Luang Prabang Laos Azja www.szlakiempodrozy.pl

Luang Prabang – perełka Laosu

Trzydniowa kąpiel

Przystaję przed wyjściem, zastanawiając się co dalej. Los zdecydował. Skoro Świątynia Mai Suwannaphumaham sąsiaduje muzeum, no to szkoda tego nie wykorzystać. Mijam skrzyżowanie na którym, na oko 50-latka stara się mnie namówić na smażone właśnie przez nia smakołyki. Nawet nie wiem co to jest, więc nie ryzykuję. Tym bardziej, że i tak jakiś magnetyzm ściąga mnie ku czerwonemu dachowi. Pięciostopniowa konstrukcja sprawia wrażenia jakby sama schodziła w dół. Wchodzę na wewnętrzny plac, gdzie na fasadzie uwagę zwracają złote płaskorzeźby ukazując codzienną egzystencję na wsi i przebieg życia Buddy. Zastanawiam się czy spłynie na mnie szczęście, które serwuje ponoć czerwona barwa wnętrza. Gdy zaczęto ją wznosić był 1796 r., ale przez kolejne lata, do końca XIX w., dodano tu mnóstwo nowych elementów. Głównie po tym jak w 1887 została uszkodzona podczas najazdu.

Godnym uwagi jest to, że do 1947 r. jej wnętrza ozdabiał posąg, o którym już wspomniałem przy wizycie w Muzeum Narodowym. Ale uwaga! Raz do roku zawsze tu wraca, celem oczyszczania. Rytualna kąpiel, trwa trzy dni i w jej trakcie posąg ustawiany jest na świątynnym ołtarzu. Dodatkowo mieści się tu siedziba laotańskiego patriarchy Sangha Raja. Na cały kompleks składają się cele dla mnichów, główna sala do modlitw i medytacji, biblioteka i mniejsze pomieszczenia o charakterze sakralnym.

Bilet: 20 tys LAK

https://www.szlakiempodrozy.pl/wp-content/uploads/2020/05/Wnętrze-Wat-Mai-Suwannaphumaham-1.jpgWnętrze Wat Mai Suwannaphumaham; źródło: Flickr

A skoro już jestem przy świątyniach, przypomina mi się pewien szczegół. Codziennie rankiem dochodzi do nich do osobliwych scen: mnisi rozpoczynają procesję zbierając wówczas od przechodzących ludzi jałmużnę. W zamian zapewniają o pamięci o darczyńcach w trakcie swych modlitw. Pełna nabożnej czci uroczystość w ostatnich latach została nieco skalana… nieodpowiedzialnym zachowaniem turystów, którzy swymi strojami i aparatami mącą pełne skupienia chwile.

Tropem wojennej historii po Luang Prabang

Na razie mam dość świątyń. Nie żeby im czegoś brakowało, ale pora poddychaćwreszcie prawdziwym życiem. Patrzę na plątaninę kabli, poprowadzonych od jednego słupa do drugiego; razem jakieś 30 przewodów. Może nie są jedynym wyróżnikiem Chaofa Ngum Rd, ale coś czuje sporą chwilę mi potowarzyszą. Istotnie, wiszące na jakichś 6 m wysokości, dostarczają energię do postawionych przy drogę domów. Chociaż akurate są różne. Za zielonym płotem w górę strzelają przyjemne zabudowania. Parterowe mury pomalowane na biało. Może i nie ściągają uwagi, ale drewniane piętra już tak. Po drugiej stronie ruchliwej ulicy przy stolikach siedzą sączący napoje lokalsi.

Gdy po chwili oceniam, że oto mam przed sobą kolejną świątynię… odwracam wzrok. Tak wpadam na miejską fontannę, która tu zajęła połać terenu, kształtem przypominającego jakby… zmrużone oka Azjaty. Wąska, acz długa otoczona sięgającymi kolan krzewami, spośród których przezierają różowe kwiaty. Zanurzone w wodzie, sterczące zielono-żółte węże, jakby pilnowały, by woda pryskała z odpowiednią mocą. Ta tryskając z ciemno-żółtawego kielicha, rozpylają wodną mgiełkę. Urokliwa, acz zastanawiam się czy nie lepiej było ją ustawić gdzieś w parku, z dla od kurzu i hałasu samochodów?

No nic… Skręcam w lewo i już wiem, że jestem na tropie poszukiwanej „normalności”. Wnioskując po zabitych podziurawioną, falistą blachą podwórku zastanawiał się skąd ten dysonans? W opozycji do, skądinąd dużego i dobrze wyglądającego domu, robi dziwne wrażenie. Kolejne domy, oddzielone już od drogi płotem skrywają się za gęstymi drzewami. Na ul. Bounkhong na zwykłej drewnianej skrzyni ktoś rozkłada jakby kilim. Wkrótce ląduje na nim talerz z pałeczkami. Na czterech małych ławeczkach ustawionych naokoło niewiele większego stołu rodzina zasada do posiłku. Nieco dalej kolejny na kolejnym domu wieszakach suszą się białe koszule.

“Międzynarodowy port Lotniczy w Luang Prabang, jest drugim pod względem wielkości e lotniskiem Laosu. Obsługuje zarówno loty krajowe jak i międzynarodowe połączenia. Jakość obsługi uległa polepszeniu w 2013 r., po przebudowie. Na lotnisku działa wypożyczalnia samochodów.”

Mijam małe stoisko ze świeżymi owocami. Za nim, za długim stołem siedzi kolejna rodzina. Zielono-biała cerata jest już postrzępiona, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Dzieci ze smakiem zajadają posiłek, siedząc w cieniu pod parasolem z logo Pepsi.

Znak bombardowania

Wreszcie, szukając pewnego adresu, wchodzę w objęcia kolejnych zabudowań. Na wbitych w ziemię patykach powiewa coś na kształt maleńkich flag. Po co one? Nie wiem. Przecież żadnych symboli na nich nie ma. Szybko o tym zapominam wchodząc do Centrum Informacji o Niewybuchach UXO, z wystawą koncentrującą się na usuwaniu skutków amerykańskich bombardowań.

Okazuje się bowiem, iż wedle statystyk Laos był najmocniej zbombardowanym krajem, jeśli wziąć pod uwagę liczę bomb, na jednego mieszkańca. Wiedzieliście, że aż ¼ laotańskich wsi jest do dziś skażoną niewybuchami? A to wszystko efekt prawie 580 tyś lotów bombowców! Niegdyś, na laotańską ziemię, w niecałe dziesięć lat, począwszy od 1964 do 1973 r. spadło ponad 2 miliony ton ładunków wybuchowych! Wszystko zamknięte w ok. 270 milionach sztuk bomb! Jakieś 30% z nich, z różnych przyczyn, nie wybuchło przez co w ziemi zostało uwięzionych jakieś 80 milionów niewybuchów. W rezultacie nad stałym ich wydobywaniem niewybuchów, pracuje dziś tysiąc osób.

Wstęp darmowy

Na północ

Ruszam z powrotem, ale nie tę samą trasą. Bo i po co. Wkrótce okazuje się, że słusznie bo Oupalathxiengkong Road odpowiedziało na moje wyzwani najlepiej jak mogło. Po prawej stronie białe dwukondygnacyjne domy, istotnoe wyglądają jakby z okładki folderu dobrego dewelopera. A po przeciwnej… Rozłażące się ruiny, którym niedbale ktoś uciął wiszące nas nimi daszki. Połamane kratownice w drzwiach, wygalają jakby przed chwilą było tu włamanie. Kilka kroków dalej z czegoś na kształt warsztatu wydobywają się dziwne dźwięki maszyn. I tak non-stop. To dom rodziny, której jakoś się powodzi; to rozpadające się ze starości enklawy biedoty… Wszystko na jednej ulicy…

Choć tu akurat, cała ta dziwna konstelacja, odprowadza mnie do Centrum Sztuk i Etnologii. Uruchomione w 2007 r. mieści się nieopodal targowiska Dara. To swoiste swoistym muzeum prezentujące laotańską kulturę i szczegóły życia kilkudziesięciu mniejszości na terenie kraju, powstało celem promowania i przekazywania etnicznego dziedzictwa kulturowego kraju. Niegdyś  wymyślono, by wesprzeć ludzi utrzymujących się z wykonywania tradycyjnych elementów, nawiązujących do rodzimego rękodzieła. Placówka współpracuje więc ze szkołami, prowadząc warsztaty rzemieślnicze, propagując wytworu członków kilkudziesięciu grup etnicznych.

Zaglądam do wnętrz zajętych ręcznie tkanymi ubraniami, biżuterią, a nawet instrumentami muzycznymi. Buszuję po tradycyjnych pomieszczeniach domowych, zapoznaję się ze sposobem użycia przedmiotów używanych w obrzędach rytualnych i ceremoniach religijnych. Więcej informacji tutaj.

W ciągu 20 minut docieram do świątyni Sibounheuang na samym brzegu Mekongu. Podsumowując ją w jednym zdaniu można powiedzięć, że to XVIII w. pozostałość po… hojności wiernych. Niby mała, ale ilością i barwami zdobień śmiało może konkurować z innymi. Przyglądam się fasadzie z czerwono-złotymi motywami. Bordowe mury wewnątrz wprowadzają jakiś taki… niezwykły nastój. Wchodzę i wtedy całości dopełnia posąg Buddy zajmujący ołtarz. Nie mam szczęścia, dziś jest, po prostu, „zwykły”. Ale próbujcie, może uda się Wam trafić w odpowiednią porę i zobaczyć go odzianego w szaty mnicha! Wychodząc, podnoszę głowę, a tam dach. No to ci zaskoczenie! – powiecie. Ale tak! Jest niezwykły. Bije elegancją za sprawą dachówek i podtrzymujących go drewnianych kolumn.

Otwarte godz. 7-17; wstęp wolny

Wejście do Wat Sibounheuang Luang Prabang www.szlakiempodrozy.plWejście do Wat Sibounheuang; źródło: Flickr

Rzeki przemówiły

Jakoś te drzewa mizernie tu wyglądają… Chociaż początkowo idę ich tropem, po stu metrach skręcam w prawo. Wpadam w ul. Kham Khing, za którą widzę żywy nurt Mekongu. Konkludując, że mnóstwo zieleni wprawia w mnie w dobry nastrój, zmierzam ku brązowym, drewnianym elementomWat Xieng Thong. Pokonuję stopnie nie licząc kroków i po chwili buddyjska świątynia ukazuje mi się w pełnej krasie. Złocone ściany z mnóstwem kolorowych mozaik zajmują część starówki.

Tak, bez wątpienia to miejsce spotkania się dwóch rzek, jest miejscem niezwykłym. Gdy w 1559 r. polecił ją wznieść król Setthathiratha, nie raz i nie dwa pewnie myślał jak potoczą się koleje jej losu. Zajmująca spory plac oaza modlitwy przez lata narażona była na liczne ataki nieprzyjaciół. I nie dziwota. Nawiedzali ją nie tylko zwykli śmiertelnicy, pragnąc wznosić swe modły. Co jakiś czas stawała się miejscem szczególnego wydarzenia – koronacji nowego władcy.

Transport w Luang Prabang to głównie taksówki songthaew; wielu z nich porusza się nie wedle określonej trasy, ale po prostu krążąc po mieście i zabierając ludzi.”

Uwierzcie mi, że wystarczy podnieść głowę by uznać, że miejsce to jest wspaniałe. Dach pokryty złotymi zdobieniami, do których zresztą nawiązuje jej nazwa, tłumaczona jako “Świątynia Złotego Miasta” . No i ta tylną ściana z mozaikami ukazującymi drzewa życia. Stąpam po czerwonym dywanie, wpatrując się w niesamowite wzory umieszczone na podtrzymujących całość okrągłych i kwadratowych kolumnach. Zmysł wzroku atakują sceny rodem z mitologii i wprowadzający pewien porządek geometryczny wzór. Głowa chodzi mi te i we wte, i gdy wreszcie ją podnoszę widzę kolejny oryginalny element – tradycyjne koła dharmy w buddyzmie będące emanacją tutejszego prawa i krąg reinkarnacji.

Najlepiej jednak, aby o jej powstaniu przemówiła legenda. Opowieść nawiązuje do dwóch pustelników, którzy pewnego dnia postanowili założyć sanktuarium, wykorzystując znak, jaki dawało drzewa Bodhi. Tego samego gatunku, pod którym medytował Budda.

Bilet: 20 tys LAK

Wat Xieng Thong Luang Prabang www.szlakiempodrozy.plWat Xieng Thong; źródło: Flickr

Zakupy po zmroku

Wracam do centrum miasta będącego stolicą kraju do 1545 r. Ale myliłby się ten, kto uważałby, że jej przeniesienie było jakimś gestem mającym je upodlić. Wręcz przeciwnie… Decyzja o ustąpieniu w tej sferze Wientianowi, była wręcz wyrazem troski o kraj. Panujący wówczas Phothisarata, tak pragnął ochronić stolicę przed mającymi na nie chętkę Birmańczykami. Ale niewiele to dało… I tak wpadali tu, jak po swoje, chińscy cesarze i wojska wietnamskie.

Pełen atrakcji dzień postanawiam zakończyć już luźniej. Wydaje się, że najlepszą okazją będzie kontakt z miejscowymi. A, że i warto byłoby coś zjeść wybieram zestaw “dwa w jednym”. Miejscowi i tak posilają się na mieście, wieczorami skupiając się na głównym skrzyżowaniu. Gdy docieram na nocne targowisko – ciągnące się ul. Sisavangvong tętni już życiem. Ponieważ po stoiskach pełnych rozmaitych bambusowych i metalowych wyrobów  buszują już zarówno turyści jak i Laotańczycy, trafiam na spory tłok. Do godz. 22.00 jednak jeszcze sporo czasu, a każda woła…

Nocne oblicze Luang Prabang w Laosie www.szlakiempodrozy.plNocne oblicze laotańskiego Luang Prabang www.szlakiempodrozy.plNocne oblicze Luang Prabang; źródło: Flickr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *