Utrecht i Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Kanałami przez Utrecht i Groningen [praktyczny poradnik z cenami]

Wciągające Groningen

Północ Niderlandów nie obfituje w wielkie aglomeracje. Dość powiedzieć, że zamieszkałe przez 170 tys ludzi Groningen to najbardziej zaludnione z tutejszych ośrodków. A i tego by nie było, gdyby nie zjeżdżający tu z różnych kierunków studenci…

Pełni energii, cieszący się życiem, tworzą niepowtarzalna atmosferę. A, że stanowią liczną. bo aż 11% społeczność miasta nie da nie zauważyć ich wielkiego wpływu na dzisiejsze Groningen. Stoję na Emmaplain, małym placu obsadzonym rozłożystymi drzewami. Rowerzyści, śmigają chodnikiem. Ale wiecie jak to w Niderlandach jest – od rowerów się tu nie uwolnisz. Szacuje się, że w Groningen aż 57% przemieszczających się pokonuje trasy właśnie na dwóch kółkach. Nieopodal starszawy pan cierpliwe czeka na swego chodzącego sobie bez pośpiechu psa. Ot, zwykły dzień.

Groningen, w przeciwieństwie do Utrechtu nie jest typowym turystycznym miastem. Do dziś zresztą jest wielkim ośrodkiem produkcji cukru. Co nie znaczy, że brzydkim! Główne atrakcje Utrechtu skupione są w okolicy kanału. Z miejsca niczym pajęcza sieć, czy też widoczne na szkle pęknięcie rozciągają się w głąb miasta. Na okręgu utworzonym przez plac patrzę na ceglaną willę, która od zbudowania w 1892 r. należała do rodziny ten Bruggencate. Gros z członków prawniczej rodziny przychodziło tu na świat; aż dziesięcioro oddawało w niej swe ostatnie tchnienie… Druga z willa stoi bliżej wody, młodsza o siedem lat, z okazałym balkonem nad wysokimi schodami uznana została za zabytek narodowy.

Wchodzę na pobliski most – Emmabrug, przeciągnięty nad Zuiderhaven, jednym z rzeszy kanałów oplatających miasto. Gdy, po bez mała trzech minutach zauważam dworzec kolejowy, oczom nie mogę uwierzyć. Po prostu imponujący! Neogotycka konstrukcja z 1896 do dziś stanowi jeden z najpiękniejszych adresów w mieście. Już sama elewacja przynosi na myśl najwytworniejsze muzea, czy ratusze. Popycham, ciężkie drewniane zabytkowe drzwi i staję na środku hali, której ściany ongiś wyłożono mozaiką z płytek wykonanych w słynnego fabryce Rozenberga w Hadze. Podnoszę głowę na umiejscowione pod sufitem na bocznych ścianach malowidła. Piękne sklepienie pokrywają skrzące się żółcią i złotem kasetony. Magia po prostu…

Futurystyczne oblicze Groningen

Jeżeli tak wygląda tu dworzec, to co będzie w którymś z muzeów?! Moje szczęście polega na tym, że nie muszę długo czekać by się o tym przekonać. Ledwo wychodzę przed dworzec, przemierzam pasy i coś na kształt połówki wielkiego, niebieskiego magnesu wiedzie mnie ku nowoczesnym dziś Groninger Museum. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że przecież wciąż nie stoję na twardym gruncie. Świętując 120 rocznicę zainaugurowania jego działalności nie silono się na półśrodki. Tak jego mury poczęto stawiać na usypanych wałach. Dziś kompleks kusi:

  • srebrzystym cylindrycznym budynkiem
  • żółtą wieżą autorstwa włoskiego projektanta Alessandro Mendiniego
  • jasnoniebieskim gmachem Space

W środku zaś nie mniej wartościowe kruche przedmioty z ceramiki, które przybyły tu z Dalekiego Wschodu, obrazy lokalnych artystów, wśród których wyróżniają się płótna Jana Wiegersa. Ale dla mnie najciekawszym elementem i tak pozostaje wtopione w podłogę akwarium wypełnione naczyniami, wydobytymi z XV w. wraku jednostki handlowej.

Otwarte od wt do ndz w g.10-17; bilety: 15 – dorośli; dzieci i młodzież do 18 lat – bezpłatnie. Więcej tutaj.

Groninger Museum www.szlakiempodrozy.pl

Groninger Museum; źródło: Pixabay

Ulicami Groningen

Pamiętacie te widoczne za szybą tęczowe chorągiewki w Utrechcie? Tu poszli dalej; po opuszczeniu muzeum, tuż za mostkiem przechodzę bowiem przez… tęczowe pasy. Deptak Ubbo Emmiusstraat nabiera rumieńców za sprawą wystawionych przed kawiarnie wiklinowych krzeseł dostawionych do błękitnych stolików z kamienną mozaiką. Te wszystkie ceglane budynki powracają w Niderlandów jak bumerang. I pewnie by mnie prześladowały w snach, gdyby nie fakt, że są niczego sobie…

Zwężająca się ulica jest zapowiedzią dotarcia do skrzyżowania z Gedempte Zuiderdiep. Postanawiam się powłóczyć bez celu po miejscu, które nigdy nie chowało się na niczyimi plecami. Niegdyś pełniło nawet rolę rynku! Potem postanowiono zorganizować tu dworzec autobusowy i poprowadzić tędy główna oś transportową. Ale czasy te odeszły do lamusa. Spiczaste kamienice w stylu identycznym jak wnętrza dworca sprawia, że po raz kolejny doceniam ów styl. Nieco dale jeden z nieśmiertelnych coffe shoop, z charakterystycznym zielonym liściem.

Nagle, jak gdybym dostał w twarz! Pod nr 132 wykluł się bowiem szklany Hoogland and Versteegh. Stojący tu ledwie od 2007 r. przywodzi mi ma myśl…. wieżę kopalnianą. Tylko taką przezroczystą, nie mająca nic wspólnego z post industrialem. Naprawdę nie było innego pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca? Rozumiem pójście z duchem czasu, ale to… Brrr…

Hoogland en Versteegh w Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Hoogland en Versteegh e Groningen; źródło: Wikipedia

Przecinam drogę wpadając w ul. Schoolholm, która na swych 750 m ma aż osiem budynków wpisanych na listę zabytków. Próbuję wytypować o które chodzi, ale jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. Gdy patrzę na zabazgrane drzwi garaży mam nadzieję, że to nie te. Wreszcie z prawej strony cegła ustępuje miejsca kremowemu budynkowi z trzema identycznymi drzwiami i taką odsuwaną płytką do wsuwania poczty. Momentalnie przypominają mi się amerykańskie filmy i te sceny na których złodzieje klękają przy nich, pytając: „Anybody home?” 🙂

Żółto-szara wieża gotyckiego kościoła Der Aa-kerk, który z mozołem stawiano w l.1425–95 zastąpiła powstałą 250 lat wcześniej lichą kaplicę. Ale to co wiedzę to jedno, obecne przegęszczenie to drugie. Wpatruję się w mapkę a tu jak byk stoi: „Obiekt przeznaczony do organizacji imprez”. Tymi są koncerty, przedstawienia, wystawy, a nawet przyjęcia. Wierni nie bardzo maja tu czego szukać…

Rozglądam się po wnętrzu, który wypełniają niebieskie siedziska. Zwrócone ku mającej słuszny rozmiar szafir organowej z tyloma piszczałkami, że trudno wszystkie zliczyć. Ogołocone ze wszelkich zdobień, czy obrazów białe ściany kontrastują z brązowymi stelami dziś przyciśniętymi wyłącznie do ścian. Przystaje przed wymyślnie rzeźbią amboną, z której niegdyś niósł się pewnie mocny głos kaznodziei.

Liche drewniane, acz opanowane przez sprzedawców kukurydzy i zbóż połowie XIX w., magazyny przestały wystarczać. Rozwijający się handel sprawił, że w 1862 stał już różowawy Korenbeurs. Niemal dotykający wspominanego kościoła, w gruncie rzeczy stylem niewiele mu ustępuje. Tyle, że najładniejsza część przypada na front od strony placu. Nowatorskie jak na tamte czasy użycie stali i szkła pozwoliło bez przeszkód doglądać stanu sprzedawanego w owej hali targowej ziarna. Z czasem postanowiono użytkować ja do innych celów i tak organizowano tu mecze siatkówki i koszykówki. Dziś mieści się w niej supermarket.

Korenbeurs Groningen www.szlakiempodrozy.plKorenbeurs; źródło: Flickr

Market w środku Korenbeurs Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Market w środku Korenbeurs; źródło:Flickr

Z otwierającego się przed nim Vismarkt dawniej dochodził szczególny zapach, czy jak kto woli smród. Ryby stanowiły jedyny, w zasadzie towar, jakim tu handlowano. Zresztą plac był wówczas swoistym gospodarczym sercem Groningen. To tu, w XIX w., w wielkiej hali z rąk do rąk przechodziły bowiem wielkie wory zboża. Podobnie jest i dziś tyle, że rolę roślin uprawnych zastąpiły ciuchy z sieciówek H&M, Bershka i innych.

“Groningen to miasto w którym najważniejsze adresy i obiekty są jakby odcięte od reszty! Jego centralna część to nic innego wysepka otoczona z czterech stron wodami kanałów!”

Ja tylko patrzę…

Witryny sklepowe. Bleeee… Takie jak wszędzie, krzykliwe swymi plakatami. I te non-stop otwierające się drzwi. Konsumpcja w pełnej krasie. Początek Stoeldraaierstraat nie nastraja mnie jakoś szczególnie. Zapaćkane odchodami ptaków kubły na śmieci nie wpływają na polepszenie mojego zdania o ulicy. Przynajmniej początkowym odcinku.

Z czasem wizerunek ulicy się poprawia, głównie za sprawą ciekawych rzeźbionych drzwi kolejnych mijanych kamieni. Taki właśnie efekt przynosi zmiana na, chwytliwą przyznacie nazwę Oude Kijk in ‘t Jatstraat, czyli „Ja tylko patrzę na ulicę”. Miejscowi sami nadali w przeszłości taką czerpiąc inspirację z ustawionej na fasadzie jednego z domostw figurki. Wedle mieszkańców ma nieciekawie wyglądające spojrzenie, wprost emanujące złośliwością.

Jasny, górujący nad sąsiednimi obiektami Hinckaertshuis pod nr 6 sprawia dłużej omiatam wzrokiem ów najstarszy mieszkalny, prywatny dom w mieście, z 1300 r. Tyle tylko, że i tak to co widzę tylko w części pochodzi z tamtego okresu. Oryginalną część stanowi prawa strona z wiodącymi do drzwi schodami. To co po lewej to po prostu idealna dobudówka z XV w. Nazwa domu nawiązuje do postaci pewnej, mieszkającej tu szlachcianki – Adriaen Hinckaert. Wcześniej dom zajmował zaś burmistrz miasta Otto ter Hansouwe, skądinąd, parający się zarazem warzeniem piwa.

Hinckaertshuis Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Hinckaertshuis; źródło:Wikipedia

Gdy spostrzegam, że bezrefleksyjnie minąłem Universiteitsmuseum, nie bardzo chce mi wracać. Tak daruję sobie zagłębianie się 400-lenią historie uczelni, widok XVIII w. wyciętych organów w słojach z formaliną na wystawie anatomii, szkielety i wypchane skóry zwierząt, no i oczywiście multum płócien. Więcej tutaj.

Godz. otwarcia: 12.00- 17.00; Bilet: 5€; studenci 2,5€; dzieci i emeryci: wejście darmowe

Cień dawany przez rozłożyste drzewa natychmiast ustępuje słońcu. Lawiruję między stojakami rowerowymi, a stolikami przy których siedzą miejscowi popijając kawę. Wróciłem na handlową Brugstraat stanowiąc pasmo kamienic, z których każda jest inna. Konstatuję, że większość mieści na parterach kawiarnie, knajpki i butiki z ciuchami. Kompozycję zmienia czerwieniący się cegłami surowy dom, którego dach układa się w szpic. Czarny napis na złotym tle, nad przebitym dalej przejściem, nie pozostawia złudzeń. Można rzec, że „zatapiam” w tutejszym Noordelijk Scheepvaart Museum (Północnym Muzeum Morskim)placówce ukazującej historię dojścia miejscowych na czoło europejskich biznesów morskich. Wykorzystując umiejętnie porty i dobra wyłowione z wody, latami zwiększali bogactwo, czerpiąc krociowe zyski.

Zachodnia ul. Hoge der A ciągnie się wzdłuż kanału rzeki „A”. Oryginalna nazwa, jak na ciek wodny, nieprawdaż? Ale samo słowo Hoge oznacza wysoki, a wzięło się tutaj od charakterystyki nabrzeża. Położone wyżej służyło do wyładunku i załadunku statków i barek w momencie gdy poziom wody się podnosił. Gdy woda opadała, prace wrzały po drugiej stronie wody, na Lage der A (Niskim A).

Hoge der A Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Hoge der A; źródło: Flickr

Lage der A Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Lage der A; źródło: Flickr

Dawne magazyny dziś zaadoptowano na funkcjonalne siedziby kafejek i sklepów. Na jednym z pierwszych domów odczytuję: „Pakhuis Libau”. Dawny magazyn zboża z ok 1300 r., a potem siedziba browaru, z czasem jednak już tylko niszczał. Z niebytu władze wyciągnęły go w l. 80. XX w. przerabiając niszczejącą nieruchomość w gustowne biura. Taki los zresztą stał się udziałem wielu sąsiadujących z nim obiektów.

Kilka minut zajmuje mi dotarcie do północnej części centrum. Granica wyznaczona przez wodne koryta, w których roi się od cumujących łodzi sprawia, że czuję się jakbym był nad morze. Całkiem ładne wycieczkowce bujają się na wodzie tuż przy zniszczonych łajbach. Wkrótce poznaję tajemnice stykających się ze sobą łodzi. Zatkany nimi kanał Noorderhaven stanowi ostatni bastion wolności dla właścicieli owych jednostek; tylko tu mogą swobodnie cumować, pod warunkiem, że co 5 lat… pomalują swe cacka. Kilka z nich zdecydowanie znajduje się granicy owego czasu… Po prawe wzdłuż ulicy biegnie rząd zadbanych zabudowań, które ostro kontrastują z niektórymi łajbami. Jeden kanał przechodzi w drugi, 140 m Lopende Diep, by po chwili przeobrazić się już w Spilsluizen i wreszcie Turfsingel.

Ostatni, zdecydowanie najciekawszy sąsiaduje ceglanym płotem z pięknym ogrodem. Korzystam z okazji i wchodzę w zielony świat Prinsentuin, gdzie równiutko przycięte zielone żywopłoty tu i ówdzie ubarwione są czerwonymi i żółtymi kwiatami.

Od wieży do przytułku

Wiecie że dawno, dawno temu, jakieś… 2 tyś lat temu, rozciągały się tu ogromne pokłady torfu, bagnisk i łąk. Utrzymująca się w wydobywania torfu starożytna społeczność eksploatowała jego pokłady, używając go jako opału. Samowystarczalność sprawiała, że przez długie lata ziemia, na której dziś rozciąga się miasto była jedynym terenem, jaki tutejsi ludzie widzieli na oczy w czasie całego życia.

Tymczasem przyspieszam kroku wiedząc, że już zaraz za chwilę wyłoni się 95 m wieża – Martinitoren. Pieszczotliwie zwana „Szarym Staruszkiem” to upadała, to była wznoszona od podstaw. Dotykająca kościoła wabi jak magnes. Ale o tym później. Na razie wchodzę do kościoła i… przystaję, bo nie tego się spodziewałem. Nastawiony raczej na brutalną ciemność muszę mrużyć oczy. Kremowe ściany odbijają wpadające przez szyby światło, padając na wyjątkowe malowidła ścienne z XVI w.

Wąskie, acz wysokie swą wyjątkowość zawdzięczają chęci ukazania dwóch najważniejszych katolickich świąt: Wielkanocy i Bożego Narodzenia, poprzez sceny z życia Jezusa. W owym najstarszym z miejskich kościołów – XIII w., potężne kamienne filary podtrzymują dach rozpostarty nad romańsko-gotyckim wnętrzem. Obracając się w te i we wte nagle staję jak słup soli. Bogaty złoceniami i jaśniejącymi srebrnymi piszczałkami tutejszy skarb muzyczny i mnie zaatakował. Oto największe na świecie barokowe organy, z 1882 roku!

Kościół św. Marcina (Martinenkerk) w Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Kościół św. Marcina (Martinenkerk) w Groningen; źródło: Flickr

Organy w Martinenkerk Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Organy w Martinenkerk Groningen; źródło: Flickr

Jakieś 200 lat później znacznie go rozbudowano, dodając chór, a boczne nawy podwyższając, tworząc jedno wielkie wnętrze z równej wysokości sufitem. Ale śladów po przeróbce nie znajduję. Wychodząc uświadamiam sobie, że przecież pamiętny kataklizm pogodowy z 1468 sprawił, że wieża legła w gruzach. A że pierwotnej już nigdy nie odbudowano, w drugiej poł. XV w. powstała oddzielnie stojąca konstrukcja.

Martinitoren w Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Martinitoren w Groningen; źródło: Flickr

Godz. otwarcia: pon -sb. Godz.: 11:00-17:00 (kwiecień-październik), pon-ndz: 10:00-16:00 (lipiec-sierpień); pon-sb godz. 12:00-16:00 (listopad-marzec). Bilet: 3 i 2 €.

Czerwona, ułożona w jodełkę kostka na Grote Markt, wkrótce przechodzi w oryginalny sześcienny bruk. A to nie jedyna dwoistość jest rynku! Wystarczy rzut oka by zorientować się, że tworzą go zarówno zabytkowe domy, jak i nowsze konstrukcje. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, jak przez otoczony kamienicami „Brede Merckt – jak określali go miejscowi – jeszcze w połowie l.70 XX w. swobodnie jeździły samochody. Ale pamiętam, że co widzę dziś dowodzi wielkiej wytrwałości kolejnych władz. Starówka została bowiem wręcz starta na proch, w trakcie działań II wojny światowej. To tu wiodą najważniejsze ulice, którymi na małe co nieco, do tutejszych restauracji lubią przychodzić mieszkańcy.

Szeroko otwarta drzwi Stadhuis jakby serdecznie witały. Gdy widzę rozpostarty na ziemi czerwony dywan czyje się jak gwiazda na ceremonii oscarowej. Równo ułożonymi chodniki zmierzam do kolejnych sal. W jedni na ścianie zaskakuje mnie ciekawy, jakby szkic frontu ratusza. Obrazy na ścianach, ustawione wolno rzeźby i małe drzewko w donicy – wszystko na swoim miejscu.

Stadhuis Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Stadhuis Groningen; źródło: Flickr

Ale, ale… Pora na codzienną dawkę kofeiny. A gdzie znajdę lepszą niż w osławionym, mieszczącym się na rogu z Gelkingestraat gmachu Drie Gezusters – Trzy Siostry?

 

Drie Gezusters – Trzy Siostry Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Drie Gezusters – Trzy Siostry Groningen; źródło: Wikipedia

Na coś bardziej udaję się do Het Goudkantoor, którego zdobienia wykraczają daleko poza pierwotny charakter, mieszczącego się w nim urzędu skarbowego. Ale nie ma się czemu dziwić, skoro do wykonania wspaniałych muszli ściągnięto specjalistę z Bremy. Jego zadaniem było egzekwowanie podatków, zadania wyrażonego w widocznej na murze sentencji “Caesari quae sunt Caesaris” – “Oddajcie cesarzowi, co cesarskie.” Ale co ciekawe współczesna nazwa czyli “Złote biuro” wzięła się od urządzania tu biura gwarancyjnego la przedmiotów wykonanych ze złota.

To w tutejszych biurach przedmiotom z najcenniejszego kruszcu nadawano specjalny znak, informujący o jego autentycznej wartości. Po zakończeniu pierwotnej działalności mieściło się tu Muzeum Morza Północnego i Muzeum Historii Naturalnej. Budowa nowego ratusza sprawiła, że zyskał nowe życie jako Biuro Informacji Turystycznej, a dziś siedziba restauracji.

No właśnie… Niby chciałem coś zjeść, ale to chyba nie na mój portfel… Najtańszym daniem okazują się tu 3 szt tostów z serem za… 5,30€

Goudkantoor w Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Goudkantoor w Groningen; źródło: Flickr

Mijam 3* Hotel De Doelen, i nachodzi mnie pytanie: a jak tam u Was z kulturą „wyższą”, co? Nie bez jestem taki ciekawski, bo właśnie jestem w miejscu gdzie, w 1929 postanowiono zbudować miejsce w którym ludzie będą mogli oglądać premiery filmowe. Wielkiego zaskoczenia wówczas nie było nie było. To pojawiło się dopiero, gdy przyjęto oryginalny projekt, nadając mu styl art deco. Drugie, znacznie większe miejscu nadało przekształcenie zwykłego kina w Grand Theatre.

Łącząc obie formy sztuki najwyraźniej nie doczekał się dobrych zarządzających. Najpierw zamknięto go w 1977, trzy lata trwała walka o jego wskrzeszenie. Gdy to się udało drugi cios przyszedł w 2015, gdy prowadząca go fundacja zbankrutowała. Dziś, co prawda działa ponownie, ale jakoś mam wrażenie, że to nie koniec jazdy na emocjonalnym rollercoasterze…

 

Grand Theatre w Groningen www.szlakiempodrozy.pl

Grand Theatre w Groningen; źródło: Wikipedia

Bogactwo rodzące… przytułki

Chyba zdążyliście już zauważyć, jak zatopienie się w uliczki Groningen pozwala chłonąć jego atmosferę. Kto wie, jeśli postaram, może oczyma wyobraźni uda mi się dostrzec dawne, kupieckie czasy. Te bowiem one sprawiły, że Groningen dołączyło do grona najbogatszych ośrodków miejskich dzisiejszych  Niderlandów. Co prawda w XIII w. mieszańcowy wznieśli dookoła miasta mur, ale jeszcze w XVIII w. to torf stanowił podstawę utrzymania mieszkańców. Przekopując Staatskaanal dołożono wszelkich starań, by maksymalnie móc korzystać z jego dobrodziejstwa. Tak do pracy zaczęli ściągać tu ludzie nawet z dalekich rejonów kraju.

Ale nie zawsze tak było. Podobnie jak w Utrechcie znaleźć tu można zabudowanie dawnych przytułków. Tutejsze gasthuizen i hofjes zajmowali zarówno podróżujący przez miasto, jak i biedniejsza część społeczeństwa. Wąska, zawalona jednośladami Peperstraat pełna knajpek prowadzonych przez przybyłych z różnych stron świata emigrantów kusi to egipskim, to indyjskim jedzeniem.

Wreszcie między szarymi ścianami znajduję ceglaną fasadę najbardziej znanego z przybytków – Pepergasthuis. Podczas gdy sąsiednie elewacje wielokrotnie odnawiano stojący tu od XV w., przytułek ma niemal identyczny wygląd jak wówczas. Zaczernione, jakby osmolone zdobienia, na których ledwo widoczny dziś napis postawiono pozostawić, zwracając uwagę na przeszłość owego adresu. Poniekąd do dziś pełni nawet swą rolę, oczywiście oferując już bardziej godne warunki niż w kilka wieków temu.

Pepergasthuis Groningen Niderlandy www.szlakiempodrozy.pl

Pepergasthuis; źródło:Flickr

Z 29 budynkami składającymi się na ów przybytek, nierozerwalnie wiąże się z nim historia rodziny Berneer i Albert Sollederów. Gdy ci otworzyli w mieście gościniec dla pielgrzymów zmierzających do Martinekerk celem zobaczenia na własne oczy na relikwie św. Jana Chrzciciela. Wiedząc, że wiara przybywających jest wielka w 1482 założono w nim okolicę. Na początku XVII w. gościniec dołączył do grona przytułków, zaś cześć wykorzystano jako sale dla umysłowo chorych. Specyficzny szpital psychiatryczny zapisał się w historii jako ośrodek w którym ludzie z miasta… za opłatą mogli, w niedzielne popołudnia, podglądać życie zamokniętych w nim pacjentów.

W 2018 r. ruszyła procedura jednak sprzedaż nieruchomości. Zaniepokojeni przyszłością sąsiedzi ostro sprzeciw się urządzaniu w nim młodzieżowego hostelu, przeklinając jednocześnie możliwość urządzenia w nim, mniej szlachetnego „miejsca płatnych schadzek”.

Życie w Groningen toczy się w dużej mierze w barach i pubach. Tu też wypada zakończyć wizytę. Jednym z najbardziej lubianych jest Cafe Muder, na Grotte Kromme Ellebog 22. Od samego wejścia rozglądam się po ścianach. Większość z wiszących obrazów namalowali… siedzący przy stolikach lokalni artyści. Chcąc poznać nowych ludzi zatrzymuję się więc na chwilę i głośno wyrażam opinię o konkretnym dziele – efekt natychmiastowy. To będzie długa noc…

Jeśli podróże po Europie, to może czas na Rodos!

Hej! Mam małą prośbę: jeśli spodobał Ci się tekst, może innych też zainteresuje. Proszę podziel się nim, udostępniając go na Facebooku, czy Twitterze. Możesz skorzystać z linków pod tytułem tego tekstu↑. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *