrze, do którego przez wielobarwne witraże wpada sporo światła, oświetlają dodatkowo zwisające na łańcuszkach lampy. Misternie ułożone kolorowe szybki emanują postacią Chrystusa w purpurowym odzieniu, sąsiadując z wkomponowanym tu krajowym akcentem – postacią Mahatmy Ghandiego. Inne okno lśni największym witrażem na południowej półkuli, o wymiarach 9 na7 metrów! Roi się na nim od postaci świętych, by wspomnieć tylko śś. Augustyna, Monikę czy Marka.

Słynne witraże w kapsztadzkiej katedrze www.szlakiempodrozy.pl

Słynne witraże w kapsztadzkiej katedrze; źródło: Wikipedia

Zwykłe, drewniane krzesła, stojące tu zamiast ławek sprawiają wrażenie, jakby zaraz miał się tu rozpocząć jakiś spektakl. Zresztą katedra na zawsze kojarzona będzie z specyficznymi nabożeństwami – symbolicznym akcentem walki z apartheidem. Gdy w 1902 położono kamień węgielny, miała stać się godną następczynią zwykłego, starego kościoła. Czy to się udało? Chyba tak, skoro w 1995 ukontentowany byli nawet nawiedzający ją Elżbieta II i książę Filip. Powagi całości dodaje dostojny ołtarz z czarnego marmuru. Witraże w bocznych kaplicach obleczono w postacie żołnierzy, w tym św. Albama – pierwszego anglikańskiego męczennika. Kaplica św. Dawida poświęcona patronowi Walii, wspomina wojaków poległych w wojnie w RPA w l.1898-1902. W historii katedry zanurzyć się można podczas godzinnej wycieczki z przewodnikiem, który odkrywa sporo jej tajemnicWięcej o kapsztadzkiej katedrze tutaj.

Katedra w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

Katedra w Kapsztadzie; źródło: Wikipedia

Poruszający się samochodami mają nie lada zgryz, by dotrzeć w okolice Parlamentu, przy Government Av. Zamknięte dla ruchu kołowego drogi, zmuszają do przespacerowania się. Pierwszą bryłę z 1884 r. obudowano w l.20. i 80 XX w. nową neoklasycystyczną. Strukturą. Stało się to jednak dopiero 30 lat po tym, jak królowa Wiktoria zezwoliła na jego budowę. Kolumny korynckie i wpadające w oko balustrady, wykonano z materiałów specjalnie dowiezionych z Wielkiej Brytanii. W środku wabią ciekawe przedmioty: stół Ludwika XIV, który król Edward VII wykorzystał podpisując „Akt RPA”, złote pióro i pieczęć króla wraz ze złotym tuszem! No i duplikat pierwotnej proklamacji, ogłoszonej 31 maja 1910 roku.

Parlament Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Parlament Kapsztad; źródło: Flickr

Co jakiś czas, na ulicach Kapsztadu dostrzec można autobus turystyczny. Kierowcy tych długich, odkrytych samochodów ostrożnie lawirują w gąszczu innych uczestników ruchu drogowego. Ceny za wycieczkę oscylują wokół 200-300 randów, czyli nie są specjalnie drogie – skoro 200 randów to ok. 50-75 zł. Z wysokości piętrowego autokaru lepiej zapamiętuje się wizerunek Tuynhuys. Niestety nie sposób zatrzymać się przed tą kolonialną rezydencją z 1700 r., oficjalną siedzibą Prezydenta RPA. A szkoda, bo jej historia zapewnia pewną dozę zarówno humoru, jak i wiedzy. Nie sposób się nie uśmiechnąć, dowiedziawszy się, że po powstaniu tu, jeszcze w 1652 r., pierwszej budowli zlokalizowano w niej… składzik na narzędzia ogrodnicze. Jakby tego było mało, trzy dekady później otwarto tu pensjonat dla gości sprowadzanych tu specjalnie dla… poprawiania humoru gubernatora dawnej osady. Wielka przebudowa pod okiem Lorda Charlesa Somerseta sprawiła, że powstała ładna sala balowa. Tylko co z tego, skoro sam zainteresowany musiał w 1824 ją opuścić. Wydawało się, że na zaniedbaną rezydencję wydano wyrok. A jednak w 1968 doczekała się kapitalnego remontu.

 

Mijając Ogrody Kampanii Wschodnioindyjskiej (Comapany Garden’s), kierujący zmuszani są do wjechania na St. Johns Street. Powód jest prozaiczny – Government Av. i Paddock Av. są deptakami. A same ogrody? No cóż… Niestabilność rządów, ścieranie się zagranicznych, kolonialnych wpływów sprawiło, że z czasem popadły w niełaskę. W końcu rząd RPA przeznaczył tereny pod park – ostoję spokoju. O każdej porze dnia gromadzą się tu spacerowicze, widać i odpoczywając na kocach. Van Riebeeck pierwotnie zasadził tu ziemniaki, zboże, rzepak i kapustę, pragnąc zapewnić żeglarzom zmagającym się ze szkorbutem odpowiednią dietę. Pośród zielonych palm i drzew z podwyższenia zerka na wszystko Celil Rhodes, brytyjski autor idei kolonizacji Afryki. Pomiędzy katedrę, a ogrody wciśnięto jeszcze gmach Narodowej Biblioteki Południowej Afryki. Także koniec parku jest okazją do skorzystania z usług bibliotecznych – konkretnie uczelnianej Hiddingh Hall Library.

„Co zasługuje na miano prawdziwego symbolu Kapsztadu? Bez wątpienia Góra Stołowa!”

Wspominana Paddock Avenue i jej okolice słyną z trzech instytucji kulturalnych:

  • South African National Gallery – otwartej w 1930; mieszczącej się dziś w okazałym jednopiętrowym budynku; osią jej zbiorów są skamieniałości sprzed 700 milionów, oraz narzędzia z kamienia sprzed 120 tyś lat! Więcej tutaj.
  • South African Jewish Museum – prezentuje artefakty odnoszące się do żydowskich elementów kultury południowoafrykańskich społeczności. Przy muzeum działa też Cape Town Holocaust Centre oraz synagoga żydowska
  • Iziko South African Museum (South African Museum) – Muzeum Południowoafrykańskie jest najstarszą placówką kulturalną tego typu w kraju! W Old Town House (Starej Kamienicy) z 1761 r. prezentuje się eksponaty nawiązujące do głównie kultury RPA, choć nie brak tu wątków przyrodniczych. Jest tu nawet część malowideł naskalnych, odłupanych z pierwotnych lokalizacji i przeniesionych na wystawy. Ciekawym elementem wystawy są też przedmioty z ceramiki, które powstały rękami ludzi już 2500 lat temu! Multimedialna część opiera się na ukazaniu Studni Wielorybów (Whale Well), ukazującej życie owych wielkich morskich ssaków. Więcej znajdziesz tutaj.
  • African Image Art Gallery – ukazuje mnogość stylów tutejszych wytwórców. Głównie ceramikę i dekoracyjne maski, które wiesza się później na ścianach. Zresztą nie tylko tutejsze; prócz krajowych eksponatów znaleźć można malijskie koce, czy nigeryjskie sukna.

Muzeum Iziko zawiaduje także aktywnością tutejszego planetarium, które jest najbardziej nowoczesnym obiektem tego typu w Afryce

Sunący czterema kółkami w okolicy Castle Street, z obydwu stron otoczeni są przez kilka sekund dwoma ciekawymi elementami krajobrazu. Dawniej plac Grand Parade słynął z ostrych musztr serwowanych tu żołnierzom. Popisy wojaków zastąpiły z czasem stoiska sprzedawców i klienci buszujący po targowisku. Niestety dziś zza szyb wygląda jak jedna wielka wielokolorowa… tandeta. A to przecież tu Nelson Mandela wygłosił płomienne przemowy do rodaków, tuż po zwolnieniu z więzienia i po wybraniu na najważniejsze stanowisko w państwie! Po drugiej stronie Darling Street dumnie pręży się tutejszy ratusz. Nie ma takiej możliwości, by przejeżdżając tędy nie zerknąć na ten edwardiański budynek z 1905 r. w którym zobaczyć można wielkie organy muzyczne Wspaniały instrument wraz z wieżą zegarową stanowi prawdziwy obiekt dumy mieszkańców. Żółto – złotawa poświata, emanująca od niego za dnia, to idealna ilustracja kolonialnej potęgi tego miasta.

Cape Town City Hall - Ratusz w Kapsztadzie www.szlakiempodrozy.pl

Cape Town City Hall; źródło: Flickr

Obok niskiego ogrodzenia, na dwóch przystankach, zatrzymują się autobusy. Wysiadający pasażerowie idą swym zwykłym rytmem, jakby nie dostrzegając Castle of Good Hope (Zamku Dobrej Nadziei). A to przecież najstarszy zachowany kolonialny budynek w RPA! Pięciokątna twierdza szykowana była przez Holendrów na wypadek prawdopodobnej wojny z Brytyjczykami. Od 1666 dostosowywano więc stary, wysłużony i nieprzystający do nowych warunków fort. Jak to koloniści mieli w zwyczaju, prace scedowali na niewolników – 300 pojmanych właśnie marynarzy i gnębionych członków ludu Khoikhoi. Kamienie i muszle wypalano w piecach z wapna, rękami najtańszej siły roboczej, odpowiedzialnej też za łamanie kamieni, zbieranie muszli i wyładowywanie klinkierowych cegieł, importowanych prosto z Holandii.

Żółta barwa ścian zapewnić miała odbijanie promieni słonecznych, a tym łagodny chłód wnętrza. Jan van Riebeeck z zadowoleniem przyjął jej ukończenie w 1679 r., zwłaszcza wodząc wzrokiem po murach grubości 10 m i 5 bastionach w rogach. Dziś zamek jest siedzibą dowództwa okręgu wojskowego, „Muzeum Wojska i Morza”, a także miejscem wystaw obrazów, sreber, mebli i porcelany. Druga strona dziedzińca nurtuje zaś tzw. balkonem Kat. Przylega on do obszernego salonu, dawniej tworzącego centralne miejsce rezydencji gubernatora kolonii. A tutejsze podziemne lochy, zwane „czarnymi dziuplami”, zawsze były gotowe na przyjęcie przestępców i osób, które akurat podpadły władzom. Więcej tutaj.

Stanowiący centralny punkt starego miasta Greenmarket Square ożywa w dni, w których sprzedawcy układają swe kramy inaugurując pchli targ. Stąd też nazwa nie tyle odnosi do wybrukowanego placu, ale szerzej do całego kwartału. Przedzielający Burg Street ryneczek stanowi problematyczny rejon dla zmotoryzowanych. Nierzadko klnąc po nosem, zmuszeni są wymijać ciągnących swe towary handlarzy, walczących o jak najlepsze miejsca. Czego tu nie ma! Wyroby skórzane, ręcznie tworzona biżuteria, drewniane figurki. A wszystko to w otoczeniu stale działających restauracji, z których do nozdrzy docierają smakowite zapachy pieczonej jagnięciny i innego mięsiwa.

Manewrowanie Long Street, choć to jednokierunkowa arteria, wymaga skupienia. Na pełnej wiktoriańskich zabudowań ulicy, co rusz z butików, sklepów z pamiątkami i antykwariatów, wprost pod koła wypadają zarówno miejscowi jak i turyści. Za nic nie mający wyobraźni, nic sobie nie robiący z obecności ryczących silników. Ale czy może być inaczej ,skoro przyległa do niej łatka najmodniejszej ulicy Kapsztadu? Tyle, że to swoiste przekleństwo. Bo turyści zwabiają głównie… kieszonkowców.

W dzielnicach Kapsztadu

Produkcja wina na obrzeżach Kapsztadu ma się świetnie, czego dowodzi gospodarstwo Groot Constantia położone 20 km na południe od centrum miasta. Ale to nie ono, a kursowanie po północnych dzielnicach może dostarczyć istnej eksplozji kolorów.

Objazd Bo-Kaap (Górnego Przylądka) położonej na zachód od centrum dzielnicy, z jednej strony to istny horror nawet dla urodzonych za kółkiem, z drugiej zaś okazja do zachwytu. Owa malajska dzielnica to bowiem nic innego, jak kręte, wąskie ulice. Tutejsze odnowione domy przybrały pastelowe barwy. Przynajmniej one, stojące tu od XVIII i XIX w. są jakąś nagrodą za odwagę, jaką jest ciągła niepewność na szosie. Dawniej mieszkali tu niewolnicy; były stajnie i koszary. W XVII w. zaroiło się tu od muzułmanów z Batawii, sprowadzanych do pracy. Część obiektów zajmowali imamowie z Indonezji, zesłani za podburzanie ludu przeciw holenderskim władzom kolonii. Co ciekawe, do dziś mieszkają tu ich potomkowie, kultywujący swe malajskie tradycje. Chiappini St., Rose St., czy Longmart St. – wszystko jedno! Zielone, niebieskie, pomarańczowe, czy fioletowe ściany sprawiają, że trudno skupić się na znakach drogowych. A warto jeszcze wyjaśnić skąd ta „malajskość”… Łatka na zawsze przylgnęła do okolicy za sprawą niewolników z Malezji, Indonezji i krajów afrykańskich, mających zastąpić sprzeciwiających się wyzyskowi członkom lokalnych plemion.

Kolorowe Bo-Kaap Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Kolorowe Bo-Kaap Kapsztad; źródło: Flickr

Najstarsza część portu – Victoria and Alfred (V&A) Waterfront czyli Nabrzeże Wiktorii i Alfreda, przez dziesięciolecia wyglądała jak ruina. Stare magazyny z żywnością przeznaczoną na eksport nadgryzł ząb czasu. Wreszcie l. 80. XX przyniosły im zmianę wizerunku. W pełni udana renowacja przeobraziła szary port w pełną uroku okolicą handlową ze sklepami, warsztatami rzemieślniczymi i luksusowymi hotelami, w których cena za dobę przyprawia o ból głowy. Restauracje i puby ściągają rzesze ludzi, główne – co zrozumiałe – turystów. Ale jest w tym jakaś sztuczność… Może odpowiada za nią stała obecność przedstawicieli rożnych kultur o turystów?

Clock Tower Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Czerwona Wieża Zegarowa (Clock Tower) w wiktoriańskim stylu stanęła tu 1882 roku. jako siedziba portowego kapitanatu. Dziś prócz siedziby Muzeum Diamentów, stanowi punkt widokowy z którego podziwiać można port i okolicę. Z tutejszej przystani wypływają statki wycieczkowe na wyspę Robben. Źródło foto: Flickr

Nabrzeżne Akwarium Dwóch Oceanów (Two Oceans Aquarium) to kolejne typowo turystyczna atrakcja. Morską fauna, rafa koralowa, a zwłaszcza żarłacze ludojady to nie przelewki. Wizyta tu pozwoli zerknąć na 300 żywych stworzeń morskich, a szczególnie zadowolone powinny być dzieci dla których przygotowano mnóstwo rozrywek.

W dzielnicy Greenpoint usytuowano 69 tyś stadion piłkarski, który by areną zmagań MŚ 2010. , Warto jeszcze zajrzeć na Półwysep Kapsztadzki, który słynie z pięknie położonej drogi Champan’s Peak Drive.


Herb Kapsztadu

Herb Kapsztadu; źródło: Wikipedia

Przez ulice Johannesburga

Przemierzając samochodem ulice E’Goli, czyli „złotego miasta”, w głowie tłucze się jedna myśl: czy miałoby się w ogóle szansę powstać, gdyby nie odkrycie bogatych złóż kruszcu? Raczej nie. Nie wiem czy takie refleksje dopadają współczesnych mieszkańców 4. największego miasta Czarnego Lądu, a zarazem największej metropolii RPA. Na pewno nie podczas pokonywania każdego metra z wyasfaltowanych tu, aż 7519 km dróg?

Johannesburg bez wątpienia przeżył niespodziewany boom. Kompletne pustkowie najpierw stało się małym obozowiskiem pełnym namiotów, a następnie nowoczesnym ośrodkiem miejskim. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w kilka miesięcy ludzie dorabiali się tu majątków. Diagonal Street nie ma jednak w sobie dziś nic z dawnego uroku. Prowadzący samochody kierowcy leniwie mijają zaparkowane na poboczu auta. Otwarte rolety sklepów kuszą kolorowymi ubraniami i torbami. Ale bieda, aż szczypie w oczy. Pierwsze namioty poszukiwacze złota rozbili właśnie tu, w okolicy dzisiejszej ul. Przekątnej. Mijając typową brytyjską zabudowę, jakoś nie dostrzega się potęgi tego 8 milionowego miasta.

Aż dziw, że jeszcze niedawno po okolicy poruszały się wyłącznie zdezelowane osobówki, które i tak w slumsach były czymś nieoczywistym. Miarą zrzucania z siebie tego balastu jest dziś Newtown Precinct – centrum handlowe, zlokalizowane w starych halach magazynowych. Bezsprzecznie, jedna z perełek miasta. Sale koncertowe i wystawiennicze, studia tańca i warsztaty rzemieślnicze wzbogacają ofertę kulturalną miasta. A przecież jeszcze niedawno niesprawne hale chłodnicze i wyrastające ponad zabudowania turbiny. straszyły swym stanem. A dziś? Niektórzy kierowcy za każdym razem pochylając się patrzą w bok na artystyczne, kolorowe graffiti – potężne słonie na różowym tle.

Carlton Centre Kapsztad www.szlakiempodrozy.pl

Nowoczesne miasto to oaza wieżowców. Carlton Centre, najwyższy wieżowiec w RPA pozwala z góry rzucić okiem na hałdy i wieże szybów kopalnianych. Ma 222 m wysokości, na które składa się 50 pięter. Ostatnie jest 360° punktem widokowym. Łączna pow. podłóg to 75 355 m2.

Cała dzielnica Newtown pęka z dumy za sprawą wiktoriańskiego Mary Fitzgerald Square. Sznur aut mija go sprawnie po lewej stronie, korzystając z jednokierunkowej szosy. Zwykły, wyłożony szaro-czerwoną kostką brukową, poza palmami nie ma się czym pochwalić. Bardziej to stojący tu Market Theatre Complex przyciąga zainteresowanie. Ośrodek szczególną popularnością cieszył się w okresie apartheidu, wystawiając w l.70. i 80. przedstawienia, ze szczególnym politycznym zabarwieniem.

Dawny Johannesburg

Mieszczące się w nim trzy placówki to tutejsze „must see”. Pierwsza „Museum Africa” ukazuje przeszłość Johannesburga. Wystawę śmiało można niezwykłą, bo czy często obiekty tego typu wystawiają… domy? Tu taki jest, konkretnie przeniesiony z dzielnicy Alexandria. A do tego stały punkt niemal wszystkich muzeów – ekspozycja, której motywem przewodnim jest postać Nelsona Mandeli. Tutaj skupiono się na procesie, którego wyrok brzmiał wówczas strasznie: dożywotnia odsiadka na wyspie Robben. Darmowy wstęp sprawia, że cudzoziemców jest tu, co niemiara. I tak od 1913, kiedy to plac na którym działał wówczas targ postanowiono wykorzystać, by stworzyć ukazująca historię RPA atrakcję. Druga to „Geological Museum” prezentujące bogactwa naturalne RPA w licznie 17 tyś różnych przedmiotów, z których gors koncentruje się na tutejszym bogactwie nr 1 – złocie. Ostatnia zaś „Photographic Library and Museum” to pozostałość byłego burmistrza miasta., który zafascynowany fotografią promował ten rodzaj sztuki. Efektem choćby widok aparatu Daguerre z 1839, oraz multum historycznych zdjęć.

Centrum handlowe Oriental Plaza to idealna okazja, by snuć w jego murach opowieść o przeszłości miasta. Apartheid sprawił, że z dnia na dzień, tutejsi hinduscy imigranci, ledwo wiążący koniec z końcem – handlując czym się tylko da, zostali przepędzeni z 14. Ulicy. Ale nie pozostawiono ich samym sobie. Nowa inwestycja, szybko zrekompensowała im straty. Dziś kompleks z 350-cioma sklepami pachnie nowoczesnością. Króluje tu odzież, buty i biżuteria, czyli to co w każdej dużej galerii handlowej. Spoglądając na jego teren widać lawirujące po wąskich uliczkach samochody, szukające miejsca postojowego.

Oriental Plaza Johannesburg www.szlakiempodrozy.pl

Oriental Plaza Johannesburg; źródło: Flickr

Rissik Street ukazuje johannesburską historyczną spuściznę. Poczynając od siedziby Policji Metropolitalnej czteropasmówka, sprawia, że pomimo dość dużego ruchu jazda jest dość płynna. Półciężarówki pełne materiałów budowlanych niemal płyną, w otoczeniu wieżowców, po gładkiej nawierzchni. Z odkrytych, czerwonych autobusów rozglądają się turyści. Z jękiem zawodu mijają City Hall Complex. Gmach jest aktualnie w remoncie; przez siatki widać wznoszące się rusztowania, co sprawia że jedna z atrakcji, jakby nie zmaterializowała swych wdzięków. Gdy edwardiański gmach stanął tu w 1914, na oficjalną ceremonię otwarcia zaproszono lorda Buxtona – Gubernatora Generalnego Afryki Południowej, który otrzymał złote klucze. Wstępem do uznania obiektu za pomnik narodowy (1979) była rozbudowa kompleksu i przebudowa wieży w 1937. Kolumny jońskie dodają uroku składającemu się jakby z dwóch części projektowi architektonicznemu. Teraz panuje tu spokój, a przecież w l.50 XX w. i w 1988 roku dochodziło w nim do dramatycznych wydarzeń. Najpierw ostre protesty, a potem zamach bombowy na zawsze wryły się w pamięć mieszkańców. A wracając do autobusów, to w mieście jest aż 80 zwykłych linii, które obsługuje aż 554 wielkich samochodów!

Ulica po czasie traci pewien urok na rzecz przyziemnej codzienności. Poruszające się lewym pasem auta niemal najeżdżają na stopy siedzących na krawężniku mężczyzny, który najwyraźniej nie ma nic do roboty. Ruch się wzmaga. Skręcając w prawo w de Villiers St. kierowcy machają bezradnie rękoma widząc, jak na ulice bezrefleksyjnie wylegają przechodnie. Choć, co jakiś czas, na asfalcie widać pasy, miejscowi wyjątkowo opornie z nich korzystają. I tak przez całą drogą do Parku Jouberta. Trochę drzew i kilka palm szumi nad Johannesburg Art Gallery, której zbiory z zakresu malarstwa, rzeźby i rękodzieła w stylu afrykańskim nigdy by się tu nie znalazły, gdyby nie hojność magnatów górniczych.

Warto jednak mieć się tu na baczności, bo park znajduje się w dość nieciekawej okolicy, słynącej z przestępczości. Gdy wrażliwa na sztukę Florence Phillips, małżonka magnata wydobywczego Lionela, zapragnęła w 1910 zostawić coś po sobie, nie spodziewano się, że po ponad 100 latach jej zbiory – na które składa się 9 tyś dzieł sztuki – będą tak oblegane. Ale co w tym dziwnego, skoro są tu XVII w. obrazy holenderskie, dzieła sztuki europejskiej z XVIII i XIX w. oraz sztuka południowoafrykańska z XIX, XX i XXI wieku? Zresztą czy Picasso, Monet i Dali potrzebują jakiejkolwiek reklamy?

„Duża przestępczość w mieście zmusiła w l. 90. formy do przeniesienia się na północne przedmieścia, w okolice Rosebank i Standton.”

Moc atrakcji

Dotarcie do Planetarium w dzielnicy Brammfontein na terenie Uniwersytetu Witwatersrand, na szczęście nie należy do najtrudniejszych. Niemal puste ulice sprawiają, że działająca od 1956 r. placówka stoi przed kierowcami otworem. Choć na pierwszy rzut oka jest niepozorna, to jednak po wejściu okazuje się, że zobaczyć tu można niebo nad półkulą południową. Świat odległych galaktyk poznać można oglądając filmy i prezentacje komputerowe. Odwiedzający je tłumnie w sile 75 tyś osób rocznie, ściągają tu głównie na nocne pokazy nieba. Oficjalna strona.

Niskie zabudowania towarzyszą drogowcom do tutejszego ZOO (Johannesburg Zoological Gardens) w Herman Eckstein Park w Saxonwold. Siedziby firm zastępują z czasem nowo powstałe domy mieszkalne. W tych oto okolicznościach dotrzeć można do ostoi 3 tyś ssaków, ptaków i gadów, żyjących tu na 55 hektarach. Dumą ZOO jest jednak 30 gatunków zagrożonych wyginięciem. Zwierzęta z grup dużych kotów, słoni, żyraf i małp nie są oddzielone kratami od zwiedzających, a jedynie fosami. Wielką popularnością, otwartego w 1907 r. domu dla 2000 zwierząt, reprezentujących 300 gatunków, cieszą się nocne wycieczki. Więcej tutaj.

2 samoloty. Okręt podwodny. Opancerzone wozy bojowe. Kolekcja broni i żołnierskich mundurów. Gdzie to wszystko zobaczyć? Ano, w South African National Museum of Military History, które otworzyło swe podwoje w 1947 roku. Umiejscowione tuż przy ogrodzie zoologicznym, stanowi klamrę spinającą wizyty w okolicy.

Komu mało przyrodniczych elementów, musi zakosztować podróży drogą szybkiego ruchu. Przynajmniej tu można na trochę uciec od sygnalizacji świetlnej. Bo przecież siedząc za kółkiem w centrum można się załamać – jest tu aż 1780 miejsc, z których miotają trójkolorowe lampy! A skoro o trójce mowa, to tyle też pasów w jednym kierunku ma droga M1. To one sprawiają, że w ciągu kilku minut trawniki i drzewa Melrose Bird Sanctuary stają otworem. Ptasi rezerwat, którego dumą jest kilka odmian wilkacza ,wchodzi w skład James and Ethel Gray Park. Cisza i spokój od zgiełku centrum pozwala zaczerpnąć nieco tchu.

„KwaZulu Miti Shop to sklep ze skórami, ziołami i kośćmi, którym miejscowi przypisuje „magiczne” moce, oraz które wykorzystują lokalni szamani do wróżenia.”

Zbliżenie się do prywatnej galerii w Rosebank wcale nie wymaga wyjścia poza powyższy schemat. Obsadzona wielką ilością drzew North Street sprawia, że łatwo dopatrzyć się tu uśmiechniętych kierowców, chętniej przepuszczających pieszych i ustępujących innym wozom. A trzeba wiedzieć, że w Johannesburgu rośnie aż 10 milionów drzew! Przedmieście Rosebank od 1913 r. kusi obrazami pejzażystów i figurkami rzeźbiarzy. Prestiż otwartej w 1980 „Everard Read Gallery” unaocznia nie tylko bogactwo zbiorów, ale i architektura użytkowa całego gmachu. No bo, czy mogą być lepsze warunki do obcowania ze sztuką, niż placówka o specjalnie dopasowanych szybach mających maksymalizować dopływ naturalnego światła? Najbardziej znane eksponaty południowoafrykańskich twórców ukierunkowane są na ukazanie piękna rodzimej przyrody, która stała tutaj motywem przewodnim. Gdy doda się do tego, że to najstarsza galeria sztuki na kontynencie, staje się jasne, że bez wizyty w tym przybytku nie można się obejść.

„Kapitan’s Cafe na 11 Kort Street to restauracja indyjska, którą dawniej okupowali prawnicy pracujący dla Nelsona Mandeli.”

Nieco ponad 10 minutowy dojazd do dzielnicy białych mieszkańców – Melville pozwala odpocząć za kółkiem. Nierozpraszająca niczym droga dopiero przy dojeździe do celu cieszy oko modnymi klubami i barami. Szczególnie okupowana jest 4th Street. Cieszy, że numeracja ulic jest przejrzysta, zwiększające się numery ucinają się dochodząc do 11. Centralnym skrzyżowaniem można tu uznać przecięcie się 4th i 7th Street. Po oczach biją szyldy restauracji i sklepów. Knajpki okupują studenci pobliskiego uniwersytetu. Jeśli ktoś ma więc ochotę na integrację z miejscowymi, to idealne miejsce. Problem w tym, że po pierwsze, średni czas podróży osób dojeżdżających do pracy wynosi 72 minuty i że nie bardzo jest gdzie zaparkować. Statystyki mówią, że aż 90% mieszkańców miasta musi przejść ok. 1 km, aby uzyskać dostęp do środków transportu!

Ci wolący spokojniej spędzać czas ruszają do rezerwatu Melville Koppies. Choć to ledwie miejski park, to jednak stale kusi miłośników dawnej historii. Ruinom zabudowań z czasów kamienia i żelaza, sprzed pół miliona lat zawsze ktoś się przygląda. Melville Koppies de facto jest częścią wielkiego Jan van Riebeeck Park Johannesburg, w którym działa też ogród botaniczny w Roosevelt Part Extension, nad zaporą Emmarentia. Na 148 ha hoduje się drzewka bonsai; są też stawy i fontanny, a po zalewie pływają amatorzy żeglarstwa, wioślarstwa i surfingu.

Miejscowi uwielbiają robić zakupy na miejskich targach:

  • Newton Africa Market – ulokowało się około tu 350 straganów;
  • Mai Mai Market (Anderson Street ) – na którym na oczach ludzi powstają wyroby artystyczne
  • Bruma Lake Flea Market Word – na rogu Opeenheimer Street i Marcia Street z rzeźbionymi maskami, tkaninami.
  • Rosebank Mall Rootfop Market – z 500 straganami; słynie z afrykańskich rzeźb. Częścią tego miejsca są sprzedające swe specyfiki lokalni uzdrowiciele, oferujący ziała z suszonych resztek owoców. Inni preferują rzucenie kośćmi mającymi dać jasną diagnozę stanu pacjenta.

Dziurawa nawierzchnia to dostateczny dowód na to, że południowe rubieże miasta nie są oczkiem w głowie władz Johannesburga. Obdrapane mury za którymi w większości stoją piętrowe, kwadratowe domostwa składają się na tutejsze osiedle. Nieco przed nim bardziej zadbane South African Transport Museum zagnieździło się w dawnej głównej hali dworca na De Villiers St. Zabytkowe parowozy, wiekowe samochody, a nawet wozy zaprzęgane niegdyś w woły odzwierciedlają 400-letnią historię miejscowego transportu. Nie brakuje tu także rowerów i… wozów strażackich!

Stary wóz strażacki w South African Transport Museum www.szlakiempodrozy.pl

 

 

Stary wóz strażacki w South African Transport Museum; źródło: Wikipedia

 

 

Tuż obok z Pioneer Park widać z urzekającą panoramę miasta. Jego cześć zwana Santarama Miniland to miniaturowe miasto utworzone w skali 1:21 z kopiami słynnych budowli RPA. Tak znalazły się tu m.in. kopalnia diamentów, czy lotnisko OR Tambo Już sama historia jego powstania jest niezwykły. Oto szukając dodatkowych źródeł finansowania dla swej działalności, prowadząca walkę z gruźlicą organizacja SANTA wpadła na pomysł założenia biznesu, który zapewniałby regularne zyski na statutową działalność. Dziś prócz codziennych atrakcji, na zamówienie organizuje się tu przyjęcia. Kończąc samochodowe wojaże po Johannesburgu warto skorzystać z okazji i wejść na trybuny dwóch tutejszych stadionów Johannesburg Stadium i Elis Park Stadium.

Herb Johannesburga www.szlakiempodrozy.pl

Herb Johannesburga; źródło: Wikipedia

W mieście o dwóch nazwach – Pretoria, czyli Tshwane

Przybywając do jakiegoś miasta, podobno warto wiedzieć dokąd się zmierza. I tu pojawia się pierwszy problem… No bo właściwie, jak się nazywa to miasto? Jedni mówią Pretoria, inni Tshwane. Okazuje się, że za zamieszanie odpowiedzialne są same władze miejskie. Oto bowiem w 2005 r., w głowach rajców zakiełkowała myśl, że warto jakoś uczcić nazwisko wodza plemienia, zamieszkującego te ziemie przed przybyciem białych osadników. Tak właśnie wódz Tshwane, stał się patronem mającego 687,54 km² miasta, w którym żyje ponad 741,5 tyś ludzi.

Wcześniejsze określenie pochodzi zaś od osoby Andriesa Pretoriusa, dawnego przywódcy wojskowego Burów, który zwyciężył Zulusów w bitwie nad Blue River. powołując do życia nową republikę w Natalu. I to on w 1855 r. założył właśnie miasto.

Przybywając tu ma się wrażenie, jakby miasto opanowane było przez społeczność „białych kołnierzyków”. Administracyjna stolica RPA pełna jest urzędów, ambasad i przedsiębiorstw. Szukając miejsca do zaparkowania w sercu miasta , czyli CBD – dzielnicy biznesowej, kierowcy wychodzą z siebie. Okolica pełna siedzib banków, korporacji, firm, sklepów i centrów handlowych już dawno wymusiła na nich ostrą walkę o każdy centymetr wolnego miejsca. Z wolna krążąc po ulicach okrążają najpierw Church Square. Z daleka przypatrują się centralnemu placowi okupowanemu przez… leżących na trawie i odpoczywających mieszkańców. Doprawdy rzadki to widok w wielkim mieście…

Plac swą nazwę zaczerpnął, jak łatwo się domyślić, od kościoła. Ten zbudowano tu w 1800 r. Jazda w koło placu to zresztą niezła lekcja historii. Teraz pewnie wygodnie siedzący na fotelach samochodowych o tym nie myślą, ale przecież dumnie prężący się Old Raadsaal (Old Council Chamber) dawniej był siedzibą rządu RPA. Do dziś misternie wykończenia przyciągają uwagę turystów. A brązowawo – czerwony gmach to ledwie jedna z wielu tutejszych perełek. Takiego nagromadzenie neoklasycystycznych budowli, jak tu próżno szukać w innych miejscach kraju!

Ubrany w cylinder i dzierżący w ręki laskę Kruger, spogląda z cokołu na placu. Postać z brązu, którego strzegą figury burskich niewolników to jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników RPA. Sam Kruger, choć niemieckiego pochodzenia, stanął na czele buntu Burów, przeciw Brytyjczykom. Wykonaną w 1986 r. statuę pierwotnie ustawiono w Prince’s Park, by potem przenieść ja przed budynek Dworca Głównego. Wreszcie w 1956 uznano, że najdogodniejszym miejscem jego pobytu będzie Church Square.

Church Square Pretoria; źródło: Flickr

W plac na stałe wpisało się bowiem kilka obiektów. Choćby stojący naprzeciw Old Raadsaal, Pałac Sprawiedliwości. Jakaż w nim wybuchała wrzawa, gdy do uszu zainteresowanych doszły wyroki, jakie w tym gmachu skazywały Mandelę najpierw na 5 lat, a potem dożywocie…

Przybywający z Holandii architekt Sytze Wierda zachwycił wkomponowaniem w projekt drewnianych elementów, które do dziś lśnią. Ważnym etapem jego istnienia był czas w którym podczas wojny burskiej pełnił on rolę szpitala. Dziś wyłożone kafelkami podłogi prowadzą do kolejnych pomieszczeń.

Ale po wzniesieniu Ratusza, jakby… uszło z niego życie. Miejsce krzątających się i pokrzykujących robotników zajął wkrótce hulający w środku wiatr. Tak się złożyło, że choć budowę rozpoczęto w 1931, to urzędnicy pojawili się w nim dopiero cztery lata później. Wszystko za sprawą wielkich problemów związanych z finansami. Co jednak pozostało po nim dziś? Okazuje się, że to nie urzędnicy wzięli go we władanie, a artyści i ich publiczność. Gmach służy bowiem za miejsce miejsce w którym organizowane są koncerty i wystawy. Choć natknąć się można na bardziej „ludowe” elementy – afrykańskie wesela.

Wpadające w wyłożoną kostką brukową Church Street auta wyglądają, jakby przytulały się do siebie, nie mogąc bez siebie żyć. Niby-miłosny ścisk na tej niesamowitej, najdłuższej ulica kraju – ba najdłuższej arterii całego kontynentu – jest tu czymś normalnym. Zaparkowane po obu stronach samochody, stojące gdzie popadnie dostawczaki, prezentują się na tym deptaku(!) osobliwie. Zmierzając na wschód zbliżają się do strzelających w górę najwyższych budynków miasta: Poyntons (110 m wysokości), ABSA (132 m wysokości) i gmachu Bank Rezerw RPA (150 m).

Mandela rządzi

Obranie kursu na północ pozwala w dość dużym ścisku wreszcie dotrzeć do czerwonawego Union Buildings projektu Herberta Bakera. Dzisiejsza siedziba rządu RPA, powstała w 1913 po tym, jak w najlepsze świętowano zakończenie wojny burskiej. Zamierzenie architekta było proste: nawiązać do ateńskiego Akropolu. A, że piaskowiec ozdobiono pamiątkami, które skupowano w całym kraju, znalazły się tu serwetki, kubki i puszki z ciastkami. 10 maja 1994 swą prezydenturę zainaugurował tu Nelson Mandela. Ciągnące się 385 m zabudowania, tworzą półokrąg. Owa dwa skrzydła symbolizować mają obecność dwóch języków w kraju: afrikaans i angielskiego. Piękne, zadbane ogrody pełne są posągów i pomników wspominających ważne osobistości i wydarzenia z historii RPA. Miejscowi lubią przechadzać się po nich korzystając z jedynej ogólnodostępnej tu strefy. Zaś amfiteatr na 9 tyś ludzi jest świadkiem wielu wystąpień.

Union Buildings; źródło: Flickr 

Pomnik Krugera w Pretorii www.szlakiempodrozy.pl

Pomnik Krugera w Pretorii; źródło: Wikipedia

No tak ale co z tymi, którzy z Placu Kościelnego pofatygowali się na zachód? Ci wpadają na Church St. West. Tuż za chodnikami, przy których rzędem parkują różne modele – od ciężarówek do mini-aut, swe towary i usługi próbują sprzedać przedstawiciele różnych branż. Tłok na chodnikach sprawia, że co poniektórzy, jak to RPA bywa, uciekają na drugą stronę szosy, niespecjalnie spoglądając, czy ktoś jedzie w ich stronę. Mijając mały skrawek parkowej zieleni – Heroes’ acre, na którym mieści się grób Paula Krugera, docierają jego dom. Paul Kruger House , parterowy budynek w odcieniu kawy z mlekiem, prezentuje się dość okazale. Przy odnowionym gmachu powiewa flaga, zatknięta na wbitym ziemię maszcie. Nieruchomość ta była jednym z pierwszych domów w kraju, do którego doprowadzono energię elektryczną! Do dziś werandę zdobią dwa kamienne lwy, będące prezentem urodzinowym dla lokatora w 1896. Wokół krzątają się pracownicy muzeum, prezentującego przedmioty owego kalwinisty. Hitem jest jednak prywatny wagon kolejowy i oficjalny powóz.

„Piwnicę South African Reserve Bank wkopano aż 25 m pod powierzchnię ziemi”

Pomniki i nauka

Wydawało by się że, Melrose House – wiktoriańska rezydencja przemysłowca George’a Jesse’a Heysa z 1886 r. powinna mieścić się w zadbanej okolicy. Tymczasem w owej przestrzeni na stołeczkach przycupnęli próbujący związać koniec z końcem biedacy, zbierający trochę grosza sprzedając własne wyroby. Za niskim ogrodzeniem wspomniany biznesmen, posiadający niezłą fantazję, wzniósł rezydencję nazywając ją na cześć szkockiego opactwa Melrose. Potem mieściła się w niej nawet główna kwatera brytyjskich wojsk. A stolik, na którym złożono podpisy na dokumentach kończących wojnę brytyjsko-burską, nadal tu jest. Okres owego konfliktu sprawił, że zamieszkiwał w niej dowódcy lord Horatio Kitchener. Dziś okna osobliwego muzeum zdobią kolorowe witraże. Ściany pokryte nietuzinkowymi tapetami, odprowadzają do kominków pełnych zdobień. A do tego stare meble i rzeźby sprawiające, że poczuć się tu można jakby czas zatrzymał się sto lat temu.

„W 1899 w Pretorii w wojnie angielsko-burskiej brał udział Winston Churchill. Co więcej został wówczas pojmany i więziony jako aż do momentu, w którym udało mu się zbiec do Mozambiku.”

Wjeżdżający na drogę ku południowym rubieżom miasta mogą odsapnąć. Droga wijąca się pośród zieleni przybliża do miejsca, które za sprawą 16 grudnia 1949 stało się symbolem. Wszytko za sprawą uhonorowania społeczności tzw. Voortrekkerów. Dojeżdżając do parku raczej nie ma się co martwić o wolne miejsca. Spalona słońcem ziemia wiedzie ku wielkiemu pomnikowi upamiętniającego setną rocznicę tzw. Wielkiej Wędrówki – ucieczki Burów przed ekspansją białych kolonizatorów. Choć już w 1888 r, Prezydent Kruger rzucił pomysł budowy Voortrekker Monument, to musiało upłynąć kilkadziesiąt lat, by jego marzenie się ziściło.

Sercem konstrukcji jest kryjący się w środku pusty grobowiec, wzniesiony z czerwonego granitu. Mijając wejście – żelazne bramy udekorowane motywami „assegaai” – w głowie pojawić się mają myśli o wielkiej mocy Dingaan, która uchroniła kraj przed najazdami. Wykonana z granitu monstrualna budowla zbudowana jest na planie 40 m kwadratu. Główne wejście prowadzi do kopuły „Hall of Heroes”, której cechą szczególną jest największy na świecie fryz, ukazujący 27 płaskorzeźb z historią owej Wielkiej Wędrówki. Centralnym elementem całości jest hala z cenotafem, czyli symbolicznym grobowcem. Wzór widoczny na podłodze to odzwierciedlenie 32 promieni słonecznych, ułożonych w jodełkę, która w egipskiej kulturze była synonimem wody. Równie symboliczny wymiar ma kopuła pomnika, ukazująca niebo – siedzibę Boga. Po więcej informacji zajrzyj tutaj. 

Pretoria to miasto związane z nauką – działają w nim aż trzy uniwersytety! Jednym z nich jest filia Uniwersytetu Południowej Afryki (UNISA), w której uczy się ok. 100 tyś studentów. Kampus mieszczący się na drodze do powyżej wspomnianego parku, swą działalność prowadzi od 1873. Działalność dydaktyczną przeplatają badania, oraz promocja afrykańskiej sztuki i kultury. Nauka prowadzona jest na kierunkach: rachunkowość, rolnictwo i nauka o środowisku, ekonomia i zarządzaniem, nauki humanistyczne, czy prawo. Jakby tego było mało uniwersytecka biblioteka poszczycić może się zbiorem 2,7 miliona pozycji! Uczelnia na każdym kroku podkreśla fakt, iż w jej murach naukę pobierał Nelson Mandela.

Wyjeżdżając na Park St. dotrzeć można do drugiej z uczelni – Uniwersytetu Pretorii. Jego mury regularnie od 1908 r. opuszczają absolwenci różnych kierunków. Jego serce – kampus na przedmieściach – w Hatfield zajmuje około 60 budynków! Uczelnia prowadzi również działalność muzealną wystawiając obrazy, grafiki, rzeźby pochodzące nawet z XVI w. W murach uczelni znaleźć można także artefakty pochodzące z wykopalisk z Parju narodowego Mapungubwe w postaci kości słoniowych, ozdób ze złota czy ceramiki. Co ciekawe tutejsze politechnika, na której studiuje obecnie 60 tyś studentów, powstała ledwie w 2004, kiedy połączono trzy działające do tej pory szkoły średnie.

„Komunikacja miejska działa w oparciu o kilka elementów. Najpopularniejsze z nich to Metrorail Gauteng – podmiejskie linie kolejowe, oraz aka combis – taksówki, pełniące rolę swoistych minibusów. Okazuje się, że to one są tu idealnym wyjściem w chwili szybkiego znalezienia przewozu.”

Muzea Pretorii

Pretoria Art Museum Mieszczące się w Arkadian Park, słynie z kolekcji południowoafrykańskich artystów. Inaugurując działalność w 1964 skupiono się tu na typowo krajowych wystawach. Złotami zgłoskami w historii placówki zapisała się Lady Michaelis ofiarowując, która po śmierci męża sprezentowała dużą część jego kolekcji nowemu muzeum.
Pierneff Museum Jest to placówka, która poświęcono stricte lokalnemu malarzowi Jacobowi Hendrikowi Pierneefowi. Artysta specjalizował się w przelewaniu na płótno krajobrazów. Dziś jego dzieła podziwiać można w odnowionym XIX w. domu.
Transvaal Museum To obiekt specjalizujący się w historii naturalnej. Cztery sale wystawę mieszczą kolekcję skamieniałości i malowideł naskalnych San. Prócz nich znaleźć tu można modele ptaków, robaków, owadów, ukwiałów i pająków.  Co więcej sala ssaków ukazuje historię życia zwierząt, które pojawiły się na terenie RPA już 270 milionów lat temu! Zapoznać się można z historią wydobywania minerałów a nawet kamieni szlachetnych. Założone w 1892, do obecnej lokalizacji przeniesiono w 1925. I była to ze wszech miar dobra decyzja. Przykładem niech będą szkielety dinozaurów i wieloryba zdobiące wejście.
Tswaing Crater Museum To miejsce zjawiskowe; dość powiedzieć, że chroni jedno z czterech takowych na ziemi. Ów krater meteorytowy, średnicy około kilometra i głębokości 200 m. Z czasem utworzyło się na nim słone jezioro. Już 100 tyś lat temu ówczesne ludy polowały na tym terenie, a od 12000 wydobywały stąd sól.

Teatr i ogród

Gdzie jeszcze warto się zatrzymać podczas objazdu Pretorii? Na pewno przy State Theatre, największy, kompleksie teatralnym w całej Afryce! Inni uważają, że w National Zoological Gardens – jednym z najbardziej okazałych ogrodów zoologicznych na świecie! Zebrano w nim 3,5 tys gatunków zwierząt. I to zarówno południowoafrykańskich jak i egzotycznych. W jego obrębie działa kolejka linowa. Działające od 1899 r. ZOO pełni ważną rolę w procesie ochrony i hodowli zagrożonych gatunków. Ogółem mieści się tu 7 gatunków płazów, 97 gatunków ssaków, 297 gatunków ryb i 106 gatunków gadów. Rocznie odwiedza je 600 tyś ludzi, spacerując 6 km wytyczonych tu ścieżek. Szczególne polecenia są nocne wycieczki, podczas których zaobserwować można kierowane pierwotnymi instynktami zachowania zwierząt. Obiekt słynie z największego w na kontynencie afrykańskim akwarium morskiego. Prócz tego placówka prowadzi działalność edukacyjną i badawczą

Dojazd do innej ostoi przyrody National Botanical Gardens może zająć kwadrans. Trzypasmowa droga szybkiego ruchu sprawie doprowadza na przedmieściach zwane Brummeria. Tu na 8 km2 w 1946 postanowiono stworzyć oazę rodzimej roślinności. Miłośnicy zwierząt podglądają tu życie ptaków, owadów i żab. W zaroślach często przesiadują poszukujące pożywienia mangusty, zaś nocą do życia budzą się nietoperze. Obeikt podzielono na dwie części, na południu zobaczyć można okazy preferujące niższe temperatury, północ to ostoja lubiących ciepło gatunków.

Herb Pretorii www.szlakiempodrozy.pl

Herb Pretorii; źródło: Wikipedia

Jako najważniejszy przystanek kolejowy w mieście Pretoria Railway Station jest miejscem, w którym wielu przyjezdnych właśnie tu kończy swa wizytę w mieście. Skończymy i my. Od 1910 roku, wjeżdżają na nią zarówno pociągi kursujące z Johannesburga do Polokwane, jak i luksusowy pociąg obsługujący połączenie z Kapsztadem.

 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments