Port Antonio Montego Bay Jamajka www.szlakiempodrozy.pl

Port Antonio i Montego Bay. Rusz w miasta Jamajki.

Jamajka, karaibska wyspa kojarzona głównie z piratami. Tymczasem miewała w swej historii momenty, tak nieprawdopodobne, że czasem trudno uwierzyć w ich prawdziwość. Zapraszam w podróż naznaczoną kolonialnymi waśniami, tonami bananów, niewolnikami i… wiedźmą. To wszystko czeka w położonych na północnym wybrzeżu miastach Jamajki Port Antonio oraz Montego Bay.

Nieprzyjazne z uwagi na pofałdowanie terenu okolice Port Antonio latami stanowiły barierę, którą udawało się pokonać nielicznym osiedleńcom. Nawet ci z ludu Taino, którzy zamieszkiwali te ziemie przed przybyciem Europejczyków, sceptycznie oceniało to w jakim miejscu dane było im się znaleźć.

I co? Jak to mówią, jeśli i czegoś nie da się zrobić, musi się za to zabrać ktoś, kto o tym nie wie. Tu tym „kimś” okazali się Hiszpanie. Przybywając na północno-wschodnie ziemie wyspy, jako pierwsi ludzie ze Starego Kontynentu, zapuścili się w nieznane wówczas nigdzie indziej rejony. Tak przeczesując teren, trafili na rzekę, wkrótce nazwaną Rio Grande.

Pierwsze czym się zajęli było pozbycie się nadmiaru drzew, porastających tutejszą dżunglę. Uwolnienie terenu dało początek nowym ranczom, na których hodowali bydło. Znane jako „hatos”, stanowiło główne źródło zajęcia, a co za tym idzie utrzymania. Ale komu wydawało się, że dzięki temu powstanie tu pokaźnych rozmiarów ośrodek, ten był w błędzie…

Zwabieni do Port Antonio

Naszedł bowiem 1655 r., gdy ścierające się ze sobą mocarstwa kolonialnie – Hiszpanie i Brytyjczycy, weszli w spór o panowanie na daleką wyspę na Karaibach. W efekcie zwycięskiej kampanii zajęta przez Anglików ziemia, szybko dała o sobie znać… Widząc, z jakimi warunkami muszą się mierzyć, wkrótce zrezygnowali z próby ujarzmienia niegościnnego obszaru. I choć region Portland, którego stolicą jest Port Antonio założono w 1723 r., pół wieku później nadal nie potrafiło przyciągnąć mieszkańców. Ci, znajdując znacznie lepsze lokalizacje do zamieszkania, okolicę omijali szerokim łukiem.

Ale od czego są władze? Te wpadły więc na, wydawało się genialny plan: jeśli rozejdzie się informacja, że rozdajemy ziemię za darmo, dodatkowo przyznając plantatorom niewolników i nadając przywileje podatkowe, ludzie rzucą się na propozycje, niczym wygłodniałe kocury na mysz. Jak pomyśleli, tak zrobili. Nowi farmerzy pojawili się, ale tylko ci najtwardsi, nie mający w zasadzie innych perspektyw.

Rozwijające się osadnictwo mimo wszystko było zapowiedzią rychłych „wizyt” nieprzyjaciół. Brytyjscy przybysze szybko uzmysłowili sobie, że tylko odpowiednie fortyfikacje dadzą względne bezpieczeństwo. Tak w 1729 r. zaczęły rosnąc mury Fortu George. Mający chrapkę na Jamajkę Iberyjczycy, musieli stawić czoła wzbogaconemu o ważny punkt obronny wybrzeżu. A, że ich główną oś stanowiły 3 m grubości mury, w których umieszczono 22 armaty, można było mieć nadzieję, że nieszybko znajdzie się taki, który da im radę.

Co ciekawe, pierwotne plany budowy umocnień przewidywały zupełnie inne rozwiązanie. Wyspiarze mieli bowiem w planach przekształcenie w twierdzę małej wysepki nieopodal cypla. Mimo, że angielskie wojsko zbudowała tu swą fortecę, do dziś nie się z nich nie ostało. Nic prócz nazwy – Wyspa Marynarki (Navy Island). W 1940 r. właścicielem mającej ledwie 0,25 km2 pow. wysepki został Errol Flynn, organizując tu wkrótce wielkie imprezy, na których bawiły się ówczesne gwiazdy Hollywood.

Jamajski Fort George w Porto Antonio www.szlakiempodrozy.pl

Jamajski Fort George w Porto Antonio; źródło: Wikipedia

Tak okolica zwana „The Hill”, czyli „Wzgórzem” przeobraziła się w noszącą znamiona najprawdziwszego luksusu enklawę. Już fakt, iż mogli ją zajmować wyłącznie biali, posiadający wysoki status społeczny, a co za tym idzie także i wypchane portfele ludzie, wiele mówi o jej przeszłości. Sprowadzający się tu obywatele Zjednoczonego Królestwa, wkrótce zmienili nazwę swej dzielnicy na „Titchfield”. Mało tego, przywiązani do tradycji, jak mało kto wkrótce zaczęli rozgraniczać położona wyżej część – Upper Titchfield, od nabrzeżnej części. w której żyli biedniejsi mieszkańcy, a zwanej oczywiście Lower Titchfield.

Obecnie zlokalizowany w Górnym Titchfield pensjonat DeMontevin Lodge stanowi nie lada atrakcję. Zajmujący róg Fort George St. z Musgrave St, pełen historii pensjonat, działający od 1898 r. otrzymał ponadto dość dziwny wygląd. Fachowo zdefiniować go można jako połączeniem eklektyzmu wiktoriańskiego z tzw. stylem piernikowym.

“To jak prezentuje się Port Antonio zobaczyć można na… filmach. Kręcono tu bowiem sceny nie tylko do filmów o przygodac Jamesa Bonda, ale też produkcje pt. Klub “Raj„ z Robinem Williamsem, czy „Cocktail” z udziałem Toma Cruise’a i Elisabeth Shue”.

Bananowe eldorado Port Antonio

Nowym paliwem, napędzającym rozwój okolicy stały się ok. 1740 r. zyski z upraw trzciny cukrowej. Port Antonio, podobnie zresztą, jak i cały region Portland zaczęło gwałtownie się puchnąć od okazałych rezydencji. Ale natura widocznie miała inne plany… Ulewne deszcze nawiedzające Jamajkę sprawiły, że straty był gigantyczne. Do połowy połowy XIX w. przetrwały jedyne cztery takowe, a już pół wieku później nastąpił całkowity ich upadek. Wówczas wzrok plantatorów padł w kierunku ziemniaków oraz bananów. I się zaczęło…

Banany okazały się kolejną hodowlą, która odcisnęła piętno na mieście. Dziś po prawda wciśnięty jest między dwie zatoki: West Harbour i East Harbour ośrodek miejski nie jest już bananowym hegemonem na mapie świata, ale nadal na nabrzeżu trafić można na magazyny z owocami. Z nabrzeża Boundbrook Wharf na statki i dziś trafiają ich niemałe ładunki owoców. I pomyśleć, że kiedyś karmiono nimi jedynie zwierzęta… Zmieniło się to w momencie, kiedy marynarze ustalili, że w trakcie długiej podróży zaczynają żółknieć, mięknąć i są całkiem smaczne.

Był 1869 r. kiedy George Busch przewiózł pierwsze krzywe owoce do USA. Jakiś czas później kpt Lorenzo Dow Baker przetransportował do Bostonu 1450 bananowych kłączy zarabiając, jak na ówczesne czasy, prawdziwą fortunę – 2 tyś $. Wkrótce perfekcyjnie zorganizował biznes tworząc Boston Fruit Company, z czasem przejmując gigantyczną firmę United Friut i wznosząc „The Hill” – pierwszy hotel w mieście. Tak wieść o Port Antonio trafiła pod strzechy domów w USA, za czym wśród podróżujących na Karaiby turystów, poszła fama o przyjemnym jamajskim mieście.

Tak, jak w przypadku trzciny cukrowej, tak i plantacje bananów nie przetrwały ciosu, jaki wymierzyła im natura w postaci nawiedzających Jamajkę huraganów. Dziś chcąc skosztować rodzimych owoców z obecnych plantacji, warto wybrać się na Musgrave Market. Prócz nich nabyć tu można świeże mięso, ale też stoisk z ubraniami i butami, czy biżuteria nie brakuje. A’propos tej ostatniej to można nawet podejrzeć jak jest przygotowana. Gros sprzedawców jest bowiem jednocześnie rzemieślnikami, i to całkiem dobrymi! Działający przy West Street targ okopują sprzedawcy wielu odmian bananów i słynnego platana. Jeśli ktoś chciałby poczuć lokalny klimat, najlepiej jeśli wybierze się tu sobotnim rankiem. Najwięcej ludzi sjest tu bowiem między 8 a 12 godz.

Must see Port Antonio

Z pełnym przekonaniem można uznać, ze w każdym mieście na świecie jest coś, czego w trakcie wizyty wprost nie wypada pomijać. Co w związku z tym? Ano to, że tutaj takim adresem jest z pewnością wieża zegarowa, w miejscu gdzie krzyżują się ze sobą Half Way Tree, Hope, Constant Spring, and Hagley Park Roads. Stojąca od 1913 r. jest de facto czymś na wzór pomnika króla Edwarda VII Anglii.

Wieża zegarowa w Porto Antonio Jamajka www.szlakiempodrozy.pl

Wieża zegarowa w Porto Antonio; źródło: Flickr

Prostokątny budynek z dzwonnicą i zegarem na Harbour Street od razu zwraca uwagę. Zresztą, jak miałoby być inaczej, skoro elewację pokrywa tu czerwona i biała cegła. Anglikański Christ Church stojący tu od 1840 r. od powstania miał sprawiać przyjemne wrażenie. Neoromański styl nadany mu przez Anglika Annesley’a Voysey’a miał nade wszystko podkreślić koncepcje autora. Ta zaś opierała się na maksymalnym wykorzystaniu warunków naturalne. Stad też wysokie okna wpuszczają do środka naturalne światło, ale i przyjemny wietrzyk. W 1900 r. wzbogacił się o nowa ambonę, na którą pieniądze wyłożyła Bostońska Kompania Owocowa.

Kościół Christ Church w Porto Antonio na Jamajce www.szlakiempodrozy.pl

Kościół Christ Church w Porto Antonio na Jamajce; źródło: Flickr

Nieco na uboczu, a właściwie już poza granicami miasta, jakby wstydliwie ukrywały się one. Ruiny Folley, bo o nich mowa zwane pieszczotliwie „Kaprysem” słyną z wyjątkowego ogrodu. Do dziś jest on zresztą czynnikiem legendo-twórczym. W powtarzanej tu do dziś opowieści, głową rolę odgrywa majętny przedsiębiorca Alfred Mitchell. Przybywając, na karaibską wyspę ze swą żona Annie, z amerykańskiego Connecticut, tak byli oczarowani miejscem, że mężczyzna postanowił zbudować dla niej okazały dom. Obsadzając okolicę kwiatami, zapełniając ptakami i innymi gatunkami zwierząt, wreszcie mógł uznać, że jest tak, jak być powinno. Pewnego dnia przywiózł więc tu swą ukochaną. By dochować tradycji wziął ją na ręce, po czym przeniósł przez próg. W tym samym momencie… podłoga zaczęła się kruszyć. Panna młoda uznając to za zły zwiastun, zalała się łzami i uciekając z rezydencji porzuciła męża. I pomyśleć, że wszystkiemu winna okazała się morska woda, z której korzystano w trakcie budowy domu…

“Dziś Port Antonio jest raczej miejscem które wybierają liczący na spokój i ciszę turyści. Dawnej był wypoczynkowym schronieniem dla sławnych i majętnych gwiazd filmu i majętnych biznesmenów.”

Ale jak to legendy, wiele prawdy w nich nie ma. I tutaj wszystko odbyło się więc „nieco” inaczej. Po prawdzie, dom pochodzi z 1905 r., i rzeczywiście to szukający nowej posiadłości jubiler, wspomniany Alfred Mitchell zabudował wolną działkę, tworząc coś na wzór włoskiej willi z… 60 pokojami. Wnętrze wyłożono marmurową posadzką, wstawiono gustowne drewniane drzwi. Mało tego, ówcześni fachowcy zainstalowali tu prawdziwe techniczne cacka. No bo, kto wówczas miał okazje w domu korzystać stale z generatora pary, działającego bez problemu oświetlenia elektrycznego, czy też bieżącej wody?

Gdy w 1912 r. żona bogacza, co ciekawe pochodząca z „tych” Tiffanych, owdowiała ściągnęła tu resztę najbliższej rodziny. Ale wybuchła I wojna światowa. Annie wróciła do Stanów, a dom sprzedała. Gdy i nowy właściciel zrezygnował z niego, nieruchomość przejął jamajski rząd. Ale w l. 30. na domu zaczęły pojawiać się rysy. Morska woda i powietrze nasiąknięte solą sprawiły, że stalowe części domu zaczęły korodować, przez co zapadł się dach.

Tak Port Antonio straciło swa chlubę, choć trzeba przyznać, że i tak pozostaje do dziś całkiem interesującym miejscem.

Urlopowe Montego Bay

Położone 202 km dalej na zachód, ale ustylizowane także na wybrzeżu 80 tyś Montego Bay śmiało można uznać za mekkę turystyki wypoczynkowej na Jamajce. Czwarte pod względem wielkości miasto karaibskiego państwa może i jest postrzegane jednowymiarowo, jako cel urlopowiczów. Niemniej to nie tak, że prócz plaż i hoteli niczego tu więcej tu nie ma.

Jak to bywa w takich sytuacjach, podróżujący najpierw muszą jednak zmierzyć z procedurami. Funkcjonujący 3 km od centrum Międzynarodowy Port Lotniczy im. Donalda Sangstera obsługuje loty zarówno stołecznym Kingston, USA, jak i Europą. Stanowice największe lotnisko na Jamajce, rocznie może obsłużyć 9 mln pasażerów. A wszystko zaczęło się w 1936 r., kiedy podjęto decyzję o zaadaptowaniu wolnego terenu pod nowa inwestycję. Gdy cztery lata później ruszyły prace, nikt nie przypuszczał, że po otwarciu w 1947 r. stanie się pierwszym miejscem, jakie na własne oczy zobaczy multum przybywających na Jamajkę prominentnych turystów. A jeszcze od 2005 r. każdy pasażer ma okazję przejść przez nową hale przylotów.

Międzynarodowy Port Lotniczy im. Donalda Sangstera Montego Bay www.szlakiempodrozy.pl

Międzynarodowy Port Lotniczy im. Donalda Sangstera; źródło: Flickr

OK, ale zastanówcie się… Co bycie pomyśleli, gdyby w folderze reklamowym biura podróży, nagle przed oczami pojawiła się Wam nazwa „smalec”, względnie „masło”… A wiele wskazuje na to, że tu tak właśnie było! Gdy bowiem przybyli tu Hiszpanie część z nich zatrudniła się przy załadunku tłuszczu z dzikich świń i tutejszego bydła.

Po wodę

Na szczęście dziś i miejscowi i podróżnicy nie muszą pokonywać żadnych ulic, których nazwa kojarzyła by się z tłuszczem. Co więcej tutejsze nazwy całkiem dobrze wprowadzić mogą w dawny tutejsze czasy. Weźmy choćby taką Doctor’s Cave Bay. Okolica nazwana na cześć dr Alexandra McCatty’ego do dziś wspomina wspaniałomyślność, jaką okazał mniej majętnym mieszkańcom Montego Bay. Będący właścicielem plaży jegomość w 1906 r. zapragnął podzielić się nią z miejscowymi, otwierając kąpielisko. Tak w 1880 r. założył swoiste sanatorium, w którym gościł swoich przyjaciół i kolegów po fachu. Nic dziwnego, że urokliwie położona plaża, na która wchodziło się przez jaskinię szybko zyskało rozgłos.

Gdy więc w l. 20 XX w. inny lekarz – sir Herbert Baker podzielił się z ludźmi opinią o leczniczych właściwościach tutejszej wody, ludzie tłumnie ruszyli do kąpieli. Przyszłość została ustalona… Kolejne hotele rosły jak grzyby po deszczu, a cały biznes napędzały dolary amerykańskich turystów.

Plaża Doctor's Cave Bay Montego Bay Jamajka www.szlakiempodrozy.pl

Plaża Doctor’s Cave Bay; źródło: Wikipedia

A wracając do plaży… Wyobraźcie sobie płynący po spokojnych wodach okręt. Nagle, wypatrujący z bocianiego gniazda lądu marynarz wydaje z siebie okrzyk alarmując pozostałych członków załogi. W tym… Krzysztofa Kolumba, we własnej osobie. Okazuje się, że owa sytuacja to nie żadne science fiction. Odkrywca Ameryki rzeczywiście wpłynął do zatoki podczas swej pierwszej wyprawy na Jamajkę w 1494 r. Gdy dostrzegł plażę dobił do brzegu, gdzie czekali już na niego miejscowi mieszkańcy – lud Tainów. Trochę jednak minęło czasu, nim Hiszpanie zdecydowali się przybyć w te okolice; osiedleńcy zjawili się tu w połowie XVII w. Ale boomu na przeprowadzki nie było. Ludzie, wiedząc o pirackich napaściach, nie spieszyli się z zasiedlaniem zatoki.

Znaleźli się jednak ludzie, którzy przejawiali niezmierzone pokłady pewności siebie. Do dziś o ich odwadze dowodzą ruiny Fortu Montego, z trzema ocalałymi działami, które pozostały z siedemnastu, jakie ustawiono tu do obrony miasta. Okolica z wielką prochownia jest do dziś chętnie odwiedzana, magicznie przenosząc w 1752 r., kiedy to po raz pierwszy go opisano. Nie odegrał on jednakże wielkiej roli w walkach, jakie prowadzono o Karaiby. Choć ledwie dwukrotnie w historii słyszalne były tu wybuchy armat, zawsze kończyło się to katastrofami. W trakcie pierwszego, mającego uczcić poddanie się Hawany nastąpił wybuch działa, w efekcie którego zginął obsługujący je żołnierz. A potem w 1795 r. angielska załoga fortu wypaliła w morze strzelajac, w swoim mniemaniu do francuskich piratów. Problem w tym, że ci stanowili załogę… brytyjskiego okrętu.

Mieszanina starych i nowych zabudowań może i kuje w oczy. Ale co tam… Sam Sharpe Square wypełnia tyle ciekawych zabudowań, że trudno czepiając się os szczegóły. Wyobraźcie sobie, że jeden z jego rogów zajmuje gmach z 1806 r. zwany „Klatką”, czyli „The Cage”. Dawniej w jego murach więziono niewolników, którym uprzednio udało się zbiec.

Mało tego, widoczna pośrodku żeliwna fontanna, do dziś przywołuje na myśl dawną bananową chwałę miasta, kojarząc się z postacią jej fundatora – kpt J. Kerra, hegemona na rynku sprzedaży tych owoców.

A wracając do osoby Sharpe’a, to właśnie usytuowany w samym centrum Montego Bay plac wspomina zasłużoną dla XIX w. niewolników postać.

Sam Sharpe Square Montego Bay Jamaica www.szlakiempodrozy.pl

Sam Sharpe Square Montego Bay; źródło: Flickr

Był przełom 1831/32 r. gdy w mieście wśród wykorzystywanej do pracy grupy ludności podniosły się radykalne nastroje. Na czele buntujących się czarnoskórych stanął pastor kościoła baptystów – Sam „Daddy” Sharpe. Podburzając poniewieranych i zależnych od swych panów ludzi na przełomie, pociągnął ich za sobą na ulicę. 23 maja 1832 r. brytyjski władze nie mogąc sobie poradzić z narastającymi niepokojami społecznymi dały pokaz siły, wieszając na placu „The Parade” przywódcę powstania i mordując 500 jego popleczników. Do dziś odlany w brązie pomnik Sharpe’a przypomina o tragicznych w dziejach Jamajki wydarzeniach.

W 1795 i 1811 r. miasto spustoszyły pożary.”

Czy może więc dziwić, że immanentną częścią placu jest wzniesiona w 1803 r. siedziba sądu, w której wydano wyrok na buntownika? Z racji tego, że w l. 60 XX w. został odnowiony, jego mury zaadoptowano na „Muzeum św. Jakuba”, w którym roi się od pamiątek ukazujących przeszłość okolicy. Szczególnie warto zatrzymać się przy wystawie nawiązującej do zwyczajów i wierzeń, które kultywowali przedstawiciele ludu Arawak.

Połączona z placem St. James Street to, jak można się domyślić, główna ulica miasta. Ale to i ona a róg Union i East cieszy się większa popularnością. Zajmuje go bowiem The Slave Ring – wzniesiony niegdyś z kamienia amfiteatr, który najlepsze lata ma już za sobą, czemu dowodzą odpadające z niego części ścian. Miejscowym służył w trakcie organizowanych tutaj targów niewolników, z czasem wypartych przez miejscową specjalność… walki kogutów.

Montego Bay dziś

Dziś społeczność miejska jest zaskakująco wielokulturowa. Prócz dominujących liczebnie ludności z domieszką afrykańskiej krwi, sporo tu przybyszów pochodzenia azjatyckiego, głównie z Indii i Chin. Okazuje się bowiem, że są głównie potomkami przybyłych tu do pracy imigrantów. Z tego też względu w mieście roi się od kościołów przeróżnych wyznań: protestanckich, zielonoświątkowców, ale też świątyń buddyjskich i hinduistycznych, a nawet muzułmańskich meczetów.

Do dziś stary dom Rose Hall budzi u niektórych grozę. Zajmujący część obszaru plantacji wspominany jest z racji okropności jakie spotykały tutejszych niewolników.”

Tymczasem zbudowany z białego wapienia w niecodziennym, bo nieco zmodyfikowanej gregoriańskie stylistyce kościół parafialny św. Jakuba (St. Jacob Parisch Church) to kolejny element charakteryzujący to jak rozwijało się Montego Bay. Budowę rozpoczęto bowiem w 1775 r., mając przekonanie, że stale podnoszący swój status mieszkańcy potrzebują odpowiedniego kościoła. Swoisty pierwszy symbol bogactwa miasta, przyjął architektoniczną formę na planie krzyża greckiego.

Wewnątrz ukończonej w 1782 r. świątyni znaleźć można pomniki XVIII w. rzeźbiarza Johna Bacona. Jednym z ciekawszych jest praca ukazująca Rosy Palmer, żonę namiestnika królowej Johna Palmera. Jak mawiają miejscowi, fioletowa barwa widoczna wokół szyi i nosa postaci to oznaka tego, że posąg tak naprawdę ukazuje Annie Palmer. Słyszana w mieście legenda mówi o tym, jakoby kobieta była słynną „Białą Wiedźmą z Rose Hall”, która… zabiła trzech mężów, po czym sama stała się ofiara uduszenia, przez jednego z niewolników.

Jest i ciekawie prezentujący się witraż z 1911 r, oraz wypełniające ściany kościoła tablice i pomniki upamiętniające ważne postacie w historii Montego Bay. Jako, że trzęsienie ziemi zostawiło na nim widoczne ślady w 1957 r. przeszedł gruntowny remont. Tuż obok rozciąga się cmentarz z wiekowymi nagrobkami, wśród których można znaleźć mające ponad 200 lat.

Montego Bay National Museum Jamajka www.szlakiempodrozy.pl

Montego Bay National Museum; źródło: Wikipedia

Chcecie wiedzieć jak to się stało, że miejscowi mają w domu… wodę. Ok, nic nadzwyczajnego. Mimo to, warto poznać historię jej dostarczania do tutejszych domów. Na rogu Dome St. z Creek St., w budynku z 1836 r. w XVIII w. działała pierwsza rozdzielnia wody, czerpanej jeszcze wówczas z rzeki, a następnie dostarczanej do mieszkańców. Charakterystyczne białe żaluzje i ogólnie żółta wieża The Dome zbudowana z cegieł i kamienia dziś robi wrażenie. I to mimo, iż w 1893 r. w mieście uruchomiono wodociąg. Wieża bowiem pozostała.

Aby przekonać się jak spędza się tu czas wolny zajrzeć można jeszcze w dwa miejsca. Pierwsze to 4 tyś stadion Jarrett Park, na którym urządzano… największy na świecie festiwal muzyki reggae zwany Reggae Sunsplash. Zresztą i dziś impreza, w nieco innej formule i pod nazwą Reggae Sumfest w lipcu i sierpniu ściąga tu tłumy ludzi z tak odległych kawałków świata jak Azja, czy Europa.

Poszukując lokalnego kolorytu nie wolno zapomnieć o Harbour Street. Nie dość, że niemal zawsze jest zapełniona ludźmi, to jeszcze to właśnie tutaj przybijają rybacy po połowach. Jednakże, w te rejonu zapuszczają się zwłaszcza klienci buszujący później po tutejszym targu rzemiosła z pamiątkami, koszulkami, koralikami czy owocami.

“W mieście znaleźć można pomnik Usaina Bolta zajmujący teren przed barem sportowym.”

Niemal wszystkie jarmarki mają tu swe korzenie z podobnych miejsc, zorganizowanych tu przez przybyszów z Czarnego Lądu. Pierwsze takie targi powstawały jeszcze a terenie plantacji, albo pełnych ludzi skrzyżowaniach, gdzie zarówno niewolnicy, jak i cieszący się wolnością ludzie wymieniali się dobrami i dokonywali transakcji. Fustic Street Market, na Barnett St. oferuje dziś możliwość zajrzenia aż do 254 sklepów. Wiadomą sprawą jest, że można tu przepaść na wiele godzin. Ale bez obawy, jeśli ktoś zgodniej może zajrzeć do którejś z dwóch restauracji lub ratować się sklepem z przekąskami. Więcej tutaj.

Zagłębianie się w historii kulturze Jamajki to dość wdzięczne zajęcie. Zwłaszcza, jeśli ma się do dyspozycji odpowiednie narzędzia. A tym bez wątpienia jest Centrum Kultury Montego Bay. Organizowane tu wystawy przybijają nie tylko aspekty historyczne miasta, ale też wnikają w kulturę okolicy. Ściany zapełniane są obrazami i fotografiami jamajskich twórców, zaś posadzka roi się od ustawionych na podwyższeniach rzeźb.

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments