Liberdade – japońska enklawa Sao Paulo

Choć nazywana jest tutaj głównie dzielnicą japońską, nie do końca wszystko co mnie tu otacza, można wtłoczyć w typowo azjatycki charakter. Leżąca w samym sercu São Paulo Liberdade, to po prostu rejon opanowany przez przybyszy różnych krajów Dalekiego Wschodu.

Ruszam z Praça Dr. João Mendes kierując się na południe. Najeżone przejęciami dla pieszych uliczne skrzyżowanie zakorkowane jest do granic możliwości. Ryk silników i wyczuwalne w powietrzu spaliny sprawiają,że nie zastanawiając się długo zanurzam się w ul. 7 de Setembro. Wielkiej różnicy jednak nie odczuwam; dwa pasy szosy w jedną, dwa w drugą stronę sprawiają,czuję że o spokoju można tylko pomarzyć. No tak, ale przecież to cześć jednej z z największych metropolii świata…

Niespiesznie wchodzę w Rua Galvão Bueno, które od pierwszych metrów przenika swą „azjatyckością”. Spoglądam na dwie uliczne lampy w kształcie lampionów. No tak, zaczyna się…

A wszystko zaczęło się przypadkiem. Był 1953 r. gdy człowiek nazwiskiem Yoshikazu Tanaka otworzył na niej 5 p. gmach, w którym mieściła się restauracja, hotel i kino. Przypieczętowanie dominującej roli arterii nastąpiło, gdy brazylijskie władze rozpoczęły wysiedlenia Japończyków z Conde de Sarzedas i Rua Galvão Bueno przeobraziła się w centrum dzielnicy.

Lampiony w Liberdade, dzielnicy Sao Paulo www.szlakiempodrozy.pl

Lampiony w Liberdade, dzielnicy Sao Paulo

Jak to mówią: nigdy nie będzie drugiej okazji, by wywołać dobre pierwsze wrażenie. Tutaj chyba wzięto to sobie do serca, myślę spoglądając na kiczowate maskotki na wystawach. Wchodzę do klimatyzowanej hali targowej Emporio Azuki, wypełnionej orientalnymi produktami. Gdzieniegdzie z półek przezierają też tak „zwykłe” grzyby, ryby czy towary przemysłowe. Po chwili naprzeciwko dostrzegam jeden ze słynniejszych sklepów spożywczych w dzielnicy – Marukai Market. z półkami uginającymi się od owoców już przy wejściu. Robiąc jeszcze wielkie kółko wchodzę do domu handlowego SoGo Plaza.

Wracam z znane mi już rejony i przy kakofonii dźwięków pokonuję Viaduto Cidade de Osaka – most zakończony tradycyjną, czerwoną tori. Zatrzymuję się na chwilę przy ścianie, patrząc na graffiti, przedstawiającym wielką, górująca nad wieżowcami Godzillę. Mają rozmach… W zasadzie nachodzi mnie myśl, że mogę wracać. Niczego bardziej japońskiego tu już nie doświadczę.

Tori na Viaduto Cidade de Osaka Liberdade Sao Paulo www.szlakiempodrozy.plTori na Viaduto Cidade de Osaka; źródło: Flickr

Religijno-komercyjna ścieżka po Liberdade

Kolorowy rewir, pełen krzykliwych szyldów nieco daje odetchnąć, gdy przystaje przed konstrukcją której elewację stanowią jasne, wielkie kafelki i wysokie szklane okna. Drukowana czerwony napis: Emergencia” w postaci liter w 3D, jasno wskazuje charakter miejsca. Nowoczesna bryła Hospital Leforte Liberdade nijak nie pasuje do okolicy. Tuż obok na wysokości jakichś dwóch metrów wiszą poplątane kable, a na rozłożonych bezpośrednio na ziemi handlarze próbują wcisnąć mi skarpetki damską bluzkę.

Przyglądam się mijanym szyldom z dziwnie wyglądającym miksem portugalsko-japońskiego języka. To „Otica Kaori – japoński salon optyczny, to zaś „Restaurante Okinawa”. Czuję jak samoistnie przyspieszam, podążając opadającą ulicą. Podczas gdy ledwo co minąłem rozebrany stary gmach i walające się jeszcze na ziemi cegły, po chwili za ziejącą pustką dostrzegam nowoczesny wieżowiec z przyciemnianymi szybami.

Pod porozrywanymi już w części markizami na metrach sprzedawcy uwijając się w swych sklepikach sprzyjając warzywa o owoce. Prosta jak jak strzała ulica wypełniona jest handlarzami, których część żyje oferując namiastkę ojczyzny przodków dzisiejszym mieszkańcom Liberdade. Przypływające głównie z Kioto żyrandole, posągi i inne elementy wyposażenia domu, przeplatają się z kolorowymi suwenirami. Skoro dziś jest tu tak bogato, to co musiało się dziać 18 czerwca 1978? Okolica stała się wówczas miejscem świętowania 70. rocznicy przybycia pierwszych Japończyków na brazylijska ziemię.

Codzinność w Liberdade Sao Paulo www.szlakiempodrozy.plCodzienność w Liberdade; źródło: Flickr

Nagle zdają sobie sprawię, że to już tutaj. Skręcam w prawo, w Rua São Joaquim i gdzie tuż na rogu ulokowano budynek „Museu Histórico da Imigração Japonesa no Brasil”, zwane tu po prostu Muzeum Imigracji Japońskiej. Wkraczam do tego kulturalnego Karolewska po kolei obchodząc rozmieszone na trzech piętrach wystawy. A jest co oglądać. Odliczam 130 reali w gotówce i po chwili zanurzam się wśród 97 tys przedmiotów. Krok po kroku zerkam na kolejne fotografie i mikrofilmy, stare dokument i gazety. Na półkach w gablotach roi się od książek i czasopism. Wreszcie przystaję przez najwspanialszym eksponatem – pomniejszoną repliką statku, którym Japończycy przemierzyli Pacyfik. Jako, że nie jestem wielbicielem malarstwa nad obrazy przedkładam, coś bardziej namacalnego – urządzenia gospodarstwa domowego i narzędzie, które japońscy imigranci używali przez dziesiątki lat do pracy. Wreszcie, w murach działającej od 1978 placówki przystaję przed zbiorem tradycyjnego japońskiego kimona. Więcej tutaj.

“W 1779 w granicach Liberdade otwarto cmentarz, który stał się miejscem pochowku, dla tych na których wykonano właśnie wyroki śmierci. Funkcjonował on do 1858, kiedy to otwarto nowy – w dzielnicy Consolação.”

Po niemałej dawce kultury krzykliwe elewacje towarzyszą mi w dalszej drodze. Z całą mocą atakuje mnie krwisto czerwona kolor spożywczaka, żółta knajpa serwująca churros i błękitna ściana wydawnictwa Alca Con. Gdy mam wrażenie, że ów miks przewierci ma zaraz oczy dostrzegam kolejny budynek, niewysoki, do tego ciemnozielony. Tak sobie myślę, iż oto na na kilkudziesięciu metrach przeleciała mi przed oczami kolorystyczna esencja Brazylii, radosnej, bawiącej się, wiecznie uśmiechniętej…

Otrzeźwienie z tego błogiego stanu przychodzi gdy już po chwili. Latynoski temperament w połączeniu z buddyjskimi wierzeniami? Hmm, ciekawe połączenie. Przekonuję się o tym przed świątynią zen Busshinji (Templo Busshinji), przystając pod nr 285 na Rua São Joaquim. Brązowe drewno i pokrycie z ciemnych dachówek sprawia, że od budynku emanuje jakiś spokój. Nachodzi mnie refleksja, że widziałem już przecież tori, a nawet przepełnione dalekim Wschodem muzeum, ale dopiero tutaj rzeczywiście czuje na skórze oddech Japonii. A wszystko zaczęło się 1955 r. kiedy to do São Paulo do dopiero co założonej szkoły Sōtō Zen, przybył Rosen Takashina. Umocniona przez niego społeczność, gromadząca się jeszcze wtedy w innej lokalizacji, za sprawą kolejnego przewodnika duchowego nazwiskiem Ryohan Shingu, zaczęła zyskiwać w okolicy coraz więcej wyznawców. Wreszcie jego następca wielebny Daigyo Moriyama, który zszedł na brazylijski ląd w 1993 zbudował nowy obiekt i odtąd w każdą sobotę w pobliżu świątyni niósł się dźwięk bębnów.

Obracam się i naprzeciwko zwabia mnie Sede do Museu Mabe. Żółtej zdobiona siedziba wygląda doprawdy nielicho. Wszystko dzięki kunsztowi Giovanniego Battisty Bianchi, architekta przybyłego z Włoch. Projektując w 1911nieruchomośc wkrótce zajętą przez „Campos Salles College”. Łapię się na tym, że doceniając kunszt murów automatycznie błądzę myślami w początkach XX w. Tymczasem, pożar jaki stawił pierwotna budowlę sprawił, że to co widać dziś jest już odbudowaną konstrukcją, autorstwa projektanta Victora Hugo Mori. Wchodzę do środka wypełnionego obrazami, rzeźbami będącymi wizjami wyłącznie azjatyckich artystów. Zapuszczam żurawia do 250 osobowej sali, w której organizuje się tak przeróżne warsztaty, sympozja, pokazy filmów, spektakle teatralne czy kongresy.

Ale tak naprawdę kluczem do poznania okolicy jest wsiąknięcie w codzienne życie. Wyostrzam więc zmysły i ruszam Rua Conselheiro Furtado wracając w północne rejony dzielnicy. Spoglądam na wieżowce, idealny emanację tutejszego tłoku. Przecież owo największe dziś skupisko Japończyków, poza swym krajem, szacowane na 400 tyś ludzi, musi gdzieś mieszkać! Jedne jakby dopiero wyremontowane, inne już sfatygowanie wysokościowce rzucają nieco cienia z jednej strony szosy. Myślami odpływam jednak gdzieś daleko, w czasy kiedy po Azjatach nie było tu jeszcze śladu. Okazuje się bowiem, że z początku miejscowi dzielnicę zwali Bairro da Pólvora. Przekaz ten umocnił się gdy na działce na placu tej nazwie, w 1754 roku stanął ”Casa de Pólvora”.

“Dawniej dzielnica ta stanowiła swoiste peryferium miasta, łącząc je z Santo Amaro, osobnym miastem, wchłoniętym później przez rozrastające się brazylijską metropolię.”

Mijam „Tribunal de Justiça Estado São Paulo”, siedzibę jednego z wydziałów miejskiego sądu. Pokryte tagami kioski i blaszane drzwi małych sklepików idealnie korespondują w dziurawą powierzchnią chodnika. Wtem mija mnie autobus zostawiając za sobą smugę czarnego dymu. Przebiegam przez skrzyżowanie i za zabazgraną przez wandali obrzydliwym graffiti rogowym budynkiem, o dziwo lamowaniem przez pizzerię, doceniam kunszt typowego azjatyckiego daszku, tak charakterystycznie skierowanego ku górze. Złotawe litery na brązowym szyldzie głoszą iż to „Templo Loham Shaolin King Fu”. Buddyjski ośrodek chętnie odwiedzają pragnący pomedytować, skorzystać z naturalnych zabiegów azjatyckiej medycyny, czy zgłębić tajniki sztuk walk. Chińskie masaże, słynne ćwiczenia gimnastyki Qigong, buchanie smoczym ogniem nie raczej nie wciągnie, ale na ceremonię parzenia herbaty zajrzeć można. 

W paszczy brazylisjko-japońskiego lwa

Przemierzam most i po 300 m skręcam w prawo. Wieżowce, jakaś ledwo trzymająca się jeszcze kupy hala i te wszechobecne tu bazgroły, sprawiając że z chęci skręcam w prawo w Rua Santa Luzia. Perełka – to słowo najpełniej chyba oddaje wysublimowany wygląd Casa Renzini. Pierwszy rzut oka i już wiem, że Felisberto Ranzini doprawdy się postarał. Budując swój dom w ukończony w 1924 r. nadał mi florencki styl.

W wnętrzu zerkam na przepełnione obrazami ściany. Inne pomieszczania skrzą się drewnianymi panelami, zaś sufit jadalni zachwyca freskami z których przezierają kształtne rośliny. I pomyśleć jak niewiele się w im zmieniło od powstania. Wielki wkład mają w to jednak kolejne pokolenia rodziny, które Ranzini, którzy mieszkali w nim aż osiem dekad! Koto wie, jak skończył bu dom, gdyby przeszedł na własność miasta. Pewnie nieciekawie...

Casa Ranzini Liberdade Sao Paulo www.szlakiempodrozy.pl

Casa Ranzini; źródło: Wikipedia

Gdy po chwil skręcam w ul. Tabatinguera, wypominam nieco upiorną przeszłość, najeżoną wykonywanymi tu karami śmierci przez powieszenie. Stojącą niegdyś w granicy dzielnicy Se szubienicę, pewnego dnia 1604 r. przeniesiono nieco dalej na zachód, właśnie w granice Liberdade. Tak przez następne 66 lato tu doprowadzano skazańców, wykonując wyroki. Tak plac zyskał nazwę Largo da Liberdade, a wkrótce nazwą tą objęto całą dzielnicę. A’propos ul. Tabatinguera… Pod koniec XIX w. działała na niej tzw. Chácara Tabatinguera, czyli rezydencja należąca do bardzo majętnej rodziny nazwiskiem Lorena. Członkowie rodu, zapisali się w historii miasta, jako fundatorzy kaplicy Santa Luzia, która potem przeszła na własność miejscowej kurii.

Capela do Menino Jesus e Santa Luzia w dzielnicy Liberdade Sao Paulo www.szlakiempodrozy.pl

Capela do Menino Jesus e Santa Luzia w dzielnicy Liberdade; źródło: Flickr

Z tą nazwą dzielnicy, to zresztą jest niezły zamęt… Gdzie się przyłoży ucho tam poznać można inną historię. Jedni wspominają, że wywodzi się ona od powstania, jakie wywołali żołnierze oddziału dowodzonego przez Francisco José das Chagasai José Joaquima Cotindiby. Mundurowi, walczący wówczas o podniesienie pensji i domagający się równego traktowania żołnierzy brazylijskich i portugalskich podnieśli bunt i zaatakowali portugalski statek. Aresztowani za swój występek, wkrótce zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie. Tak właśnie Liberdade stanęła szubienica. 

Wykonanie wyroków zaplanowano na 20 września 1821. Po tym jak pozbawiono życia Contindibę, podczas egzekucji Chaguinhasa lina niespodziewanie pękła. Zebrani na placu ludzie zaczęli domagać się uwolnienia wojskowego, powołują się na sprzyjające mu siły boskie. Rządzący ani myśli jednak okazywać łaskę i tak skazańcowi ponownie założono pętlę na szyję. Ta zaś… ponownie pękła. Tłum ponownie począł domagać się uwolnienia, ale władze były głuche na nawoływania. Wyrok udało się wykonać dopiero za trzecim razem, choć i tym razem nie obyło się bez skandalu. Wiszący na linie wojskowy wciąż dający znaki życia, został więc zastrzelony.

Druga wersja znaczenia nazwy nie łączy się już z żadnym dramatycznym wydarzeniem i jest po po prostu wyrazem uznania dla zniesienia niewolnictwa.

Wątpliwą estetykę wysokich biurowców i domów mieszkalnych na samym końcu ulicy poprawia kościół Igreja Nossa Senhora da Boa Morte. Żółto-biała bryła kryje malutkie wnętrze, z dwoma rzędami prostopadle ustawionych ławek. Ale tak, po prawdzie, wzrok zatrzymuję jednie na ołtarzu:

Ołtarz w Igreja Nossa Senhora da Boa Morte Liberdade Sao Paulo www.szlakiempodrozy.pl

Ołtarz w Igreja Nossa Senhora da Boa Mortel źródło: Flickr

Z ul. Tabatinguera skręcam w prawo, stanowiącą już niemal zachodnią granicę dzielnicy. Avenida da Liberdade prócz knajpek stanowi drogę, którą spokojnie mogę nazwać wstępem do tutejszej kultury. W zaprojektowanej przez miejscowych rzeczywistości nie zaniedbano aspektu kulturalnego choćby dzięki Masahiko Maruyamie, który założył tu orkiestrę, która pierwszy koncert dała w marcu 1947. Potem rozpoczęto wiele działań na rynku wydawniczym i tak w 1946 i rok później na lokalnym rynku pojawiły się dwie gazety skierowane go japońskiej mniejszości. Wreszcie zaczęła działać księgarnia Livraria Sol – Taiyodo, która zajęła zabudowania na Praça da Liberdade 153.

Filtrując okolicę zatrzymuję spojrzenie na małym XIX w. Igreja Santa Cruz das Almas dos Enforcados. Półokrągły sufit, mieni się niebiesko-złotą kolorystyką ładnych fresków. Na obu bocznych ścianach kościoła Św. Krzyża widzę małe ołtarzyki poświęcone różnym świętym których firugki przyobleczone są w kolorowe szaty.

Wygląda na to że tolerancja religijna w Brazylii ma się dobrze. Katolickie świątynie widać mieszają się z buddyjskimi, które wznosili Japończycy. Był 18 czerwca 1908 roku gdy do portu Santos zawinął statek „Kasato Maru”. Chcący odmienić swoje życie na nowej ziemi schodząc z pokładu i błądząc w pierwszych dniach po wielkiej metropolii, wreszcie dotarli na Rua Conde de Sarzedas. Dziś ulica przypisana już do dzielnicy Se stała sie miejscem, gdzie zamieszkali owi niemający środków na wynajęcie mieszkań przybysze. Najmowani do nisko płatnych robót na plantacjach, zakwaterowali się w tanio udostępnionych im piwnicach.

“W 1932 r. obszar São Paulo zamieszkiwała juz 3 tyś populacja Japończyków, z czego ok. 600 z nicj zamieszkiwało Rua Conde de Sarzedas.”

Tak, dzień po dniu zaczęli zmianiać okolicę na swą modłę, otwierając hostele, sklepy, oraz małe firmy oferujące typowo japońskie towary w tym słynne tofu. Za tym poszły koeljne działania. Czując się coraz pewniej nowi mieszkańcy zaczęli przejawiać coraz większą odwagę, i tak 1914 dzielnicę ozdobił “Hotel Uej”, a rok później powstała japońska szkoła Taisho Shogakko. Zwani w Brazylii Nikkei, potomkowie pierwszych imigrantów z Japonii z czasem zajęli się innymi biznesami; otwarto biuro podróżny „tunbira”.

Kończąc obchód po dzielnicy słyszę jak japońscy fanatycy karaoke dają swój popis. Lata 80. i 90. spowodowały istny szał na tę formę rozrywki; jak grzyby po deszczu zaczęto więc otwierać kluby, z których gros przetrwało do dziś. Tak obok tori do dziś stanowią symbol Liberdade.

Załoczona dzielnica Liberdade w Sao Paulo www.szlakiempodrozy.pl

Zatłoczona dzielnica Liberdade; źródło: Wikipedia

Zajrzyj do Rio de Janeiro www.szlakiempodrozy.pl

Hej! Mam małą prośbę: jeśli spodobał Ci się tekst, może innych też zainteresuje. Proszę podziel się nim, udostępniając go na Facebooku, czy Twitterze. Możesz skorzystać z linków pod tytułem tego tekstu↑. Dziękuję!

 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments