Dundee & Inverness www.szlakiempodrozy.pl

Juta z Dundee, a kraina szczęśliwości Inverness

Noewątpliwoe warto zaczerpnąć trochę świeższego powietrza. Postanowienie mam jasne, więc nie wypada inaczej, jak tylko wejść w gąszcz parkowych założeń Dundee. A możliwości mam całkiem sporo. Tak przechadzam się:

  • Balgay Hill – zerkając na drzewa liściaste i iglaste, spacerując wytyczonymi ścieżkami sąsiadujące z rzeką Tay i zerkając na „Obserwatorium Millsa”
  • Victoria Park – zapuszczając się w ogród różany i rzucając okiem na tereny rekreacyjne
  • Park Lochee – wnikając w podarowany miastu przez pierwotnych właścicieli braci Cox – właścicieli fabryki juty patrząc jak idealny do uprawiania sportu teren opanowali miłośnicy innej aktywności joggingu i

Załóżmy, że komuś mało atrakcji. Comwtedy? Śmiało skorzystać może z oferty Camperdown Wildlife Centre. Położone na obrzeżu miasta centrum zamieszkują niedźwiedzie brunatne, lemury, osły i wilkami. Ptaki reprezentują kolorowe czy ary, wielkie bociany czy śnieżne sowy. A są i wilki. Znaleźć tu można także repliki tradycyjnych szkockich domów budowanych z kamienia. Całość rozciąga się na 18 akrach.

Ponieważ placówka organizuje imprezy dla dzieci, pełne zabawy i podanej w lekkiej formie wiedzy,mroi się tu od maluchów z rodzicami. W sklepie zaopatrzyć się można w pamiątki, zabawki i książki. Co więcej w placówce zorganizować można urodziny dla dziecka. Wyznaczono też miejsce na rodzinne pikniki. Organizowane tu programy naukowe przybliżają tematykę zoologiczną. Zainteresowani? Zajrzyjcie tutaj.

Bilety: od 1 funta (dzieci do lat 3) do 6 funtów (dorośli); 21 funtów (rodzinny).

Pora kończyć wizytę w Dundee. Przychodzi mi na myśl, że to naprawdę niezwykłe miasto. Przecież w przeszłości było celem licznych ataków, zwłaszcza w XI w. W l. 1543-50 r. było jedną aren wojny szkocko-angielskiej. Sto lat później ponownie oblegały je angielskie armie, czego przejawem była kompletna ruina w 1651. A do tego okazuje że dawni mieszkańcy zawsze stawali po stronie przegranych w owych starciach…. Mimo to podoba mi się tu.

Na koniec jeszcze informacja praktyczna. Najłatwiej po mieście poruszać się komunikacja miejską. Mapkę połączeń autobusowych, można znaleźć tutaj. Sporo ludzi wybiera także rowery, korzystając z gęstej sieci ścieżek rowerowych.

“W przeprowadzonym w Szkocji we wrześniu 2014 r. referendum, niepodległościowym mieszkańcy Dundee, jako jedni z czterech miast na terenie kraju poparli pomysł odłączenia się od Wielkiej Brytanii. Za pomysłem zagłosowało wówczas 57,3% głosujących.”

Szczęście w Inverness

Tak jak Dundee można było przypisać szczególną cechę, w tym przypadku związaną z niegdysiejszą produkcja juty, tak leżące na Pogórzu Północnym Inverness, to już materiał na idealną opowieść o… szczęśliwości.

Rekordy w zestawieniach na najbardziej zadowolonych ludzi w Szkocji, pobijało stosunkowo niedawno, zważywszy na swą, dość długą, historię. Oto bowiem 2014 r. Inverness przejęło palmę pierwszeństwa najszczęśliwszego miejsca Szkocji, a zarazem drugiego takiego w Zjednoczonym Królestwie. Zresztą po roku pierwsza z wymiennych nagród ponownie trafiła do włodarzy. Nic tylko zatopić się w zamieszkałym przez 63 tyś ludzi mieście.

Potężne liny nad łączącym miasto z północą kraju mostem Kessock wydają się napięte do granic możliwości. Ale to tylko pozory. Budując przeprawę w 1982, wiedziano, że na żadna fuszerkę nie można sobie pozwolić. Zastąpienie starej przeprawy na półwysep Black Isle, było fundamentalną inwestycją. Opierając się barierkę, długiej na 1056 m przeprawy, w lewej strony wpatrują się w pofałdowany teren miasta, na którego centralna połać kusi na wschodnim brzegu rzeki Ness.

Kessock Bridge Inverness www.szlakiempodrozy.plKessock Bridge Inverness; źródło: Flickr

Przemysłowy obraz Inverness

Spacerkiem, ocierając się niską metalową barierkę zbliżam się do miasta. Płaska trasa sprawia, że nadłożenie 750 m, by potem odbić w prawo sprawia, że czas się nie dłuży. Mijam magazyny, zerkając co chwila za siebie, bo choć podążam chodnikiem to wielkie tiry, wymijając się,ledwie mieszczą się na drodze. Ryk wielkich silników z wolna zamiera uzupełniając miejsce hukowi trzaskającej o kamienne nabrzeże wody. Teraz wielkie palety majaczenia ogrodzeniem w lewej strony, ale oto wreszcie! Za wielkimi belami drewna widzę rząd cumujących w marinie łodzi. W większości białe okazy kołyszą się na wodzie. Powietrze niesie się odgłos, robionych po trapach kroków.

Pobocza biegnącego łukiem Longman Drive zawalone są wszelkimi możliwymi ładunkami. Jasna sprawa, skoro miejscowy port wysyła i odbiera towary którymi Szkocja handluje nie tylko z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa, ale i krajami skandynawskimi.

Uwielbiam zapuszczać się w miejsca, które na typowych turystach nie robią żadnego wrażenia. Ale ja je doceniam. To tutaj jest bowiem to prawdziwe życie; nie przypudrowane, bardziej, hm… realne. Zwykła, codzienna rzeczywistość, może nie tak szara jak zasnute teraz chmurami niebo, ale jak wiele mówiąca o miejscu.

Nagle oblepiony żółtymi znakami ostrzegawczymi most kolejowy, jakby przenosił w inne miejsce. Przemysłowa okolica ustępuje miejsce niskim domom. Mijam rondo i na Chapel St. dostrzegam pierwszy w mieście kościół – Wolnych Prezbiterianinów. Zgodnie z nawą ulicy tworzy go raczej, mała kapliczka niż tradycyjny kościół. Gdy widzę te namalowane na środku skrzyżowania żółte, krzyżujące się pasy, zastanawiam się, czy to ta strefa na której nie wolno się zatrzymywać pojazdom? Mniejsza z tym… Rzucam okiem na Old High Church, który najlepiej prezentuje się z przykościelnego cmentarza.

Old High Church Inverness www.szlakiempodrozy.plOld High Church Inverness; źródło: Flickr

Kościelna księgaria

Lubicie czytać? Bo ja książki sensacyjne i kryminały, wręcz pochłaniam. A, że Arthur Conan Doyle, był Szkotem, to po chwili buszuje po półkach sąsiadującej z kościołem Leakey’s Bookshop, szukając oryginalnego woluminu o przygodach Sherlocka Holmes’a. Wciągam nosem ten wspaniały zapach papierowych egzemplarzy; używanych co prawda, ale – księgarnia wypełniona używanymi egzemplarzami. Ale tu ładnie! Wszystko dzięki temu, zdesakralizowany kościół postanowiono przeznaczyć właśnie pod handel książkami. Przeglądam tutejsze skarby w świetle padającym przez kolorowe witraże rozumiem skąd ten poziom zadowolenia autochtonów.

Otwarte: Pon-sb 10.30 – 17.00

Zaglądam jeszcze na tyły, do sąsiadującej z nurtem rzeki Ness Scottish Flair Fine Art Gallery, z XIX w. obrazami olejnymi. Grzech nie skorzystać skoro wstęp darmowy.

Otwarte: pon-sb; godz.10-18

Po chwili mijam Abertarff House. Ni stad ni zowąd, nachodzi mnie myśl,nże przecież stoję przy najstarszym budynku w mieście, z 1593 r. A jaby tego “naj” było mało, to przecież Invernsess jest też najbardziej na północ wysuniętym miastem Wielkiej Brytanii! Gdy w pakiecie dostaję coś jeszcze, nie dziwię sie tutejsi uznają swą krainę z oazę szczęśliwości. Z takimi ulicami! Swoją, nomen omen, drogą Church St. to już przecież granica ścisłego centrum, ograniczonego także High St. i Academy St. Gdzie ma więc być bardziej „twarzowo”…

Abertarff House Inverness www.szlakiempodrozy.plAbertarff House w Inverness; źródło: Flickr

Wiecie jak to jest z tą kolorystyką miast. Niektórym barwne szaleństwo dodaje uroku. Takie Burano czy inne włoskie miasteczka, bywają urocze tą swą paletą. Ale tak sobie myślę, że Szkocja powinna pozostać wierna, temu swojemu konserwatyzmowi. Ceglano-szare elewacje ul. Kościelnej to najlepszy dowód. Wąziutka jednokierunkowa jednia, z limitem prędkości 20 mil/h, zapełniona jest po obu stronach parkującymi samochodami. Spoglądam na tutejsze szyldy i nawet zielonkawe „Wszystko dla dzieci” oraz bordową elewację sklepu z akcesoriami dla artystów da się przełknąć.

Inverness jest ważnym centrum dla miłośników dud i miłośników dud. Co roku zjeżdżają się na specjalne występy.”

Szkocja (nie)oszczędność

Ładne kamienice na obu rogach , jakby szeptały obietnicę, że przejścia Queensgate nie będę żałował. Ta stojąca po prawej, już odnowiona wyglądają czyściej, ale za to po lewej nad biurem podróży dostrzegam fajne balustrady z zawijasami i misterne wzory na elewacji. Z wydzielonego pasa rusza właśnie czerwony, piętrowy autobus.

Za rogiem, na Academia St. wiem już czego szukać. Na samej górze podobnie zabrudzonej elewacji odczytuję napis „Markets”. No tak, zabudowania te naprawdę sporo już przeszły skoro Victorian Market, czyli Rynek Wiktoriański ma tak dłuuugą historię. Ciągnąca się dekadę budowa zakończona w 1870 r. nie okazała się jednak szczęśliwa. Gdy zajął go ogień z oryginalnej konstrukcji, jedyne co z pożogi pozostało, to właśnie owo oryginalne zbudowane z piaskowca, w formie trzech łuków. Opuszczam niego głowę, zerkając na mała kamienną głowę byka, któremu z obu stron towarzyszą głowy baranów.

A w środku – inny świat. Białe kafle na podłogach kontrastują z ciemno brązowymi wystawami sklepów i butików. Zerkam tylko na kilka, by docenić, jak sporym wysiłkiem gmach udało się go odbudować, co ponownie trwało 10 lat. Wstydliwie dotykam murów stojącego od 1891 r. rynku, by przekonać się, że to nie fatamorgana. Ale nie… To wabienie mnie 41 małymi sklepikami, kwiaciarniami i tradycyjnymi sklepikami, w których upolować można pamiątki, jest prawdzie.

Victorian Market Inverness www.szlakiempodrozy.plVictorian Market Inverness; źródło: Flickr

Lżejszy o ileś tam funtów (strach liczyć!), zastanawiam się co dalej. Możliwości sporo, wszak to miasto jest stolicą hrabstwa Highlands. Tyle, że teraz akurat wiedzę przed sobą jedynie dworzec kolejowy. Postanawiam zobaczyć, jak się na nim sprawy mają. Niejednokrotnie okazują się przecież nie mniej atrakcyjne niż najważniejsze adresy w miastach.

Drogami Inverness

Obsługujący 1,24 mln pasażerów rocznie… zdecydowanie na należy do tej kategorii. Daleko mu do obskurnych stacji jakie jeszcze dwie dekady temu straszyły w Polsce, ale też zachwycać się ma się czym. Academy St. nagle się urywa. Patrzę na półokrągłą konstrukcję nad głównym wejściem do mieniącego się piaskowym kolorem centrum handlowego. Otwarte w 1983 r. królestwo zakupów rozsądnie odpuszczam.

Równo wyłożona kostką High St. pęka od ludzi. Część stoi przed ponownie otwartym w połowie lutego 2020 r. Town House. Ciekawe jak przebiegł remont nadający zarówno sali głównej jak i izbie rady nowej energii. Postanawiam niejako go „odebrać”. Wdrapuję się po odnowionych schodach, zerkając na witraże okienne i święcące pełnym blaskiem żyrandole. W czerwone ściany, wtłoczono życie, wieszając obrazy. Stojący na rogu z Castle Street gmach wzniesiono w ciągy czterech lat, kończąc w 1882.

Town House Inverness www.szlakiempodrozy.plTown House Invernessse Inverness; źródło: Flickr

Tłok na deptaku to efekt nie niezamykających się teraz drzwi do tutejszych sklepów. Może jestem na to wyczulony, ale na twarzach tych ludzi nie rozpoznaję oznak jakiegokolwiek czarowania, czy smutku. I pewnie wpatrywał bym się tak godzinami, gdyby nie to, że wybieram jaśniejącą w słońcu siedzibę Inverness Museum and Art Gallery.

Jak się wkrótce dowiaduję nie słynie ona z bogatych zbiorów, a podziwianej przez dzieci postaci Pana Ciosa, czyli Mr Punch. W gablotach skrzą się wyroby złotnicze; ma wyższym piętrze zgromadzono pamiątki Jakobitów, sztućce, okazy broni i słynne dudy i wreszcie VIII w. piktyjski kamień z obliczem wilka. Zanurzam się jeszcze w historii miasta i kultywowanych w nim tradycjach i ruszam nieco dalej.

Otwarte: wt-sb g.10-17 (kwiecień-październik); g.12-16 (listopad-marzec).

Szekspirowski zamek w Inverness

Tak… Tutejszy zamek wszedł do świadomości ludzi, w iście spektakularny sposób. To bowiem w nim toczyła się akcja dramatu Williama Szekspira „Makbet” i to w nim główny bohater dopuścił się swej zbrodni na Duncanie. Dziś miejsce dawnego zamku zajmuje widoczny na wzgórzu zamek z 1836 r, stojący w miejscu jego średniowiecznego poprzednika. Tak ostrzyłem sobie na niego zęby, a…imponujący to on nie jest.

Zamek Inverness - Inverness Castle www.szlakiempodrozy.plZamek w Inverness; źródło: Flickr

Nieco rozczarowany dumam nad tym jak to pieczę nad procesem budowy trzymali architekci William i Thomas Burns. Naprawdę taki był plan? No cóż, czego by nie powiedzieć wzniesiony na miejscu XI w. konstrukcji dziś przyjemniej nie zarasta chaszczami. Wymyślono bowiem, że idealnie nadaje się na siedzibę sądu i aresztu szeryfa Inverness. Zamknięty dla publiczności kompleks dopiero w 2017 r. postanowiono w części udostępnić i tak dziś można wejść na wieżę widokową.

Punkt widokowy na miasto zawsze warto odwiedzić. Z tym przekonaniem wdrapuję się nie tylko spojrzeć na pejzaż, ale i możliwości wchłonięcia porcji wiedzy o mieście, za sprawa wyświetlanego tu edukacyjnego filmu o Inverness. Prócz tego garść informacji o najbardziej oryginalnych postaciach w okolicy: Brahan Seer i Potworze z Loch Ness. Wiecie, że jeśli przyłoży się ucho do tego, co mówią na mieście wychodzi na to, że zbudował go pierwszy król Szkocji Malcolm III? No ale co z tego, skoro wielokrotnie atakowany obiekt, nie raz ucierpiał.

Inverness miastem w sensie prawnym jest dopiero od… 2001 r.”

O areszcie już było, teraz pora na więzienie Portfield. Kluczę drogą dotykając wysokiego na jakieś 2 m murku, który kończąc się uwalnia teren na którym powstało osiedle domków. Po dwóch zakrętach przystaje przed murem zastanawiając się: co jest grane? Więzienie kojarzy mi się z grubymi murami, zwieńczonych połyskującymi, metalowe zwoje drutu kolczastego. Do tego obowiązkowa wieża strażnicza.

A tutaj… ani jednego ani drugiego. Jedyny znak to oklejone wszelkimi możliwymi znakami wejście i celujące w nie po zewnętrznej stronie oko kamery. Jak to można ulec złudzeniu…. HM Prison Inverness, otwarte w 1902 r. wciąż działają. Nie mam pojęcia, czy w celach „gości” dziś komplet 103 osadzonych, ale za to wiem, że trafiają tu mężczyźni skazani na nie więcej niż 4 lata odsiadki, zaś do bloku damskiego – panie skazane na maksymalnie 2 lata. Tak a’propos prawa… Pilnowaniem jego przestrzegania zajmuje się tu Szeryf. Do 1748 r. była to przeważnie „fucha” dziedziczona – pałeczkę z władza przejmował zazwyczaj syna.

Za rzeką

Ness Bridge przechodzę przy tumulcie samochodów. Swoją droga, całkiem niezłe widoki oferuje. Tu postawiony na wzgórzu zamek, tam dwie piętrzące się wieże kościelne. Po drugiej stronie przyjemnie zabudowania, a to wszystko ledwie na 28,8 km2 miejskiego terenu..

Właśnie jedną z nich biorę na cel. Po drodze przewijają mi się stare kamienice. Gdyby nie to, że ustawione przy nich stoliki, przy których miejscowi spędzają akurat „tea time”, mogły by służyć za dekorację filmu z początków XX w. Jeśłi mieszczące się w nich „Columba Hotel” i „Palace Hotel” oferują taki standard jak ich wygląd z zewnątrz, to tylko pogratulować.

Wreszcie zza rogu nad kronami drzew dostrzegam dwie bliźniacze wieże. Katedra św. Andrzeja na rogu Ardross St i Bishops Rd to obiekt szczególny. Postępująca w Europie reformacja trafiając na brytyjskie ziemie i tu pociągała za sobą nowych wyznawców. W awangardzie zmian na religijnym polu stanęli właśnie mieszkańcy Inverness, budując pierwszą katedrę protestancką w Wielkiej Brytanii.

Gdyby nie dające pobłysk lampy brązowe wnętrze byłoby przytłaczająco ciemne. A tak, robi wrażenie pewniej tajemniczości. Idę środkiem, po ułożonych w karo płytach, których środek stanowi jaśniejsza odmiana terakoty, w kształcie krzyża. Podnoszę głowę a tam drewniane deski wyściełające sufity. Głęboko schowany w ołtarz, jest w pełni oświetlony.

Wnętrze Inverness Cathedral www.szlakiempodrozy.plWnętrze Inverness Cathedral; źródło: Flickr

Był 1866 r. gdy abp Canterbury Charles Longley z wiarą w to, że budowa nie będzie się ślimaczyła wbudował kamień węgielny. Tak poczęto zwozić na miejsce czerwony kamienia Tarradale, oraz mające posłużyć za budulec kolumn w nawach graniu Peterhead. I rzeczywiście po trzech latach oddano ją do użytku, tyle tylko, że z pierwotny projekt zakładał coś innego…. Widniejące na kartkach dwie gigantyczne iglice, zaplanowanie prze architekta – Alexandra Ross’a po prostu nie powstały. Co nie zmienia faktu, że do dziś dumą kościoła jest dziesięć okazałych dzwonów.

Katedra w szkockim Inverness www.szlakiempodrozy.plKatedra w szkockim Inverness; źródło: Flickr

Eden Court Theatre Inverness www.szlakiempodrozy.plOtwarty w 1967 r. Teatr Eden Court 40 lat po otwarciu przeszedł gruntowny remont. Główna sala teatralna mieści 870 miejsc; mniejsza – 270. Wystawiane są tu zarówno rodzime spektakle dramatyczna, przedstawienia baletowe, jak i i musicale z West End oraz produkcje nakierowane na dzieci i rodzinne pantomimy.

Rekreacja w zielonej scenerii

Wiernie kroczę aleją wzdłuż wody, co jakiś czas zatrzymując się przy interesującej architekturze. Gdy ta kończy się, za ostatnim rzędem domów rozciąga się Bught Park. Jeśli nie dolatuje stąd hałas to znaczy, że… z nieba leje jak z cebra. A to i tak. wcale nie tak rzadko… Ale coś w tym jest: pogodne dni sprawiają, że tak jak dziś park staje się miejscem w którym zawsze się coś dzieje. Na basenie pluskają się miejscowi, młodzież szaleje na torze motocrossowym galopując swymi BMX-ami. Szkoda,że dziś dzień powszedni, bo w weekendy 5 tyś stadion wypełniają kibice piłkarscy klubu Inverness Shinty Club.

Największy plac zabaw park pod gołym niebem w Inverness to „Whin Island Boating Pond”.”

Zostawiam za sobą kolejne okupowane tu miejsce. Co prawda nie słyszę świstu nadlatującej piłeczki, ale oczy mam szeroko otwarte, kto wie czy z pola golfowego nie poleci akurat jakiś źle wybity, pędzący plastik. Ale zdaje się, że mi to nie grozi; pole golfowe owszem jest, ale takie do rozgrywki w wersji mini. Mijam skatepark, wchodząc z zielone okowy ogrodu botanicznego. Nie wydając ani funta, dzięki darmowemu wstępowi zerkam na zgromadzone tu okazy. A, że całość jest sensownie podzielona, łatwiej przyswoić roślinne ciekawostki. Tak zaglądam przechodzę przez:

  • ogrody
  • stawy
  • dom tropikalny
  • dom kaktusów
  • łąki dzikich kwiatów

Otwarte: codziennie godz. 10.00-18.00

Pora postawić stempel i z godnością pożegnać się w Inverness. Po dłuższym namyśle, jak dokonać tego z przytupem, szukam przystaniu autobusowego. Przystanek: Cemetery Gates; linia: nr 4; czas oczekiwania: znośny. Osiem minut później wychodzę na Highfield Avenue i rozpoczynam mozolną wspinaczkę.

Szukając tego co zapamiętać najłatwiej obieram kurs na 172 m wys. wzgórze Craig Phadrig, na którym w IV w. miejscowa ludność wzniosła mały fort. Bazując na termicznej obróbce tutejszych kamieni, tworzyli coś w rodzaju szkła ogradzając teren 75 x 23 m. O tym że i Francuzi nawiedzi miejsce świadczą odnalezione tu narzędzia do obróbki metali i wywodząca się z tego kraju ceramika. Mozolnie pnę się do góry, aż czuję w nogach zmęczenie. Przystaję, obracam się i w mig wiem, ten widok zapamiętam na zawsze. W końcu: Inverness krainą szczęśliwości jest i basta!

Hej! Mam małą prośbę: jeśli spodobał Ci się tekst, może innych też zainteresuje. Proszę podziel się nim, udostępniając go na Facebooku, czy Twitterze. Możesz skorzystać z linków pod tytułem tego tekstu↑. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *