San Francisco wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Klimatyczne San Francisco cz.I

Myślisz, że San Francisco to klimatyczne miejsce? Dziś przecież… niemal wszystko, jest „klimatyczne”. Tyle, że ja ruszam po mieście w poszukiwaniu prawdziwego klimatu, jednego z najbardziej ekscytujących miast świata.

Gdzie lepiej wczuć się w miasto, jak nie w miejscu historycznym? Jestem w dzielnicy biznesowej Financial District – ograniczonej przez Market Street, Kearny Street, Pacific Avenue i Embarcadero. Niby niewielka powierzchnia, ale gdyby zerknąć na stan konta tutejszych banków, można poczuć się jak nędzarz. Stoję właśnie na początku ulicy, od strony przystani. W słońcu migotliwym blaskiem lśnią wielkie biurowce. W ciągu minuty dokonuje się tu tylu transakcji, że gdybym zobaczył wyciąg pogubiłbym się w ilości zer. Ale coś nie daje mi spokoju… Wkraczam głębiej w okolicę. Maszerują nią wystrojeni w garnitury bankowcy. Ale część otoczenia do nich nie pasuje. Zastanawiam się o co chodzi? Poświata rzuca się na okolicę sprawiając, że mrużę oczy. Drapacze chmur, to nie jedyne obiekty, które dostrzegam! Są też, na pierwszy rzut oka, zupełnie nie pasujące tu gmachy, z lat 20. XX w.

W okowach pieniądza

Mam dziwne uczucie, jakby ulica była odarta z emocji. Być może zimna krew bankierów, jeden z ich atrybutów, zasilała tutejszy miejski krwiobieg? Przyglądam się temu szerokiemu bulwarowi, tak wytyczonemu, że biegnie pod kątem 36° względem innych ulic. Wyobrażam sobie, jak to było w przeszłości, gdy stawał się granicą dzielącą dwa światy. Na północ zakorzenili się bogaci, południe zostało ostoją biednych robotników. Zresztą z ulicami było tu w ogóle ciekawie… Wyznaczył je bowiem geodeta z Irlandii – Jasper O’Farrell powiększając siatkę ulic i wytyczając szeroką na 36 m Market Street. Przechodząca ukosem przez wcześniejsze trakty stała się dla mieszkańców miasta powodem… frustracji i klęcia.

Otoczony przez poruszający się tłum, czuję się niejako „doprowadzony” przed Shell Building. Na poziomie ulicy, w cieniu budynków działają ekskluzywne sklepy. Przystaję przed gmachem z 1929 r., w stylu art deco zerkając na słynne muszle. Ozdobiono nimi niemal cały gmach, ale cóż logo „musi być”. Tu muszę uwierzyć na słowo konstruktorom, bo zupełnie tego widzę. O co chodzi? Ano o to, że ten 29. piętrowy gmach zwęża się u góry potęgując efekt strzelistości. Być może tak, ale jak to dotrzeć, skoro dach majaczy gdzieś hen wysoko, 115 m wyżej?

Shell Building w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Shell Building w San Francisco; źródło: Flickr

„Gdy 1848 r. w okolicy odkryto złoża złota, w ciągu kilku miesięcy ludność liczona w setkach rozrosła się do 30 tysięcy! Ceny nieruchomości wystrzeliły w górę i do dziś nie chcą się obniżyć. Od początku II połowy XIX w. San Francisco, bogacące się na handlu złotem i srebrem ulokowało tu instytucje finansowe.”

Tutaj postanawiam zawrócić i nie marnować czasu na spacer ciągnącą się aż 7 km ulicą. Montgomery Street, jest już krótsza, a okoliczności jej powstania są przecież podobne. Ruszam pod prąd 4-pasmowej ulicy. Udaje mi się uniknąć podmuchów gorąca buchających z nagrzanego asfaltu, ale za to… nie mogę odpędzić się od wysokiej temperatury wydzielanej przez sunący w ślimaczym tempie sznur samochodów. Uciekam myślami do ciekawego faktu: otóż początkowo linia brzegowa oceanu sięgała właśnie tego miejsca. Postęp sprawił, że z czasem zaczęto wznosić tu nabrzeża. Co ciekawe usypywanie go przyniosło zakopanie… zatopionych tu statków.

Przystaję przed siedzibą Wells Fargo firmy, którą w 1852 r. założyli, ot zdziwienie: Henry Wells i William Fargo :). Świadcząc usługi bankowe, wypłacali pieniądze na Zachodzie USA. Tuż za skrzyżowaniem z Bush Street wpadam na 31 p. Russ Building. Choć powstał w 1927 r. zupełnie tego nie widać. Nowogotycki, całkiem przyjemny styl i kształt litery „E” jest jego wyznacznikiem. Swoją drogą ten kształt to chytry pomysł, mający zapewnić lepsze naturalne oświetlenie i wentylację. Wchodzę do środka zerknąć na parter. A tu: hol z inkrystowanymi podłogami, sklepienie z kamienia i drzwi do wind z brązu. Nie mój świat; ruszam więc dalej…

Z dobrodziejstwem inwentarza biorę obecność skrzyżowania z Bush Street. Przecież jest tu Mills Building! Nie mogę odmówić sobie zobaczenia pierwszego w mieście gmachu powstałego wyłącznie na stalowym szkielecie! Spoglądam na zewnętrzne ściany, a tu: marmur, terakota i cegły. Jakby tego było mało nad wejściem neoromański łuk. Ale nie zawsze tak pięknie wyglądał, oj nie… W 1906 r, to dzieło Daniela Burnhama, rozsypało się niemal w drobny mak, oczywiście za sprawą trzęsienia ziemi.

One Bush Plaza inaczej zwany Crown-Zellerbach Building. Dwa modernistyczne gmachy: zielony szklany wieżowiec i niski pawilon o okrągłym kształcie. Mało kto wie, że nie tylko mieszkańcy miasta czują dumę z jego powstania. Wyobraź sobie wielki kryzys lat. 20 XX w. Mieszkańcy USA zaciskają pasa. Wspomnij sobie relacje o skaczących z okna bankierach, patrzących jak w ciągu kilku minut z kont wyparowują miliardy dolarów, za które byli odpowiedzialni. A teraz przenieś się do okresu, w którym gospodarka wychodzi na prostą. Ludzi znowu stać na coraz droższe zakupy, niektórzy już nawet opływają w luksusy. Czy to nie najlepszy czas, by zamanifestować odrodzenie się Ameryki i samego San Francisco? Taka jest właśnie geneza One Bush Plaza, pierwszej wielkiej inwestycji budowlanej, ukończonej po Wielkim Kryzysie.

„San Francisco cechuje występowanie największej liczby wzniesień na świecie! Samo centrum położone jest na ma 43 wzgórzach; stąd tutejsze strome ulice miasta z nachyleniem ponad 43°.”

Pamiętacie Wells Fargo sprzed chwili? No to wyobraźcie sobie, że stoję teraz w muzeum historii tego banku! Na 420 Montgomery St. oglądam… dyliżans z l.60 XIX w. – replikę firmowego kantoru z samorodkami, pancernymi kuframi, którym można się przejechać, równocześnie słuchając ciekawych opowieści. Zabawiam się w telegrafistę, wysyłając istotną wiadomość, a potem także ekspresową paczkę, czuję się jak pracownik tej instytucji w połowie XIX w.

Dyliżans

Dyliżans; źródło: Flickr

Na skórze odczuwam przyjemny podmuch wiaterku. Leniwie porusza flagami osadzonymi, gdzieś na wysokości 6 metrów. A te są niemal na każdym budynku, zazwyczaj po dwie. Jedna amerykańska, druga z logo instytucji finansowej. Tak idąc, od flagi do flagi, docieram do Transamerica Pyramid. I muszę przyznać – przemawia do mnie swoją potęgą. Stojący tu od 1972, ma 260 m wysokości i liczy 48 pięter z iglicą. Wizja architekta Williama Pereiry tworzącego tu piramidę, zapewnia chodnikowi docieranie naturalnego światła słonecznego. Stoję bezpośrednio przed nim świdruję go oczami jak radar. Ale nic z tego… Nie dane mi jest zobaczyć wbudowanej tu płyty fundamentowej, odlanej z 30 tyś ton betonu. Wewnątrz umieszczono 500 km prętów zbrojeniowych!

Ale rejestruję, że ściany nachylone są pod kątem 85 stopni. Ciekawe czy rzeczywiście tych paneli z kruszywa kwarcowego jest tu 3 tysiące? Zaczynam liczyć: 1,2,3,4… Nie, nie ma to sensu… Wierzę na słowo. Co ciekawe nie stykają się ze sobą, by w razie wstrząsów mogły się przesuwać. To może okna policzę? Też lepiej nie, zanim dojdę do liczby 3678 zanudzę się na śmierć! To może chociaż zauważę, które to kondygnacje są najwyższe, a które najniższe, bo przecież mają różne wysokości! Ok, najwyższe 5. piętro mające 44×44 m, jeszcze ogarniam, ale najmniejsze – 48. piętro te mające tylko 14×14 m, to już jakaś abstrakcja. By zobaczyć iglicę odchodzę dalej. Może przyjdę tu nocą jeszcze, kiedy jest podświetlana i można dostrzec jej czubek na wysokości 65 metrów? W myślach przenoszę się do 1989 roku. Dziś stale jest monitorowany pod kątem odchylenia, ale wtedy, podczas trzęsienia ziemi wygiął się na wysokości dachu aż o 30 cm! Mimo to przetrwał. Dziś windy wyposażone w czujniki sejsmiczne w trakcie trzęsienia zatrzymują się na najbliższym piętrze, umożliwiając ludziom szybką ewakuację.

Transamerica Pyramid San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Transamerica Pyramid San Francisco; źródło: Flickr

Gdzie jak gdzie, ale w San Francisco nie mogło zabraknąć California Street. Stolica stanu – to idealne ucieleśnienie jego bogactwa. Biorę na celownik ulicę, wiedząc że i tak nie zobaczę całej. Prawie 9 km arteria, ciągnie się prawie przez całe miasto! Tak zawsze wyobrażam sobie Amerykę! Szerokie ulice, na których pokonanie długości pasów dla pieszych to spore wyzwanie. Chciało by się zobaczyć kiedyś jak płatki śniegu oplatają tutejsze trotuary, ale wiem, że nawet gdybym spędził tu całą ziemię byłoby mi to trudno się tym zjawiskiem nacieszyć. Klimat w mieście jest umiarkowany, roczne temperatury oscylują wokół 4-27 stopni C i choć spadają poniżej zera, to jednak wielkiej zimy tu nie uświadczę.

Kolejne drapacze chmur mijam szybko. Kręcę tylko głową, by zapamiętać choćby różne odcienie mijanych fasad. Podnosząc głowę przypominam sobie, że niedawno władze przegłosowały zakaz stosowania kamer do monitoringu z funkcją rozpoznawania twarzy uznając, że ich funkcjonowanie godzi w prawa człowieka. Ciekawe…

Tymczasem patrzę jak brąz przeplata się tu z kolorem kremowym. Na chwilę moją uwagę przyciąga „Bank of California Building” o greko-romańskim stylu, a zarazem idealny przykład brutalizmu. Adres 400 California Street mieścił założony w 1864 przez Williama Ralstona i Dariusza Millsa bank. Szczególnie poszczęściło się temu pierwszemu – zainwestował wcześniej w eksploatację żyły złota Camstock, a potem założył pierwszą w mieście hutę żelaza. Siedzibę banku z 1907 podtrzymują kolumny korynckie, wewnątrz są marmury, a w podziemiach działa „Museum of Money of the American West” – Muzeum Pieniądza Zachodniej Ameryki.

Dwa adresy przy California St. mnie jeszcze nęcą. Zresztą, potrzeba niezłej ekwilibrystyki umysłu, by w ogóle pojąć dlaczego ich oficjalny adres to właśnie ta ulica, skoro stoją przy Pine Street. Ale skoro tak wolą… ”Bank of America Center” pod nr 555, już na samym starcie wywołuje ciekawość. Nazwa przetrwała bowiem mimo, że nie jest już on siedzibą owej instytucji Wzniesiony w 1969 rzuca akurat malutki cień na skrzyżowanie wspomnianej Pine St, z Kearny St. Mimo, że słońce świeci ostrzej, w cieniu można zadrzeć głowę i zmierzyć wzrokiem 52 kondygnacje o wysokości 237 m. Biura pochłaniają tu 186 tyś m2 pow., pracuje w nim 5 tyś ludzi. Na dole spoglądam na granitową rzeźbę „Transcendencja” japońskiego twórcy Masayukiego Nagare. Próbuję sobie przypomnieć słynny film „Płonący wieżowiec”. Przecież widziałem go i to zdaje się, że nie raz. Skąd to skojarzenie? Bo to właśnie tu kręcono w 1974 ten słynny film!

No dobrze, ale co z samą firmą? Ano „Bank of America” założył… Włoch Amadeo P. Giannini w 1904, by dać włoskim imigrantom szanse na zaistnienie w Nowym Świecie. Amerykańskie banki nie obsługiwały ich wcześniej, przez niskie dochody. Włoch był tak przywiązany do swych rodaków, że w 1906 po trzęsieniu ziemi, osobiście wynosił w skrzyniach ich oszczędności, ratując ich dobytek!

Bank of America San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Bank of America San Francisco; źródło: Wikipedia

Choć California Street się tu jeszcze nie kończy, to opuszczam tę sekcję. Co mi do domach mieszkalnych, rozciągający się tu dalej na zachód. Wolę udać się na Jackson Square, bo tam…

Pora na złoto

Wyobraź sobie czasy gorączki złota. Pada ulewny deszcz. Ziemia już dawno zmieniła konsystencję na błątnistą maź. Ludzie stojąc rzędem, nie mogą doczekać się, aż zostaną obsłużeni. Nasila się niecierpliwość. Strugi wody leją się na głowy szczęściarzy, którym udało się wypłukać drogocenne samorodki. Tak niejednokrotnie wyglądał tutejszy krajobraz. Jackson Square był bowiem centralnym miejscem ważenia odnalezionych grudek złota. Tak powstała najstarsza dzielnica handlowa San Francisco, w XIX w. zwana Barbary Coast – czyli Wybrzeżem Berberyjskim, bastionem afrykańskich piratów.

W to małe poletko idealnie wkomponowała się Pacific Avenue. Wąska arteria, dziś już bez dawnej magii. W przeszłości ściągała z oddających się z lubością uciechom cielesnym. Jak ja chciałem pobyć właśnie na takiej, typowej tu ulicy…. Nie, nie… Źle mnie zrozumieliście. Nie chodzi o wspomnianą, dawną „działalność”, ale sposób w jaki została poprowadzona. Sunąc na jedno z licznych tutejszych wzniesień, wyczuwam jedną legendarnych stromizn. Oto prawdziwe San Francisco!

A awacając do przeszłości… Okolica znana była ze spelunek i saloonów o wdzięczych nazwach: „Kostnica”, czy „Diabelska Kuchnia”. Do dziś o przeszłości przypomina stara knajpa „Hippodrome” na 555 Pacific Ave, która w fasadzie wciąż ma… płaskorzeźby z biuściatymi panienkami. Gdy w 1908 na rogu Pacific Ave i Kearny Street otwarto gejowski pub, władze nie wytrzymały i… po 1913 zaczęły eksmitować niechlubne przybytki. Nowe życie tchnęli tutaj twórcy, którzy z uwagi na kryzys lat 30. i obniżkę cen nieruchomości mogli pozwolić sobie na kupno domów i mieszkań. Tak zjawili się tu dekoratorzy wnętrz i specjaliści od wzornictwa przeobrażając to miejsce.

Montgomery Street – jedna z przebiegających przez dzielnicę arterii, zachwyca mnie ceglanymi zadbudowaniami. Choćby budynkiem pod nr 722, w którym od 1851 działała turecka łaźnia. Ale nie tylko ona, bo mieściła się tu też siedziba licytatora, teatru i prawnika Melvina Belli. To dopiero było indywiduum… Za każdym razem po wygranej sprawie informował tym otoczenie… wywieszając piracką flagę!

Przemierzam ulice w poszukiwaniu dalszych tajemnic. Ruszam tropem zaparkowanych na poboczach samochodów, ciesząc się, że wałęsając się tu w tak upalny dzień nie muszę wsiadać za kółko do rozgrzanego wnętrza pojazdu. Choć temperatura i tak sprawia, że szukam wytchnienia. Idealne miejsce? Ceglany dom pod nr 728 z 1854 roku. Jaką to może skrywać niespodziankę? Był 1849 r., gdy na pozbawionym jeszcze zabudowań placu po raz pierwszy spotkali się członkowie loży masońskiej inaugurując jej działalność w mieście.

„San Francisco to jedno z niewielu wielkich miast świata, które ma bardzo mało źródeł słodkiej wody – nie przepływa przez nie żadna duża rzeka. Jednocześnie w mieście jest aż 1500 hydrantów!”

Na rogu Montgomery St. z Jackson St. 472 spoglądam na dawny konsulat Francji z 1852 r. z ciekawą ceglaną elewacją i przeciwpożarowymi metalowymi okiennicami. Nieco dalej w utrzymanym w podobnej aranżacji gmachu, pod nr 415 w 1853 powstała pierwsza wytwórnia czekolady założona przez Domingo Ghirardeliego.

A teraz uwaga! Licząca nieco ponad… 20 metrów Balance St. jest tak niepozorna, że jej zauważenie granicy z cudem. A nie wolno jej pominąć! No bo jak to? Nie stanąć w miejscu, gdzie jak mówią ludzie, zatopiono statek podczas zasypywania zatoki?! Jeśli ktoś lubi historie związane z hotelami, nie może też pominąć Hotel Palace i Hotel Hyatt Regency.

Podchodząc do San Francisco metodycznie należało by jeszcze poznać:

  • Embarcadero Center – cztery 30. i 45. piętrowe wieżowce zespolone kładkami; dziwło pracowni John Portman and Associated; sfinansowane częściowo przez słynnego Davida Rockefellera – powstały w l.1967-82
  • Justin Herman Plaza – obleganą przez deskorolkarzy
  • Hallidie Building – projektu Willa Polka z 1917; gdzie po raz pierwszy użyto szklanej ściany kurtynowej… wywołując szok. Fasadę tworzą tu szklane tafle, a całość nazwano go na cześć twórcy tramwaju linowego
  • Pacific Exchange – kiedyś siedzibę drugiej co do wielkości giełdy świata, po nowojorskiej Gmach powstał w 1915; ma dobudowany w 1930 kolumnowy hol, w którym króluje granit.

 

Union Square San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Tramwajowe Nobb Hill

Tłum ogarnęło ogromne poruszenie. Ludzie w dotąd niemal pustej okolicy, pojawili się jakby znikąd. Wjedzie, czy nie da rady? – dało się słyszeć wśród gapiów. Był 1837 rok i właśnie wielkie wydarzenie rozgrywało się na oczach ludzi. Wreszcie tramwaj pokonał stromy podjazd, zatrzymując się na szczycie wzgórza.

Tak Nobb Hill stało się oazą majętnych mieszkańców San Francisco czekających na ostateczny dowód, na to, że warto się tu osiedlić. Dziś i ja pokonuję tę trasę. Jaka szkoda, że nie dane mi jest zerknąć na dawne rezydencje! Jak choćby ta we włoskim stylu Lelanda Stanforda z 1876, czy stojąca niegdyś tuż płotem wspaniała willa z neogotyckimi wieżyczkami – własność Marka Hopkinsa. Nie wspominając już o domu James’a Fair’a i James’a Flood’a właścicieli kopalni Consolidatet Virgnini. Wszystkie dumnie prezentowały się do wielkiego pożaru w 1906, kiedy po drewnianych rezydencjach został tylko popiół. Tylko willa Flood’a przetrwała – jedyna bodaj z piaskowca, dziś mieszcząca klub Pacific Union przy California Street.

„Wielka Czwórka” z San Franscisco – kupcy z Sacramento Lelenad Stanford, Mark Hopkins, Charles Crocker i Collis P. Hutington, to jedni z najlepszych biznesmenów w dziejach USA! Przez firmę Central Pacific Railrad (potem Southern Pacific) w 1869, wzięli udział w budowie transkontynentalnej linii kolejowej. Wkrótce potem przedsiębiorcy stali się ogromnie wpływowi będąc panami nie tylko transportu, ale też wpływali na politykę Kalifornii. Wszyscy mieszkali w rezydencjach na Nobb Hill.”

Wiejący mi w plecy wiatr, jaki się właśnie wzmógł, tylko pomaga mi w dotarciu do celu. I oto jestem. Spoglądam na Katedrę Łaski Bożej – Grace Cathedral i od razu zdaję sobie sprawę, że ma w sobie jakiś dziwny magnetyzm. Może to Jones St., jedna z tych ulic, która gwałtownie się tu wznosi/opada. Patrzę na świątynię, a tu wyższe ściany wzniesiono na dole i w miarę podnoszenia się terenu, mury zewnętrze są coraz niższe. Rozglądam się czy trafiłem na odpowiednią porę. Jest ranek więc może się jeszcze załapię… Codziennie rano pod katedrą dochodzi bowiem do ciekawego „przedstawienia” – miejsce zapełnia się miłośnikami „tai-chi”, a zarazem mieszkańcami pobliskiej Chinatown.

Spoglądam na brązową elewację, próbując ogarnąć całość. Dosyć to trudne, przecież to 3. największa katedra episkopalna w USA! Długa na 100 m, ma wieżę sięgającą 75 m wysokości. Przypominam sobie, że wedle wizji budowniczych miała przypominać paryską Notre Dame. Po wejściu bocznymi drzwiami przeżywam szok. „Ciemność, widzę ciemność” – mroczny korytarz prowadzi do małych kapliczek

Postanawiam wyjść i spojrzeć od frontu na tę budowaną 36 lat, począwszy od 1928, świątynię. Co cieklawe nie użyto tu cegieł, jak było z zwyczaju, a zbrojonego betonu. Niby niezbyt pasującego do takiego miejsca, ale tu priorytetem było bezpieczeństwo, wszak trzęsienia ziemi… Pokonując powoli schody zmierza,, głównym wejściem do środka. Zanim popchnę drzwi o masie 2,75 tony i zniknę w środku spoglądam na umieszczoną nad nimi rozetę, żywcem wyjętą z Chartres.

Zaraz po wejściu odwracam się i szukam wzrokiem umieszczonego na chórze instrumentu. Organy o 1422 piszczałkach zabudowane są jasnym drewnem. Na lewo od głównego ołtarza, widzę kaplicę Łaski Bożej (Chapel of Grace) z blokiem ołtarzowym z francuskiego wapienia z 1430 r. A nim flamandzkie retabulum z przełomu XV i XVI w. ściągnięte z opactwa Hambye w Normandii. Wracam do główej nawy wpatrując się w witraże Charlesa Cinnicka z 1930, stworzone z 20 tyś kawałków barwnego szkła! Co za misterna robota! Przed głównym wyjściem zerkam na podłogowy labirynt, mający symbolizować pielgrzymkę. Gdyby jeszcze dzwony zechciały przemówić! Żwawo bijące, w dzwonnicy Singing Tower i carillonem na 44 dzwony, ważą od 5,5 do 6 ton!

Grace Cathedral San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Grace Cathedral San Francisco, źródło: Flickr

A jeszcze domek przed katedrą! Ciekawa historia… Otóż przedsiębiorca pogrzebowy Nicolas Yung jako jeden z nielicznych odmówił Charlesowi Crockerowi – magnatowi kolejowemu sprzedaży swego terenu. Ten z zemście nakazał otoczyć domek 9-metrowym płotem. Mimo to Yung nie dał się złamać… Działkę przejęli dopiero w 1880 roku spadkobiercy Crockera, już po śmierci Yunga.

Klub Pacific Union San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Klub Pacific Union, źródło: Flickr

Ledwie dwie minuty zajmuje mi dotarcie okazałego Klub Pacific Union. To 42-pokojowa rezydencja, którą w 1886 wzniósł James Flood, tzw. król srebra. Wydał na nią 1,5 miliona $, co więcej dodatkowo przeznaczając aż 30 tys $ na ogrodzenie z brązu, zatrudniając na stały etat pracownika odpowiedzialnego za… jego polerowanie! To się nazywa mieć bzika… Nic dziwnego, że mury z brązowego piaskowca sprowadzonego specjalnie z Connecticut, uratowały rezydecję od spłonięcia… W 1907 dom kupił klub Pacific Union, którego członkiem był architekt William Polk. Dobudował dwa skrzydła i wówczas można było tu urządzić basen. Klub jest zamknięty dla postronnych i nie można go zwiedzać. Wstęp do niego mają tylko mężczyźni – oczywiście majętni i wpływowi z kręgów zarówno przemysłowych jak i politycznych. Mnie to raczej nie grozi….

Ku zwrotnicy

Opuszczam Nobb Hill; pora nieco odetchnąć. Jako, że pogoda temu sprzyja i kto wie, czy na termometrze nie pojawi się 27 kresek powyżej zera – co tutaj uchodzi na upał! – postanawiam, że idealnym celem jest Park Union Square. Pewnie niejeden się oburzy, za nazwanie tego skrawka parkiem. No, rzeczywiście może niezbyt fortunne określenie na to kilka palm i drzewek. Przysiadam na ławce przywołując w pamięci, co też wiąże się z tym miejscem. A było tak: gdy projektowano okolicę w 1847, Jasper O’Farrell ulokował tu hektarowy zieleniec. Co więcej, jego nazwę zaczerpnięto od wieców, organizowanych przez prounijną stroną konfliktu wojny secesyjnej. Jakby tego było mało, wojskowa namiastkę stanowi pomnik admirała George’a Deweya, dowódcy zwycięskiej armii USA w walce z Hiszpanią w 1898 z zatoce Manili. Ale to nie jedyne tajemnice związane są z parkiem! Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że już 1942 pod placem utworzono pierwszy podziemny garaż!

„Czy Majowie mają wspólnego z San Francisco? A czy mają coś wspólnego ze… stomatologią? Otóż okazuje się , że tak. Na 450 Sutter St., w wieżowcu w stylu art deco, działa wielkie centrum stomatologiczne „Medical and Dental Building”. A co do tego mają Majowie? Tyle, jego fasadę prócz złoceń, zdobią elementy z motywami tej rdzennej amerykańskiej cywilizacji.”

Tak „bujając się” ulicami jednego z większych miast Kalifornii naszło mnie następujące pytanie: co robią mieszkańcy, gdy miasto zalewają strugi deszczu, zwłaszcza od listopada do marca? Jeśli, nomen omen, w przypływie chwili chcą poczuć moc kultury chyba odwiedzają Teatr Geary. Warto tu zajrzeć nie tylko na wystawy, ale z jeszcze jednego powodu. Mianowicie… drzwi wejściowych, robiących niesamowite wrażenie swymi zdobieniami. Ceramiczne panele i maski w stylu komediowym i tragicznym to jednak nic. Mnie szczególnie podoba się, jak wkomponowano tu w fasadę kolumny. Istna poezja architektury…

Geary Theatre San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Geary Theatre; źródło: Flickr

O czym to ja zapomniałem? Ruszając dalej szukam w zakamarkach pamięci czegoś ważnego. Mam! Muszę zobaczyć Powell Street! W tłumie kupujących, co chwilę widzę… podobnych do siebie. Nie, nie moich sobowtórów, ale zafascynowanych tutejszymi tramwajami 🙂 Co chwila przystają, wyciągając aparat i robiąc zdjęcie przejeżdżającemu właśnie pięknemu wagonowi. I to właśnie dzięki nim na ulica stała się sławna!

Wprowadzeniem do ulicy jest z tej strony ręczna obrotnica tramwajowa, umożliwiająca zwrot wagonu o 180° i tym samym zmianę kierunku jazdy wagonu, który przystosowano do jazdy tylko w jedną stronę. Tak więc, nie używa się tu znanych w Polsce pętli umożliwiających zakręcanie. Niesamowite miejsce zwane Cable Car; wydawało by się zwykłe drewniane koło.

Cable Car San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Cable Car San Francisco; źródło: Flickr

Powell Street – królestwo pięknie odnowionych kamienic. Ich różnorodność aż bije po oczach. Widzę więc klasyczne, ozdobione fasady, ale też wplecione w zabudowę zewnętrzne schody. Po chwili przyglądam się kolorowemu muralowi. Zatrzymuję się na chwilę przy Hotelu Westin St. Francis by zerknąć na kolumny i zwisającą niemal nieruchomo amerykańska flagę. Kończę spacer na nabrzeżu, mając nadzieję, że kolejne ulice będą miały również tyle magii.

W chińskim świecie

Przekraczam zieloną bramę na Grant Avenue i wchodzę do innego świata. Jednej z legendarnych dzielnic miasta, a zarazem w jeden z najstarszych chińskich rewirów w Ameryce Północnej! Teoria mówi, że dzielnica to kwadrat otoczony ul. Bush, Brodway, Powell i Kearny. W praktyce, to jakby konglomerat mniejszych części, zamieszkany przez Chińczyków.

Emocje we mnie aż kipią, gdy staję przed najbardziej adekwatnym obiektem, jaki mógł się tutaj znaleźć. Smocza Brama (Dragon’s Gate), co ciekawe jest darem rządu… Tajwanu. Podchodzę bliżej by „przeczytać” umieszczony tu napis – zdanie Sun Yat-sena: „Wszystko, co pod niebem, jest pokarmem dla ludu.” No, ale „czytaniem” jest ciężko, skoro wszystko zapisane jest chińskimi szlaczkami… Co chwilę bocznymi przejściami i główną częścią przechodzą ludzie. Doprawdy różni… Są więc chińscy Amerykanie, biali… A propos, tak oryginalna konstrukcja miała swoje „zasady użytkowania”. Środkiem przechodzili niegdyś dostojnicy, zaś bocznych wejść pilnowały tzw. fou – kamienne smoki. I tak stoją od 1970, kiedy uroczystość otwarcia 18 października, przyciągnęła tłumy chińskiej mniejszości. Skoro stanowi namiastkę Chin w odległym San Francisco, nie dziwi mnie, że widzę jeden z najważniejszych chińskich symboli: smoki i ryby. No i oczywiście brama zbudowana jest zgodnie z zasadami feng shui, czyli zwrócona jest na południe.

Dragon's Gate San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Dragon’s Gate San Francisco; źródło: Flickr

Nie wiem czemu mnie to dziwi, ale już po paru metrach natykam się na sklep z pamiątkami. Zastanawiam się co też sobie kupić: magnes, a może tablicę rejestracyjną? Są też koszulki i lampiony. Wszystko pewnie, nomen omen… chińszczyzna. A przecież nie zawsze tak było… Podczas wytycznia Grant Avenue otrzymała nazwę Calle de la Fundacion. Wówczas to nie imigranci z Chin nią zawładnęli, a Meksykanie tworząc tu główny trakt słynnej osady Yerba Buena. Nic dziwnego, że to najstarsza ulica w mieście! Ale to jedyny latynoski akcent w okolicy. Idę dalej wpatrując się w latarnie, gdzie znów atakują mnie motywy chińskie – smoki z trzymanymi w paszczy czerwonymi lampionami.

Dragon's Gate San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Kolory Chinatown w San Francisco Flickr

Ciekawe ile pieniędzy przechodzi dziennie przez tutejsze sklepy? Szczególnie, że niemal co trzeci to jubiler. Staję na skrzyżowaniu z California St. i wpadam w lekką konsternację. Jeśli już spodziewałem się świątyni, to raczej jakiejś buddyjskiej. Tymczasem chmury, jakie właśnie zebrały się na niebie, ułatwiają spojrzenie w górę na Dai Choong Low, czyli Wieżę Wielkiego Dzwonu. Ale jak to, to przecież zwykły kościół Matki Bożej (Old St. Mary’s Church)? Przyznam, że trąci to lekko niespójnością. Ale jego historia brzmi tak: kiedy go konsekrowano w 1854 był pierwszą katedrą w San Francisco i największym budynkiem Kalifornii. W trakcie budowy wzorowano się na gotyckiej świątyni w Vich w Hiszpanii. Katedra pełniła swą rolę do 1891. A kiedy powstała nowa, ulokowana w mniej „grzesznej” okolicy, tę zdegradowano do roli zwykłego kościoła.

„Komunikacja miejska oparta jest na sieci Muni, szybkiej kolei miejskiej BART, zabytkowych tramwajach i trolejbusach z l.50 XX w.”

Wkraczam ponownie w chiński świat, w którym prym wiodą czerwone lampiony zwisające z… przewodów elektrycznych? Ależ oczywiście! Po co niepotrzebnie rozciągać linki, skoro można i tak. Czuję zapach chińskich potraw, które drażnią mój węch sporą dozą przypraw. W oczy rzucają mi się kolejne sklepiki ze świecidełkami, biżuterią i jedwabnymi szlafrokami. Wiecie jak smakuje prawdziwa chińska herbata? Tu macie okazję jej spróbować, w najbardziej popularnej herbaciarni tej części świata! W Ten Ren Tea Company of San Francisco, pod nr 949. Jako, że samą herbatą się nie wzmocnię wpadam po chińskie ciasteczka z wróżbą.

Wielu z mijanych po drodze imigrantów przybyło niedawno. Mogę się o tym przekonać próbując spytać jednego z nich o drogę. Zatrzymany mężczyzna spogląda na mnie jak kosmitę, wymachując rękami… Nie zna angielskiego…. Pewnie pracuje gdzieś za grosze, wykonując najmniej płatne zajęcia. Tak właśnie tu jest.Jedni sobie jakoś radzą, prowadząc małe biznesy, a reszta ledwo wiąże koniec z końcem…

Cofam się w czasie do lat 1846–47. Nad terenem władzę sprawują Meksykanie, zwąc swą osadę Yerba Buena. Jednocześnie wspomagam się scenami z amerykańskich filmów, których tematem przewodnim była gorączka złota. Tak jak wówczas na ekranie, tak i dawniej tu, jak grzyby po deszczu wyrastały saloony. O przeszłości miasta przypomina jeszcze mały galeon z żaglami – model statku Hispaniola, żaglowca znanego z „Wyspy Skarbów” Stevensona.

Wracam na dzisiejszą Stockton Street. Ludzie okupują knajpki, zajadając chińskie specjały. Inni robią zakupy. Pod nr 84 stoi podobizna pagody – siedziba Chinese Six Companies, które w l.50 XIX w. zjednoczyło wszystkie chińskie organizacje. Jak się to popularnie mówi: „dla dobra wspólnego”. Nieco dalej natykam się na świątynię Kong Chow poświęconą… generałowi Kuanowi Ti (855 Stockton). Skręcam Washington Street, ulicę tak wąską, że przejechać może tu naraz tylko jeden samochód. Ale jak może być inaczej, skoro po obu jej stronach rzędem zaparkowano Lexusy, Fordy i dostawczaki. Niecodzienna mieszanka… W takim entourage’u docieram do numeru 732, czyli starej chińskiej centrali telefonicznej w… czerwono-zielonej pagodzie. Dziś miejsce, w którym łączono połączenia telefoniczne, mieści bank. Cóż, znak czasów…

Do Chinatown z sentymentem wracają chińscy mieszkańcy innych dzielnic miasta. Ściągają ich prawdziwe narodowe produkty – pędy bambusa, groch cukrowy i inne specjały kuchni. Przysiadają by poczytać rodzime gazety, pooglądać chińskie filmy i spędzić rodzinnie czas. A potem, wracają do swych lepiej ulokowanych domów i mieszkań.

War Memorial Veterans Building San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Waverly Place; źródło: Flickr

I jeszcze ostatnia przecznica – Waverly Place. Zwie się ją tu „Ulicą Malowanych Balkonów”. Niedługa, ale z balustradami pokrytymi czerwienią, żółcią i zielenią. Dawniej miejscowi określali ją mianem „piętnastocentowej„ z uwagi na to, że właśnie tyle kosztowała usługa strzyżenia u tutejszych, chińskich fryzjerów. Po pożarze z 1906 wiele się tu zmieniło. Pojawiły się edwardiańskie domy ze sklepami i mieszkaniami, a na najwyższych piętrach otwarto… świątynie. Jedną z nich – Tin How choć założoną w 1852 r., przeniesiono tu w 1911. Wchodzę do środka i spoglądam na lampiony. W powietrzu czuję zapach kadzidła. Na ziemi stoi złoty posąg, ściągnięty z Chin w 1848. Jako, że świątynia poświęcona jest bogini nieba i morza Tin How przedstawia właśnie tę postać. Podchodzę do głównego ołtarza, zerkam jeszcze na scenki z życia Konfucjusza. Zanim wyjdę z chińskich szponów, zaglądam do bocznych kaplic. Może jakoś tutejsi bogowie wyprowadzą mnie z gąszczu uliczek Chinatown…

Spacer po North Beach

Stoję na nabrzeżu, czując jak mocny wiatr coraz bardziej spycha mnie w kierunku wody. Podmuchy wciskają mnie w drewniane belki. Oto dzielnica, która upatrzyli sobie szczególnie Włosi. Idę posmakować wina z Italii, chłonąc nosem zapachy włoskiej kuchni. W powietrzu rozlega się wesoła melodia, ze słowami, a jakże radosnej, wielkiej i prawdziwej „amore”.

„Jeśli szukasz w North Beach plaży, to… nigdzie nie idź, bo jej tu nie ma! Wszystko za sprawą lat 70. XIX w. kiedy to linię brzegową wyrównano zasypując zatoczki. Tak powstała przemysłowa część dzielnicy.”

Wpadam od północnej strony w Columbus Avenue. Pamiętacie te zagadki polegające na odnalezieniu niepasującego elementu? Mam wrażenie, że nieświadomie właśnie biorę w niej udział. Wszystkie ulice tej części dzielnicy biegną klasycznie, ale ta od wytyczenia w 1872 ciągnie się ukosem – od kwartałów biznesowych do nabrzeży.

Nie wiem, czy mam tyle wyobraźni, by przywołać obraz wpływających tu do portu, w połowie XIX w. statków. Myślę, jak to było… Biedni imigranci, z małą walizką przybywają chcąc przeżyć swój „american dream”. Tylko z kim się tu porozumieć, skoro obok stoją europejczycy z Francji, Irlandii, Niemiec, Hiszpanii i Portugalii. Wśród tłumów przewijają się też Chilijczycy i Peruwiańczycy. I to właśnie oni pierwsi założyli swą dzielnicę – latynoską. Włosi nie chcąc być gorsi, budują swą Little Italy. Ale gdy przybyło im w portfelach, zapragnęli życia w lepszych okolicach, a ich miejsce zajęli tzw. beatnicy. Tworząc poezję, popijali wino i espresso, gardząc jakąkolwiek władzą i wspierając odmienność rasową. Pełny luz! San Francisco jako ostoja wolności i tolerancji, była dla nich „ziemią obiecaną”.

A skoro już o espresso mowa… Będąc w North Beach trzeba się napić kawy i basta! Rytuał jej smakowania jest tu zakorzeniony od wieków. Lubiąc włoski smak kawy zaglądam do „Vesuvio Cafe” działającej od 1949, gdzie na ścianach widzę obrazy lokalnych artystów. Interesujące są tu nazwy lóż: „John Wilkes Booth” i „Pani Psychiatra”. Wstępuję też do „Tosca Cafe”, jeszcze starszej niż poprzednia, z 1919. Od razu rzuca mi się w uszy tutejsza specjalność – serwowane z maszyny grającej kawałki… oper. Komu mało kawowej uczty może spróbować jeszcze wizyt w „Caffe Greco” działająca od 1989, „Caffe Puccini”, „Caffe Trieste” otwartej w 1956 oraz „Caffe Roma” – tu zaś wypalają własne ziarna kawy!

„Najlepiej North Beach odwiedzić późnym wieczorem, kiedy to otwierają się lokale, a na ulicach rozbrzmiewa muzyka.”

W oddali morskiej piany, piętrzącej się na nabrzeżu jest zieleniec. Washington Square, mały owal zasianej trawy jest miejscem gdzie czuję historię. A wszystko przez pomniki. Ten Benjamina Franklina na środku jest z brązu; stoi od od 1879. Ale to nie on, a umieszczona pod nim kapsuła czasu, która ma zostać otwarta po 200 latach – w 2079 roku, budzi największe emocje. W środku jest butelka wina, para levisów i wiersz Ferlinghettiego. Wśród cyprysów i platanów słucham włoskiego. Ławki zajmują potomkowie Włochów, wciąż porozumiewających się własną odmianą języka przodków. Widzę spacerowiczów, sportowców i rozłożonych na kocach piknikowiczów. Wcześniej specjalnie użyłem słowa „pomniki”. Inny kąt parku ozdabia bowiem „Fireman’s Memorial” – pomnik strażaka-ochotnika z 1933.

Przemierzam spacerkiem park spoglądając na zabudowania. Edwardiański styl domostw i kościoła śś. Piota i Pawła, sprawia, że podchodzę do tego drugiego. Neoromańską świątynię z 1924 trzeba jednak oglądać wieczorami, a nie teraz. Organizowane tu iluminacje są tak popularne, jak sobotnie śluby. Kościół nie może się wręcz opędzić od par ślubujących sobie „miłość aż do śmierci”! W środku szokuje mnie potężny 4 m ołtarz. Mam wrażenie, jakbym przeniósł się do Italii, bo spoglądam na typowe tamtejsze miasteczkom z wkomponowanymi elementami wież, kopuł i kolumn!

Na ul. Broadway, graniczną arterię tej dzielnicy wchodzę, by przemierzyć odcinek drogi między Columbus Av. a Montgomery St. Uwaga będzie sprośnie! 🙂 Zwany jest on bowiem „The Strip” nawiązując do pozbywających się ubrania, występujących na miejscowych scenach kobiet. To w ogóle okolica, nie nadająca się do nocnych wizyt z dziećmi – co krok działa tu jakiś bar ze striptizem, lub księgarnia dla dorosłych. Szczególną historią otoczony był działający tu klub „Condor”, w którym do czerwoności męskich widzów rozpalała tancerka Carol Doda. Kiedyś bardziej wygórowany rodzaj rozrywki oferował klub „Hangry I” , gdzie występował m.in. Bill Cosby, Richard Pryor czy Wood’y Allen; dziś też celuje w prymitywnym striptizie.

Wzgórza San Francisco

Oferujące niskie czynsze wzgórza Telegraf Hill i Russian Hill przyciągały mieszkańców jak magnes. Aż dziw, że dziś stanowią dzielnice luksusu! Stoję na rogu Powell Chestnut Street. Rozglądam się po wiktoriańskich domach. Kolory mieszają mi się w oczach. A to niebieska narożna willa z półokrągłym miłym dla oka elementem, a to złote zdobienia tuż pod dachem stojącej dwa kroki dalej willi. Wartej miliony, ale jakże miłej dla oka. Okrągłe okna w środku jednego z domostw przypominają mi luksusowe zwierciadło, jakie widywałem w starych filmach. Już po chwili doznaję lekkiego szoku. Staję przy rzędowym, okazale prezentującym się, piętrowym domu o… ciemno-grafitowej barwie. Zdaje się – najlepsza definicja słowa „ekscentryczny”. Tak jak nie znoszę różnorodności stylów na małej przestrzeni, tak tu prezentuje się olśniewająco. Po prostu, ze smakiem…

Słońce nieco chowa się za chmury, a ja chłonę najlepszy widok na miasto. Oto jestem na Telegraf Hill, skąd mieszkańcy miasta, wypatrywali ”przyszłych sąsiadów” – statków z nowymi osiedleńcami. Po 1850 r. opracowano nawet ciekawą formę komunikacji – semaforami lub flagami o wysokości 90 m dawano znaki informujące o dopływających jednostkach. Nie do wiary jak zmienił się status mieszkańców tej okolicy! Po ubogich robotnikach z Irlandii, Włoch i Ameryki Południowej, żyjących tu do pożaru w 1906, pozostały tylko mgliste wspomnienia. Ciężko pracując wykonywali zadania w kamieniołomie, wydobywając kruszywo do utwardzania ulic i ich brukowania. Aż nadeszły w l.20 XX w, gdy teren opanowali nowobogaccy. A wieża Coit Tower w 1993 tylko podniosła prestiż okolicy.

Coit Tower San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Coit Tower; źródło: Flickr

Prężąca się na samym szczycie Telegraph Hill sięga 64 metrów. Z góry patrzę na ludzi wielkości mrówek. Niezwykła panorama: z jednej strony wody zatoki, z drugiej taki gąszcz zabudowań, że trudno sie połapać się, o co w tym chodzi. Na szczyt docieram windą i schodami. Wszystko to jednak nic w porównaniu z widokiem na drapacze chmur. A wieża? No cóż, też niczego sobie… Wychylając się spoglądam na dół i natychmiast przed oczami staje mi historia tego miejsca. Był 1876 r.m gdy grupa ludzi zebrała pieniądze i za 12 tyś $ kupiła tereny parkowe, sprzeciwiając się postawieniu tu zabudowań.

„San Francisco zasłynęło z największego strajku w historii USA – w 1930 roku pracy odmówili dokerzy walcząc o podwyżki.”

Widok na zatokę rozciąga się od hrabstwa Marina i cieśniny Golden Gate, aż po śródmieście San Francisco i miasto Oakland! Choć de facto, na wieżę złożyli się zwyki ludzie, to nie sposób pominąć postaci Lilly Hitchcock Coit – feministki i emancypantki, która z całego serca i… portfela sporo dołożyła. Wnętrze pokryte jest muralami. A to interesująca historia: otóż, do ich przygotowania zatrudniono artystów… niemających pracy w czasach wielkiego kryzysu. Miasto płaciło każdemu z 25 malarzy i 19 pomocnikiom 1$ za godzinę, wspierając biednych twórców. Mozolna praca ciągnęła się miesiącami. Ale jak miało być inaczej, skoro dziennie udawało się pokryć ledwie 60 cm2 ściany? Do dziś malowidła przypominają styl samego mistrza Diego Rivery. Zaś wieża jest świetnym punktem orientacyjnym.

Kilka kroków na wschód i już jestem na Levi’s Plaza. A postawienie tu stopy wcale nie było kiedyś tak oczywiste. Park usypano na zatoce, kryjąc minimum jeden z zatopionych statków! W 1902 w górę zaczęły strzelać zabudowania. Powstał kompleks kilku obiektów, w tym granitowa fontanna, której kruszec wydobyto w górach Sierra Nevada. No dobrze, ale co z tą nazwą? Ależ oczywiście że tak – to właśnie tu ulokowana była firma odzieżowa Levi Straus&Co, a słynne „levisy” wymyślono właśnie w San Francisco! Konkretnie dokonali tego Levi Strauss i Jacob Davis, patentując je w 1873. Pierwsza para Levisów 501 trafiła do sklepów w l.90 XIX i odtąd są towarem na który zawsze znajdą się kupcy.

Russian Hill

Nazwa tego miejsca może dziwić. Tym bardziej, że tak naprawdę spotkałem się z dwoma wersjami jej pochodzenia. Pierwsza mówi o pochowanych w tej okolicy łowcach wydr pochodzących z Rosji. Zaś, druga o rosyjskim handlarzu futer, który osiedlił się tu w XIX w. Są ze sobą powiązane, więc dojście do prawdy zostawię wchodzącym w szczegóły historykom…

Z jednej strony, nie mając grubo wypchanego portfela, nie widzę sensu zapuszczać w tę dzielnicę. Z drugiej, za nic w świecie nie ominę pogrążającej się teraz w mroku Lombard Street. Wieczorny księżyc wyszedł już na dobre, bezchmurne niebo zwiastuje, że nie dojdzie do zwrotu o 180 stopni, jak nie przymierzając na miejskiej zwrotnicy tramwajowej. Pogoda bywa tu nieprzewidywalna i może zmieniać kilka razy na dobę, ale nie widzę oznak żadnego kataklizmu. Ciekawe jak to zresztą będzie niebawem; ostatnio nasiliły się głosy o chęci wprowadzenia przez władze opłaty za przejazd słynna ulicą. Niegłupie, zwążywszy na fakt, iż dziennie przemierza ją jakieś 6 tyś samochodów.

Stoję na skrzyżowaniu Lombard St. z Van Ness i już wiem, że lekko nie będzie. Do głowy przychodzi mi, że mieszkający tu mają szczęście „patrzeć na innych z góry”. Wszak to najwyżej położona dzielnica miasta, sięgająca 90 m n.p.m., choć de facto ma dwa wierzchołki. Był 1847, gdy pojawiwszy się tu Jasper O’Farrell wytyczył ulice o takim nachyleniu, że ciężko było się po nich poruszać. Dość powiedzieć, że Filbert Street między Leavenworth i Hyde ma aż 31% nachylenia!

Russian Hill w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Russian Hill; źródło: Wikipedia

Choć planowano inne odcinki zrezygnowano z nich, uważając że będą za strome. Tak pojawiły się tu schody np. na Vallejo Street. Aż dziw, że ludzie w mieście nimi chodzili. Ale nie mieli wyjścia; tramwaj dotarł tu dopiero w 1880.

A wracając do Hyde Street, to kiedyś pełna było zatopionych starych statków! Idąc drewnianym molo, zanurzam się w przeszłości – kiedyś odbijały stąd promy. To tu dopływali poszukiwacze złota, zaś w druga stronę wypływały transporty pszenicy. Dziś to teren „San Francisco Maritime National Historical Park” z muzeum morskim. W skansenie cumują stare jednostki pływające, żaglowce i promy, nawet z lat 80. XIX w.:

  • „Balcutha” – żaglowiec z trzema masztami, kadłubem ze stali zwodowany w 1886 w Szkocji, służył do przewozu ładunków. Woził z EU węgiel i łososie. W 1934 zagrał w filmie „Bunt na Bounty”, by potem stać się statkiem pirackim opływającym porty Zachodniego Wybrzeża – oczywiście turystycznie. Zaniedbany statek odnowiono i dziś jest tu wiktoriańska kajuta kapitana, z klonowymi szafami i barkiem pod sufitem, orz koje.
  • „Eureka” – statek zwodowany w 1890, ma 90 metrów i jest napędzany maszyna parową. Kiedyś przeprawiał ludzi z San Francisco na Susalito
  • „Hercules” – holownik z 1907,
  • Alama” – szkuner z 1891
  • „Eppleton” – angielski holownik z 1914.

Ośrodek Informacji działa w dawnej… fabryce konserw. Opowiada o wrakach, szlakach żeglugowych. Jest tu nawet soczewka Frennlela zamontowana w 1855 w latarni morskiej; działa też Muzeum Morskie ukazujące historię żeglugi na Zachodnim Wybrzeżu.

Nocne spacery po Russian Hill

Wiecie, że za dnia Lombard St. przejeżdżą 350 samochodów w ciągu godziny! Istna męka dla kogoś, takiego jak ja, kto porusza się pieszo. Jak dobrze, że teraz ludzie siedzą już w domach i tylko od wielkiego dzwonu słyszę zbliżający się pojazd. Oświetlenie pozwala dostrzec fasady niewysokich nieruchomości – jednego ze znaków rozpoznawczej strefy. To wielka zasługa dawnych mieszkańców. Po pożarze w 1906 podnieśli larum i sprzeciwili się stawianiu wyższych budynków niż sięgających wcześniej max 12 m. Jednak nie znaczy to, że okolica jest spójna. Co chwila jest jakiś odstęp od normy, gdyż po tym jak mijam ładne lokalizacje, pojawia się jakiś potworek kompletnie nie przystający do otoczenia.

„Russian Hill słynie z częstej obecności filmowców, którzy upodobali sobie ten rejon do kręcenia rozmaitych scen, szczególnie z użyciem samochodów pokonujących strome wzniesienia.”

A wracając do charakterystyki, wreszcie docieram do poprzecznej Hyde Street. Odcinka Lombard Street będącego swoistą ikoną. Staję na górze spoglądając na 8 zakrętów o nawrocie 180°. Ciągnące się, począwszy od nr 1000, „agrafki” zaprojektowano w 1922 i miały za zadanie złagodzić 27% spadek jezdni do 16%, co się udało. Teraz na szczęście jest tu tylko kilka osób, ale za dnia skrzyżowanie jest niemiłosiernie oblegane przez turystów.

Kontynuuję nocną eskapadę Filbert Street. To co najciekawsze mieści się niestety na jej końcu. Tymi drewnianymi schodami trzeba się przejść! Co więcej w bok odchodzi Napier Lane – deptak wykonany z desek, ciągnący się wzdłuż XIX w. budynków. Niegdyś na końcu arterii był kamieniołom, którego pozostałości widzę i dziś. Praca wrzała tu do 1906 r., aż domy w czasie trzęsienia osuwając się zmieniły teren nie do poznania. Ale wcześniej zaglądam jeszcze na pobliskie apartamenty stylu art deco z 1936. 1360 Montgomery Street ozdobiona jest rzeźbami, w tym dekorację ukazującą nawigatora z lunetą.

Lekkiej klaustrofobii dostaje na Macondary Lane. To wąska ulica wciśnięta między zabudowania, drzewa i kwiaty. Jeśli chcesz poznać definicję słowa wąska, lepszej okazji nie będzie. Zapewniam Odpuścił bym sobie Vallejo St., ale z jednego powodu nie mogę. To miejsce które, w którym jakby droga nagle się kończyła. No bo niby, skoro jest pętla do zawracania, to przecież droga się kończy, nie? Ano właśnie, że… nie! Pętla powstała pod domem nr 1013-1019, gdzie mieści się Willams Polk House. Bez wątpienia hit. Bo gdzie jeszcze zobaczyć można dom, który z jednej strony ma dwa piętra, z drugiej aż 6. Żeby się o tym przekonać wychylam się maksymalnie stojąc przy półokrągłym krańcu ulicy. Obiekt stoi tu od 1915, przyjmując od razu styl śródziemnomorski.

Tłumy na Fisherman’s Wharf

Nowy dzień. Zakątek na północnym wybrzeżu między pirsem 39, a Aquatic Park aż kipi od emocji. Jest jakiś zjazd wszystkich turystów świata, czy co? No, ale przecież… sam nim jestem, więc co mam do gadania?

Wchodzę od Embarcadero Street w tę komercyjną część nabrzeża. Cel? Dojść do brzegu wody. Pełen werwy ruszam, ale… nie jest to takie proste. Szacuje się, że codziennie jest tu aż 30 tyś zwiedzających. Dwukilometrowy odcinek jest tak pełny, że aby dostać się tu samochodem… lepiej z tego zrezygnować. Co innego przejechać się linią tramwajową Powell-Mason. Albo czerwonym odkrytym autobusem w typowo angielskim stylu.

Taki właśnie zatrzymał się przed wejściem do paszczy lwa. Komercja, już dawno przeżarła tę okolicę. Szczególnie Pirs 39. Powstał w 1905 do rozładowywania towarów, ale od przebudowy w 1978 dominuje tu drewniana aranżacja z karuzelą, oraz akwarium z ruchomymi chodnikami, umieszczonymi w tunelach otoczonych 2,5 mln litrów wody (Aquarium of the Bay). Pod szyldami, na których widnieją wszystkie kolory świata, działają restauracje, kawiarnie, sklepy z pamiątkami i… wszystko czego dusza zapragnie.

Wreszcie po przedarciu się na nabrzeże pełne kutrów, łodzi rybackich i żaglowców mogę powiedzieć, że rzeczywiście mam przed sobą zatokę. I pomyśleć, że ta dzisiejsza światynia turystyki w 1853 świeciła pustkami. Rozglądam się w poszukiwaniu cumującego tu „USS Pompanito” – okrętu podwodnego z 1943. Patrolował Pacyfik w czasie II wojny, zatapiając japońskich wrogów. Kto lubi ciasnotę, przeciskanie się przez włazy i wąskie trapy – to cel dla niego! Zobaczyć można też maszynownię, centrum dowodzenia, kwatery oficerskie i… wyrzutnie torped.

Fisherman's Wharf w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Fisherman’s Wharf San Francisco; źródło: Flickr

Pustki z połowy XIX w. nie mógł przeboleć Harry Meiggs, guru budownictwa tworząc 500 m Meiggs Wharf. A był on niezłym gagatkiem… Przywłaszczył sobie w trakcie prac 365 tyś $ i… zniknął w Ameryce Południowej. W końcu uczciwość w nim zwyciężyła i dorabiając się 100 tyś $ na budowie kolei przez Andy, oddał miastu wszystko co do centa.

Wkrótce na nabrzeżu dało się słyszeć odgłosy piłowanych desek w tartaku. Firmy, dodając cegiełkę do rozwoju miasta rozwijały tu swe działania i tak powstało to, co widać dziś. Ale z okolicą związane są i ciemne sprawy… Jak porwania w których prym wiedli „Scabhouse” Johnny czy „Fhree Finger” Curtin.

„W pirsie 45 zobaczyć można okręt podwodny z czasów II wojny światowej i wstąpić do Musee Mecanique.”

Próbuję wyobrazić sobie co się tu działo w 1900 roku. Wówczas Fisherman’s Wharf jeszcze było wolne od flotylli rybackich. Ale wkrótce ruszyły prace mające dostosować nabrzeże do transportu morskiego. Zamykam oczy i w myślach przenoszę się do czasów gorączki złota. Słysze krzyki rybaków, którzy wsiadają do łodzi, by wypłynąć na łowienie krabów. Powietrze przecinają nawoływania w języku włoskim – to imigranci z Włoch i Sycylii ruszają właśnie w kolejny rejs. I tak dzień w dzień, do połowy lat 50, XX, która przyniosła koniec ciężkiej pracy na morzu, z uwagi na spadek ilości ryb.

Fisherman’s Wharf musiało zmienić swój profil. Szczęśliwie, niemal natychmiast, nadeszła nowa fala biznesu – turystyka. Goście podziwiając kutry, jedli smaczne ryby i nawiedzali sklepy – tak okolica odzyskała blask. Niemal w środku nabrzeża, na końcu Taylor St. zlokalizowany jest pirs 45. W otoczeniu cumujących wielkich trawlerów, jakby rejwach jest mniejszy. Ale nie ma się co dziwić, skoro na jego końcu wzniesiono kaplicę-mauzoleum. Drewnianą konstrukcję stworzono, by wspomnieć rybaków i marynarzy (Fisherman’s and Seasmen’s Memorial Chapel). Jest tu witraż w kształcie koła sterowego.

Wracam z wybrzeża na Jefferson S. Mam nadzieję na większy dreszczyk emocji. Zaglądam do „Ripleys Belive It or Not!” muzeum z trofeami łowców głów pracujących w Ekwadorze. Ale nie tylko one mnie fascynują. Wrażliwość próbuję pobudzić portretem „Mony Lisy” z… kostek rubika. A potem wirujący tunel, trumna z Afryki w kształcie butelki Coca-Coli(!) i wagonik tramwajowy zrobiony z 270 836 zapałek sklejonych 10 litrami kleju! Wreszcie spoglądam głęboko w oczy… figurom woskowym i wracam na ulicę.

Fisherman's Wharf San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Fisherman’s Wharf w San Francisco; źródło: Flickr

Intensywność San Francisco lekko mnie przytłacza. Myśląc, co z tym począć wpadam na pomysł wizyty w „Cafe Bueno Vista” z 1911. Zbliżam się do byłego edwardiańskiego pensjonatu, w którym przelano może alkoholu, już po zmianie wystroju na typowo barowy. Już mam wchodzić do środka, gdy konfrontuję czy obecna nazwa oznaczająca po hiszpańsku „Ładny widok” jest trafna. Tak… Choćby ze względu na rozciągająca się stąd panoramę na wybrzeże, uznaję że nie popełniono tu błędu. Ciekawe czy dziś dane mi będzie zamówić kawę po irlandzku? Tak jak, w 1952, gdy doszło tu do historycznego wydarzenia – po raz pierwszy zaserwowano ją tu na amerykańskiej ziemi…

Czując jeszcze w ustach gorzki posmak kawy zjawiam się na Ghirardelli Square. Na wyłożonym rdzawą kostką placu przenoszę się w 1852 rok. Domingo Ghirardelli, syn czekoladnika z Rapallo pochyla się nad garnkiem. Mieszając zawartość przytyka łyżkę do ust. Smakując, marszczy brwi i już wie, że jest dobrze. Tak rozpoczął się innowacyjny proces produkcji czekolady, by przyrządzać jej pijalną odmianę. Z czasem interes przejął jego syn. Rozbudowując fabrykę, wykupił cały kwartał i umieścił tu w 1915 wielki szyld. Nie mogę uwierzyć, że wisi do dziś! Wysoki na 8 i długi na 50 m do dziś wita wpływających do zatoki. Rok później powstała wieża Clock Tower z czterema cyferblatami z francuskiego Blois. Gdy w 1962 firma Ghirardelli Chocolate przeniosła się do nowej fabryki, starą uratował William Matson Roth – z firmy żeglugowej, tworząc tu centrum handlowe z restauracjami i tarasami.

Ghirardelli Square San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Ghirardelli Square; źródło: Flickr

Wojskowa przeszłość Marina District

Był 1989, gdy ten niestabilny, nabrzeżny grunt nawiedziły wstrząsy niszczące część zabudowań. Jednym z owoców było uszkodzenie fortecy „Upper Fort Mason”.

Fort Mason San Francisco www.szlakiempodrozy.plDziś po żołnierzach nie ma tu śladu. Kremowo-czerwone budynki mieszczą m.in. salę widowiskową. Uciekam na chwilę do parku Marina Green. Dziś roi się tu od mieszkańców zażywających ruchu i spędzających czas z rodziną. Na jego krańcu wpatruję się w przystań jachtową wysłuchując niezrozumiałej melodii, wygrywanej na piszczałkowych organach falowych. Spacerując po promenadzie, spoglądam na motorówki i jachty. Pełne luksusu… Aż dziw, że kiedyś ten teren był mokradłami!

Zmierzam Pałacu Sztuk Pięknych (Palace of Fine Arte). Jedyna pozostałość po wystawie światowej 1915, to ośmioboczna rotunda, przy małym basenie, zabudowana z rzymskimi łukami. Podnoszę wzrok na 49 m kopułę i czuję się jakbym był w starożytnej Grecji. Patrzę na zdobienia, koryncką kolumnadę i galerię wystawienniczą. Co ciekawe obiekt budowano z drewna, by po wystawie szybko go zdemontować, ale weto postawili mieszkańcy. Czego tu już nie było: w 1934 korty tenisowy, II wojna przyniosła magazyn pojazdów wojskowych, a do tego siedziba straży pożarnej. Gdy budowla zaczęła się walić, z opresji wyrwał ją milioner Walter S. Johnson i w l.60 zyskała nowe życie. W 2011 kopułę zabezpieczano przed trzęsieniami ziemi, co kosztowało… 21 mln $. Dziś obiekt ozdabiają posągi lwów i żyraf. W galerii jest też sala widowiskowa na 1000 miejsc.

California Palace of the Legion of Honor w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Palace of Fine Arts San Francisco; źródło: Flickr

A na koniec on: symbol San Francisco – most Golden Gate:

Most Golden Gate Sa Francisco www.szlakiempodrozy.plźródło: Flickr

Zapraszam do części II 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments