Luang Prabang Laos Azja www.szlakiempodrozy.pl

Luang Prabang – perełka Laosu

Brązowa woda przesuwa się na pozór leniwie. Ale jak to z rzekami bywa, to tylko złudzenia. Siła Mekongu istotnie jest wielka, czemu dowodzą kołyszące się na niej łodzie. Zadaszone, wąskie, acz długie do dziś stanowią jeden z głównych środków komunikacyjnych laotańskiego Luang Prabang.

Wokoło zielono. Zalesione wzgórza bardziej przypominają coś na kształt puszczy niż miasta. No tak, to przecież rozciąga się po „mojej” stronie, właśnie po południowej części okolict. Ruszam bokiem asfaltowej ścieżki, mijany przez samochody i skutery, które opuściły właśnie lichy prom.

Mocne wejście

Takie powitania to ja lubię! – pomyślałem, gdy ledwie po chwili przystając na ul. Kem Khong spoglądam na dawny Pałac Królewski, który miejscowi często określają jako Haw Kham, czyli Złotą Halę. A’propos wiecie, że pochodzenie nazwy miasta też jest nie takie pospolite? Wywodzi się bowiem od świętego XVI w. oblicza Buddy (Phra Bang), które do miasta przywiózł ze sobą król Nguma. Wydaje się, że dziś jest  jedną z perełek miejscowego muzeum, w które przekształcono właśnie pałac. A inwygląda sensownie – półkoliste podwyższenie, z czerwoną ramą zamyka w pewien sposób ogrodzenie.

W związku z tym, iż ulica wyczuwalnie wnosi się w górę, zwalniam Górny płot pomalowany na biało wyraźnie kontrastuje z czarnym kamiennym fundamentem. Otwarta brama jakby kusząco zapraszała. Korzystam więc i po chwili uspokajająca zieleń drzwi odprowadza mnie ku wejściu do mieszczącego się w pałacu Muzeum Narodowego. Gdy na początku XX w. zdecydowano się otworzyć placówkę uznano, że styl francuski będzie pasował. W wyniku tego w 1904 r. zjawili się tu architekci, tworząc projekt w stylu beaux-arts, wplatając tradycyjne, laotańskie elementy. Ale nie tylko sam gmach był wyjątkowy, jego lokalizacja również. Poniekąd wszystko zaplanowano tak, by członkowie oficjalnych delegacji, przybywający do miasta mogli do niego wejść od strony rzeki, docierając łodzią pod sam pałac.

Pałac Królewski w Luang Prabang Laos www.szlakiempodrozy.plPałac Królewski w Luang Prabang; źródło: Flickr

Zbudowany na planie krzyża pałac wita emblematami państwowymi. Trójgłowy słoń pod rozciągniętym nad nim białym parasolem, oczywiście uważanym za święty. Poniekąd do dziśpozostaje symbolem monarchii laotańskiej.

Oblicza przeszłości Luang Prabang

Historycznie miastu nie może sobie nic zarzucić. Ile bowiem miast na świecie może poszczycić się mianem stolicy? No dobrze, dawnej bo dawnej, ale jednak. Niegdyś, konkretnie w czasach państwa Lan Xang, poprzednika dzisiejszego Laosu, władza sprawowana była właśnie stąd. Pokonuję trzynaście niskich schodków, do których za budulec posłużył najlepszy marmur, rodem z Italii. Kilka sekund zajmuje mi wejście do wejście do głównego holu sprawia, gdzie materializują się przed mną należące do rodziny królewskiej przedmioty religijne.

Oczy świecą mi się na widok pozłacanych i bogato lakierowych elementów ozdobnych ukazujących sceny z tradycyjnej epopei laotańskiej – Ramanaja. Na ścianach patrzę na, jakby odprowadzające mnie do kolejnych pomieszczeń, malowidła przedstawiające sceny z tradycyjnego laotańskiego stylu życia. Aż trudno uwierzyć, że pokrywają ściany od 1930 r. Co ciekawe każda z nich podziwiana ma być… w innej porze dnia. Przynajmniej tak to zaplanowano uznając, że przesuwające się światło słoneczne stwarza doskonałe warunki oświetlają o innej porze dnia, odpowiednią cześć pokoju.

Wreszcie komnaty królewskie. Gdy zajmował je król Sisavong Vong piękna sala tronowa lśniła purpurowymi ścianami pokrytymi mozaiką. Mającnto ma uwadze dziś to właśnie tutaj prezentowane są okazałe państwowe Klejnoty Koronne. Wprost rzucam się na królewskie apartamenty, których wystrój praktycznie nie zmienił się od momentu pospiesznego opuszczenia ich przez krewnych ostatniego władcy. Wypędzenie króla skutkowało pozostawieniem w nim królewskich pieczęci i medali, które właśnie oglądam.

Przechodzę w lewo, gdzie na ścianach wisi zbiór wspaniałych obrazów. W gablotach roi sie od porcelany i sreber, które stanowią prezenty od różnej maści dyplomatów. Co ciekawe dostrzegam, iż uszeregowane są dość specyficznie. To znaczy, względem pochodzenia owszem, ale nie wedle nazw państwa, a jako dary od przedstawicieli krajów „socjalistycznych” i „kapitalistycznych”.

Cząstka księżycowej mocy

Kto by pomyślał, że w dalekim Losie natkać się można na takie cudo! A jednak! Oto wpatruję się w jeden z najcenniejszych okazów – cząstką skały przywiezionej z księżyca przez załogę statku “Apollo”! Kolejny pokój, kolejna niespodzianka. Tym razem dawny pokój recepcyjny Królowej. Patrzę na wiszącymi na ścianach portrety z wizerunkami króla Savanga Vatthany, królowej Khamphoui i księcia Vong Savanga. Te też są darem, tym razem razem od władz ZSRR. Widać, że Laotańczycy całkiem dobrze lawirują, jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe… Kolejny dowód – przyjacielskim stosunkom z ChRL i Wietnamem dowodzi obecność ich flag.

W 1995 r. całe miasto wpisane zostało na listę świtowego dziedzictwa UNESCO.”

Wiecie, że 1975 r. placówkę otworzyli przejmujący władze komuniści? Do dziś perłą w koronie muzeum jest ogromny posąg buddy – 50 kg złota rzeźba. Niegdyś to mieli rozmach… Wykonana de facto z mieszaniny stopów złota, srebra i brązu, została specjalnie przywieziona do kraju z państwa Khmerów przez króla Fa Nguma! Ale specjaliści, ja to oni szukając drugiego dna uważają, że sam posąg powstał jednak w I w. na Sri Lance.

Obchodzę dookoła gmach wpatrując się w białe ściany i jakby unoszącą się nad nimi ostro zakończoną wieżę. Charakterystyczny spadzisty dach kryje multum pomieszczeń. Jako, że kompleks otaczają otaczają ogrody i staw w liliami wodnymi, rozkoszują się chwilą.

Dziki wzrok smoków

Przechodzę ścieżkę w prawo, gdzie uwagę zwraca pomnik dostojnego Sisavong Vonga. “Nieco” grubawy jegomość pozdrawia mnie uniesioną ręką. Chociaż ja już ja wzrok wbijam już w widoczny za statuą biały budynek, z szerokimi brązowymi oknami. Wnętrze Królewskiego Teatru Baletowego, jakby zapraszało mieniącym się na czerwono chodnikiem, wyścielającym schody na górny pułap. Nie korzystam jednak, woląc położoną dokładnie naprzeciwko świątynię Haw Pha Bang. Niemal dotykająca muru, aż kipi złotem! Wmwyniku oślepiającego blasku mrużę oczy i ruszam kilkudziesięcioma schodami ku otwartym drzwiom. Dwa trójgłowe smoki po obu stronach schodów są idealną zapowiedzią bogactwa.

Trógłowe smoki pałacu w Luang Prabang Laos www.szlakiempodrozy.plTrójgłowe smoki pałacu w Luang Prabang; źródło: Flickr

Złote wzory pokrywają niemal każdy centymetr elewacji. Prawdopodobnie to najbardziej “przekombinowane zdobienia w mieście. Nawet na czerwonym suficie, po bokach, postanowiono doczepić wymyślne wykonane kształty. Przede wszystkim jednak mimo, iż miejsce jest święte, panuje tu olbrzymi gwar. Turyści to wychodzą, to wchodzą. Zwana potocznie kaplicą królewską świątynia powstała w 1963 r. do czego przyczynili się sami Laotańczycy, wpłacając datki.

Bilet: 30 tys LAK

Przyjemny spacer po Luang Prabang

Wnioskując po okolicy najciekawsze zabudowania można tu, w zasadzie, zobaczyć podczas… jednego spaceru. A to ze względu na zwarte rozmieszczenie zabytków, na półwyspie otoczonym przez rzeki Mekong i Nam Khan. Ja jednak wybieram na razie inną: opcję pora zobaczyć 47 tyś Luang Prabang z góry! Ruszam więc zdobyć wzgórze Phou Si. Wąska Sisavangvong Road zapełniona rzędem niskich, ledwie piętrowych budynków, sprawia jednak, że marsz spacer idzie mi dość topornie. Innymi słowy, co chwilę zatrzymuję się przy otwartych na oścież drzwiach. Za jednymi bucha dziwny zapach miejscowych potraw, inne obnażają kolorowe sklepiki z mnóstwem suwenirów.

Sprzedawca jednego ze sklepików upycha właśnie kolejne kartony z sokami na schodach, postanawiając chyba cały asortyment wyłożyć na zewnątrz. Jakby pomyślał: „A co mi będą ludzie po sklepie chodzić…” . Oczywiście, jak to w Azji, niedbale zaparkowane, a raczej rzucone jak popadnie skutery, tarasują chodnik. I tak, krok za krokiem za krokiem. Mały handel jednak kwitnie.

Sisavangvong Road Luang PRabang Laos www.szlakiempodrozy.plSisavangvong Road; źródło: Flickr

Wreszcie skręcam w prawo i choć wiem, że drogę obrałem dobrą, zastanawiam się ja to jest że zmierzam na wzgórze, a ulica… opada. No cóż…

Zatrzymuje się przy buddyjskiej Wat Siphoutthabath. Wchodzę do środka, stanowiącego, jak się okazuje, jedno pomieszczenie. Główny posąg przepasany jest jakby chustą, oczywiście w postaci pokrytego złotą farbą, częścią rzeźby. Na ziemi rozłożone są da dywany: czerwony z fioletowym, nieco się gryzą ale co tam. Po chwili marszu zerkam wiekowe zabudowania Świątyni Odcisku Stopu. Cały czas jednakże to, co najważniejsze, mam przed sobą…

Po trzystu stopniach

Gdy udaje mi się wdrapać na szczyt z wrażenia przysiadam na kamiennej ławce. A więc puknąłem te legendarne 300 stopni! Widok olśniewa, a że akurat mam szczęście i powiewa wiaterek, wszelkie zanieczyszczenia idealnie rozwiewa. Prawdopodobnie trafiłem idealnie gdyż teraz kręci się tu ledwie kilka osób. Wieczorami są tu prawdziwe tłumy. Prawie każdy chce zerknąć na niesamowitą scenerię zachodzącego słońca.

Widok z Phousi Hill Luang Prabang Laos www.szlakiempodrozy.plWidok z Phousi Hil; źródło: Flickr

Schodzę. Idzie mi już znacznie sprawniej. Nogi jakby same przez co kolejne 1,5 km szybko zlatuje. Trzymam się prawej strony drogi, przez co słyszę szumiącą w dole rzekę Nam Khan. Kolejna wąska droga, sprawiająca kierowcom problemy. Oni tak oszczędzają na asfalcie, czy co? Gąszcz zabudowań zajmują przed hostele i restauracje, w których zatrzymują się i stołują właśnie… Francuzi.

Zresztą część przodków dzisiejszych mieszkańców, paradoksalnie ma im sporo do zawdzięczenia. Gdy w 1893 r. Luang Prabang stało się częścią francuskiego protektoratu Indochin, zaczął się pełen spokoju okres w historii, czego dowodem okazałe zabudowania, cieszące oko do dziś. Ot, echo kolonialnej przeszłości. Odnajduję budowaną w początkach XIX w. Wat Chom Si. Cóż powiedzieć… wygląda „biednie” – ot białe ściany i mała wnęka z posągiem Buddy.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *