Dżakarta - Jakarta wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Dżakarta

Fala z wielką siłą uderza o brzeg lądu. Raz za razem wzburzona woda próbuje podmyć piasek z plaży i zabrać go z powrotem. Ten jednak się nie daje, uparcie wracając na brzeg Dżakarty. Odwieczna walka przypływu z odpływem urozmaicona jest tu jednak o jeszcze jeden element. W każdej sekundzie do Morza Jawajskiego, w okolicy zatoki, wpływają wody aż 13 rzek. W takich oto okolicznościach ruszam w trzewia tej wielkiej metropolii na wyspie Jawa.

A czeka mnie nie lada wyzwanie. Już samo połapanie się w tutejszym podziale administracyjnym i sensowym ułożeniu marszruty na zwiedzanie Dżakarty sprawia, że tworzony plan szybko się sypie. Lubię się zatracić w nowym otoczeniu, nie patrząc na urzędnicze podziały, ale jednak ponad 661 km² terenu robi swoje.

Atrakcje na Starym Mieście Dżakarty

A więc jestem! Wychodzę z chyboczącej się, choć już zacumowanej łodzi, czując jeszcze miękkie nogi. Twardy grunt pod nogami Portu Sunda Kelapa powoli sprawia, że czuję się pewniej. Wychodzę przez bramę i widzę jak na biało-niebieskim murku, zbieranina przedstawicieli każdego pokolenia, coś kombinuje. Widzę jak uważnie przypatrują się każdemu obcokrajowcowi. Chcą zarobić, to oczywiste… 

Na szczęście temperatura w Dżakarcie sprzyja przemieszaniu się. Zwykle w ciągu roku średnia jej wartość oscyluje między 25, a 28°C – całkiem przyzwoicie. Kwestia kiedy jechać, pozostaje więc otwarta! Zanim zaoferują mi cokolwiek, mijam ich i po 2 km spacerze przystaję na przystanku. Patrzę na rozkład, po czym… opuszczam przystanek i przechodzę na drugą stronie jezdni. Skoro panuje tu ruch lewostronny, to oczywiste, że spoglądałem na złą tablicę! Teraz już na dobrym rozkładzie sprawdzam co i jak. Zaznaczona czerwonym kolorem „24” kursuje co 20 minut. Ale mam szczęście; prezentowane na niebiesko dwie linie kursują co 5 minut. Gdy podjeżdża autobus i próbuję wgramolić się do środka z plecakiem nagle dochodzi do mnie, że przecież nawet nie wiem czy powinienem mieć już bilet. Może u kierowcy nie dostanę? Na szczęście jakoś udaje mi się załatwić sprawę i ruszam. Przez szybę migają mi tylko drzewa, odwracam więc głowę w poszukiwaniu czegoś ciekawszego. Betonowe kloce muru. To już wolę zieleń…

Oddalam się od portu wspominając jak to, w dawnych czasach, stanowił podstawę tutejszej gospodarki. To stąd w świat ruszały miliony ton przypraw korzennych. Słynący z 1,5 km nabrzeża port parł do przodu do 1817 r. Do dziś praca pali się w rękach miejscowym rybakom, który są jedynymi jego użytkownikami. Gdzieś tam majaczy mi wieża strażnicza Uitik, wzniesiona w XIX w. nieopodal rzeki, zastępując dawną komorę celną, zwaną tu Pabean. Niegdyś kupcy obdarowywali tu władców daniami, co zapewniało im możliwość prowadzenia interesów. Dziś dobijają do niego stare pinisi – dwużaglowe statki.

Krajobraz zaczyna się powoli zmieniać. Z zapyziałego, typowo przemysłowego, na miejski. To znak, że znajduję się już w Kota Tua – miejscu, gdzie biło serce historycznej osady – Batawii. Szukam wzrokiem przejawów działalności pewnego jegomościa; konkretnie projektanta. Był 1618 r. kiedy do Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, przybył Jan Pietersszoon Coen. To dzięki niemu architektura do dziś żywcem przypomina słynne europejskie miasta nad kanałami. Dzięki sprawnie działającemu portowi, pewnie inaczej się prezentującemu, niż to co właśnie widziałem, szybko się bogaciło. Tak w XVII w. stało prawdziwą namiastką Amsterdamu. Otoczone murem, chełpiące się własnym zamkiem było doprawdy czymś niezwykłym. Tak wyrosła metropolia otoczona biednymi kampung – wioskami, w których życie rdzennych mieszkańców upływało na uprawianiu ryżu i warzyw.

“Już w IV w. bliskość rzeki Ciliwung sprawiła, że założono tu port Sunda – ważny punkt handlowy. Przyjmując do siebie angielskie i portugalskie statki, rozrósł się za sprawą Holendrów. W XVI w. dzięki ładunkom pieprzu przynosił duże zyski”

Przejeżdżam Inner Ring Road, w otoczeniu nie pierwszej świeżości wiaduktów. Wreszcie bus staje, a ja wychodząc już rozglądam się za kolejnym, który dowiezie mnie do centrum. Tak sobie myślę, że skoro dotarłem tu morzem, to idealnym początkiem snucia się po Dżakarcie będzie wizyta w Muzeum Morskim (Museum Bahari). Wchodzę więc w boczną ulicę gdzie witają mnie dwie wbite w ziemię wielkie kotwice. Wiedząc, że jestem na dobrym tropie dostrzegam leżące na wybrukowanym chodniku armaty. Konkretnie dwie. Wreszcie wchodzę na zadbany plac otoczony ułożonymi w trójkąt parterowymi zabudowaniami. Czerwony dach i takie też otwarte okiennice sprawiają, że jasna elewacja ma w sobie namiastkę życia. Aż trudno uwierzyć, że niegdyś był tu zwykły magazyn. Zbudowali go Holendrzy w 1652 r., by składować w nim kawę, herbatę i tkaniny, nim te wyruszyły w świat. Dziś zaglądam do jego wnętrz i zerkam na to jak dawniej wyglądały statki handlowe. Kręcę się po salach, patrząc na wiekowe mapy i zdjęcia starej, dobrej Batawii.

Myśl o dawnej „holenderskości” nie opuszcza mnie, gdy w towarzystwie okropnie zaśmieconego pobocza idę wąską asfaltową dróżką, prowadzony przez Kanał Kali Krutuk. Przystaję na metalowej przeprawie, ledwie kilkanaście metrów od równolegle biegnącego Jembatan Kota Intan. Dochodzi do mnie, że przecież owa brązowa konstrukcja, podtrzymywana przez grube oczka metalowych łańcuchów, to XVII w., najstarszy most w Indonezji! Choć i tu nie obyło się tu bez ingerencji człowieka, kiedy to stare, zepsute drewniane części zastąpiono metalowymi.

Jembatan Kota Intan www.szlakiempodrozy.pl Jembatan Kota Intan; źródło: Wikipedia

Wściekłe odgłosy przejeżdżających co chwilę tuk-tuków i zdegenerowane zabudowania odprowadzają mnie do jednego z ciekawszych miejsc w tej części metropolii. Szkielet Dasaad Musin Concern do niedawna stanowiło jedno z najbardziej obleganych przez fotografów miejsc w mieście. Choć zaniedbany, przyciągał swym urokiem. Jeden z najstarszych budynków Indonezji to pochodna prac z 1857 r. Władze już dawno chciały go rozebrać, ale ciągły opór mieszkańców sprawił, że wciąż stanowił krajobraz miasta. Niedawno prezentował się jeszcze tak:

Dasaad Musin Concern Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Dasaad Musin Concern; źródło: Wikipedia

Dziś stoi tu już nowa konstrukcja, która jednak nie wzbudza zainteresowania. Ot, kolejny budynek po drodze.

Gdy po chwili wpadam na Taman Fatahillah – tutejszy rynek, próbuje sobie wyobrazić pewien dzień z 1627 roku. Wówczas „Nieuwe Markt” był o połowę mniejszy, ale za to sąsiadował z rzeką. Dziś te dawne czasy, to ledwie mgliste wspomnienie. Teraz niespiesznie spacerują po nim ludzie, mający akurat chwilę wolnego czasu. W dawnych kolonialnych budynkach urządzono placówki kulturalne – muzea. W najważniejszym z nich – Muzeum Historii Dżakarty, gnieżdżącym się w dawnym ratuszu, oglądam wiszące na ścianie egzemplarze broni i zamknięte za szklaną szybą, ładnie zdobione ceramiczne naczynia. Są stare szafy i kredensy, no i oczywiście obrazy. W sumie i sam budynek można uznać za eksponat, no bo czy budowla z 1710 r. nie zasługuje na taki przydomek? Nie wiem czy we wszystkich tutejszych 37 pokojach jest jakaś wystawa, ale całkiem tego sporo. Najstarsze przedmioty robią na mnie największe wrażenie – starożytne inskrypcje i miecze nie są tu wyjątkiem.

Muzeum Historii Dżakarty www.szlakiempodrozy.pl

Muzeum Historii Dżakarty; źródło: Flickr

Słynąca na cały kraj Cafe Batavia zawsze pęka w szwach, na co składają się wizyty zarówno miejscowych, jak i turystów. Na zewnątrz stoi kilka zielonych parasoli, które skryte są za dwumetrowymi drzewkami i nieco niższymi krzewami. Być na rynku i nie wejść do najstarszego budynku na rynku, sięgającego 1837 roku byłoby niewybaczalnym faux pas. Wypolerowane brązowe stoliki błyszczą, na każdym krześle leży biało czarowna miękka poduszka. Na niewielkim podwyższeniu przygrywa kapela składająca się z gitarzysty, perkusisty i człowieka siedzącego za keyboardem. Tu termin „przygrywanie do kotleta” ma zupełnie inny wydźwięk. Przechadzam się pp wnętrzach zerkając na setki zawieszonych na ścianach zdjęć – dowodu na popularność kawiarni, na których dostrzegam nawet członków brytyjskiej rodziny królewskiej. Kto mógł się spodziewać, że w miejscu gdzie dawniej rezydowali gubernatorzy, a potem ulokowano magazyn w 1991 r. powstanie tak oldschoolowe miejsce.

Cafe Batavia Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Cafe Batavia; źródło: Flickr

Po obejrzeniu dwóch ciekawych miejsc rozlokowanych na osi północ-południe czas na kolejną parę. Tym razem na linię wschód-zachód. Patrzę na Muzeum Stuk Pieknych i Ceramiki, i czuję się… jakbym oglądał program informacyjny w TV, nadawany wprost spod Białego Domu w Waszyngtonie! Ukończony 70 lat później niż pierwowzór od początku, czyli 1870 r. mieścił Trybunał Sprawiedliwości. Potem przewinęła się przez niego holenderka armia, a nawet burmistrz miasta. W końcu wykorzystując dużą przestrzeń Prezydent Suharto umieścił tu obecną kolekcję – gliniane naczynia, misternie zdobione rzeźby i obrazy. Głównie azjatyckie, choć i na europejskie też można trafić.

Zajawka na kulturę mi nie przechodzi. Po chwili buszuję po Wayang Museum, które oferuje mi pokaz przedmiotów związanych z tradycyjnym, indonezyjskim teatrem lalek i masek – topeng. Ok, przyznaję, że nie mam pojęcia o co biega. Wgryzam się w temat za sparwą sporej części z 4 tyś wytworzonych egzemplarzy, z tak różnych surowców jak: drewno, skóra, trawa, a nawet liście kokosowe. Dziś emanuje stąd spokój, ale nie zawsze tak było… Były czasy, że dochodziły stąd odgłosy śpiewów i modlitw – stał tu wzniesiony w 1640 r. kościół. Po 92 latach został odnowiony, ale nie uśmiechnęło się do niego szczęście. Oto bowiem w 1808 r. został stary na proch przez trzęsienie ziemi. Na niedawnym miejscu kultu, w 1912 powstał magazyn, który w po ponad dwóch dekadach odnowiono w wybitnie holenderskim stylu.

Jalan Lada prowadzi mnie w kierunku Muzeum Banku Indonezji. Dawny zagrożony zniszczeniem wieżowiec z 1828, który mieścił szpital przejął „De Initche Bank”. Przejął i… zburzył, stawiając neorenesansowy gmach, udekorowany jawajskimi dodatkami. Nowa siedziba Banku Centralnego robiła wrażenie, ale wieku nie da się szukać. Po przeprowadzce instytucji postanowiono go zaadaptować na muzeum. Wchodzę do potężnego gmachu w którym za szybami prezentowane są stare środki płatnicze, w tym banknoty sięgające 1946 roku. Są też wydawane na przestrzeni lat albumy, kasy pancerne czy zdjęcia i makiety starych budynków bankowych i kantorów.

Muzeum Banku Indonezji - Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Muzeum Banku Indonezji; źródło: Flickr

Zastanawiałem się czy wizyta w sąsiednim Muzeum Banku Mandiri nie będzie przesadą, skoro dopiero co opuściłem podobny gmach. Ale wygrała ciekawość. Okazuje się, to przedstawiciele „Oranje” w 1933 oddali tu do użytku siedzibę krajowego Towarzystwa Handlowego, które potem mieściło różne instytucje finansowe. A koniec XX w. przyniósł otwarcie placówki kulturalnej, której motywem przewodnim jest oczywiście działalność banku. Kolekcja nie jest duża więc już po kilkunastu minutach, ukontentowany widokiem dawnych walut, papierów wartościowych czy holenderskiego sejfu wychodzę.

 

Zazdroszczę ludziom, którzy po rysach twarzy, wypowiadanych słowach czy też zachowaniu, bez trudu rozpoznają narodowość danego Azjaty. Ja, wkraczając w dzielnicę Glodok, dzierżącą miano tutejszej Chinatown, doskonale wiem, że nie mam na to szans.

Wąską, acz zatłoczoną ulicą, na której jadący na skuterach jeden za drugim robią nieziemski raban, powoli wczuwam się w tutejszy klimat. Jeśli nic się zaraz nie zmieni (a nic się na to nie zapowiada) kwartał ten obficie podlany jest sosem ubóstwa. Zabudowania, sprawiające wrażenie nie widzących farby od dziesięcioleci, gdzieniegdzie tylko ustępują miejsca nieco bardziej zadbanym miejscom – uchodzącym tu za prawdziwy rarytas. Ale mi to nie przeszkadza. Daję się porwać tłumowi, który tylko sobie znanym sposobem porusza się nie powodując na każdym kroku wypadku. Zaparkowane z boku niebieskie tuk-tuki, parkują obok dziwnie wyglądającym z zewnątrz, ale całkiem dobrze wyglądającym samochodom. Ludzie siedzą na zaimprowizowanych stołkach w miejsocwych barach. Mie mam wątpliowści, że gdyby odwiedził je przedstawiciel naszego sanepidu, w ciągu kilkudziesięciu sekund zostały zamknięte i opieczętowane…

Wtem za misternie wykutą bramą, zauważam Vihara Dharma Jaya Toasebio – pierwszą z trzech buddyjskich świątyń. Niestety, nie jest mi dane zajrzeć do środka, gdyż nie jestem „jednym z szanowanych obywateli”. Mijam 90° zakręt i stoję przed Kim Tek Ie, najstarszą chińską świątynią w mieście. Trzeba przyznać, że okazałą:

Kim Tek Ie Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Kim Tek Ie; źródło: Wikipedia

Oryginalne miejsce kultu stało tu od 1650 r., ale 90 lat później holenderscy żołnierze, wraz z Indonezyjczykami dokonując masakry na chińskich mieszkańcach Batawii, podpalili ją. 15 lat później stała już nowa, którą również liznęły płomienie – w 2015. Tym razem winna okazała się świeczka od której zajęła się plandeka, a za nią rzeźby i dach świątyni. Dziś już odnowiona stanowi ciekawy element okolicy.

Swe działania władze Indonezji odpokutowały dopiero w 2000 r. zezwalając na używanie przez miejscowa mniejszość chińskiego pisma. Co więcej, nie robią przeszkód podczas dorocznych obchodów Chińskiego Nowego Roku, kiedy to Glodok staje się najbardziej rozbawionym rewirem Dżakarty.

Włócząc się tak po dzielnicy wreszcie dostrzegam Muzeum Historii Lokalnej, stworzone w niezwykłym budynku Candra Naya. Jego historia, budynku znaczy, łączy się z losami rodziny Tamborów, należącej do chińskiego plemienia Khouw, przybyłego tu z prowincji Fujian. Członkowie rodu wywodzą się od kupca przybyłego tu z Państwa Środka ok. 1769 r. Rozwijając swą działalność zgromadził majątek, zajmując zazwyczaj wysokie szlacheckie stanowiska. Patrzę na reprezentujący typowo chiński styl gmach, z zakrzywionym dachem i bramą księżycową. Okazuje się, że mieścił kilka pomieszczeń, z których każde zajmowali konkretni członkowie rodziny, w tym konkubiny. Bogato zdobione wnętrza imponują misterną ornamentyką. Podnoszę głowę i zaważam, że szczyt budynku zdobi korona tou-kung, czyli bogato rzeźbione narożniki.

Candra Naya Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl Candra Naya; źródło: Flickr

Ale to nie koniec niezwykłej historii domu! W 1995 został rozebrany, by w na jego miejscu mógł powstać apartamentowiec. Nieoczekiwane problemy finansowe połączone z protestami miejscowych sprawiły, że szczęśliwie ocalałe części gmachu można było ponownie złożyć.

Rezydencja Teko Morah Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Rezydencja Teko Morah; źródło: Wikipedia

Nagle Chinatown się kończy. I to w takim stylu, jakby ktoś stojąc na skrzyżowaniu, sieknął mieczem. Czteropasmówką pędzą samochody i skutery. Wybieram zdecydowanie bezpieczniejszy chodnik i tak dochodzę do Muzeum Archiwum Narodowego (Gedung Arsip Nasional). Ledwo co wyswobodziłem się z chińskich okowów, a przed oczami mam indyjski styl. Za otwartą bramą dostrzegam jasny dom, który stawiano od 1755, by po dwóch latach jego lokatorem został wczesny gubernator Indii Wschodnich gen. Reinier de Klerk. Umierając w 1780 pozostawił po sobie nieruchomość o dwóch skrzydłach, z łazienką i aneksem kuchennym.

Narodowe Archiwum Indonezji w Dżakarcie www.szlakiempodrozy.pl

Narodowe Archiwum Indonezji; źródło: Wikipedia

Duży magazyn, lokum dla niewolników, stajnie i pomieszczanie na powozy uzupełniały kompleks, którego część zajmował też dom dla woźniców i strażników. O próżności właściciela świadczy fakt, iż mieszkało w im ok. 100 niewolników, z czego 16 należało do specjalnej grupy muzyków – wieczorami zabawiającej de Klerka i jego gości. Dom przechodzący z rąk do rąk, służył potem mi.n. za sierociniec. W 1925 r. przeszedł renowację, a nowe znaczenie zyskał, gdy zorganizowano tu Narodowe Archiwum Indonezji. Pogarszanie się stanu technicznego wymagało przeniesienia instytucji, a gmach zaczął niszczeć. W 1995 r. obchody 50-lecia niepodległości Indonezji sprawiły, że pojawiło się światełko w tunelu. Działalność rozpoczęła fundacja mająca na celu zbiórkę pieniędzy na renowację. Tak 1 listopada otwarto zmodernizowany dom, który jednak doskonale utrzymał swój XVIII w. wygląd.

Zbudowania, prawdę Ci powiedzą

Gdy zbliżam się do położonego niespełna 3 km na południe Medan Merdeka (pl. Wolności) mam wrażenie jakbym się znalazł w innym świecie. Być może dlatego, że jeszcze nie miałem okazji zakosztować w tutejszej wolnej przestrzeni. Mała osada to stąd zuchwale ruszyła w swą podróż, która zakończyła się powstaniem dżakartańskiego potwora miejskiego. Wielki, szary słup z betonu – Monas, zwany tak z uwagi na skrócenie oficjalnej nazwy Monumen Nasional, oznaczającej Pomnik Narodowy, z godnością prezentuje się na tle oddalonych o dziesiątki kilometrów wieżowców.

Panorama Medan Medreka; źródło: Flickr

Podchodzę bliżej do marmurowego obelisku, górującego nad placem. Bez trudu dostrzegam płomień. Nie pali się jednak żywym ogniem; po prostu odlano go z brązu. Pierwotnie obudowano go blachami w kolorze złota ważącymi 33 kg; dziś to zacznie więcej. Po wejściu do wnętrza i dostaniu się szybko śmigającą windą, wypatruję charakterystycznych miejsc. Dzięki punkowi widokowemu potęga Dżakarty objawia mi się na nowo. I to nie tylko na górze, bo już po kilku minutach jestem w podziemiach pomnika. Zwiedzam„Salę Wolności” ukazującą 51 dioram, których tematem przewodnim jest walka toczona przez Indonezyjczyków z Holendrami. Prócz niej jest też ”Sala Kontemplacji” w której złożono indonezyjską „Deklarację Niepodległości” i zapis przemówienia, jakie wygłosił prezydent Sukarno będący „ojcem” konstrukcji. Opuszczam ten symbol determinacji, jaką odznaczał się naród w czasach dążeń do niepodległości Indonezji, bogatszy o kolejne doświadczenia.

Monsas

137 m wysokość
14 m wysokość płomienia
33 kg waga samych blach z których wykonano płomień
14,5 tony waga całego płomienia
77 z tylu tyle koncentrycznie ułożonych elementów zrobiono płomień
115 m wysokość na której mieści się punkt widokowy
1961-75 w tych latach powstawał

Czymże jest Monas wobec takiego placu Pałac Merdeka? Ledwie kruszyną. Ale oślepiająca biel, bijąca od tej jednej z sześciu rezydencji Prezydenta Indonezji, nie chowa głowy w piasek. Zresztą jak by mogła, mając za sobą taką przeszłość! No bo tak: zaczął powstawać w 1873, po tym jak 4 lata wcześniej gubernator kolonii gen Pieter Mijer wydał rozkaz rozpoczęcia prac. Korzystać mieli z niego gubernatorzy Holenderskich Indii Wschodnich.

Był 1875, gdy pierwszym lokatorem został Johan Wilhelm van Lansberge. Symbol indonezyjskiej chwały został jednak zbezczeszczony. Może nie w klasycznym rozumieniu, ale jednak. Zajęcie go przez Japończyków i uczynienie z niego siedziby dowódcy garnizonu, było jak wymierzenie siarczystego policzka całemu narodowi. Szkoda, że mogę mu się przyglądnąć tylko zza płotu. Dostrzegam obudowany dwoma bocznymi łukami gmach, którego fasadę zdobi sześć kolumn. Jednoczenie przychodzi mi do głowy, że Merdeka uwolnił się od drażniącego wydarzenia najlepiej jak mógł. To właśnie w jego murach, ogłoszono niepodległość Indonezji. W porywie radości zebrani tu ludzie wykrzyknęli wówczas: „Medreka!” oznaczające „Wolność!”. Gdy w podniosłym nastroju wiszącą dotąd holenderską flagę, zastąpiła nowa indonezyjska, poczucie dumy narodowej wręcz eksplodowało.

Wnętrza pałacu kryją kilka sal:

  • Ruang Kredensial (sala poświadczeń ) – stanowi wejście do pałacu; to tu odbywają się spotkania z dyplomatami i zagranicznymi gośćmi zapewnia; salę zdobią meble w stylu kolonialnym, obrazy i rzeźby z ceramiki
  • Ruang Jepara – pełna drewnianych rzeźb i mebli stanowiła niegdyś pokój w który pracował Prezydent Sukarno
  • Ruang Raden Saleh – był pomieszczeniem w którym urzędowała tutejsza Pierwsza Dama
  • Ruang Resepsi – to największe pomieszczenie, w którym organizowane są przyjęcia i bankiety , oraz uroczyste kolacje państwowe, spotkania międzynarodowe i imprezy kulturalne; ściany zdobią tu obrazy
  • Ruang Bendera Pusaka – czyli w dosłownym tłumaczeniu pokój z bibelotami, zwany też pokojem Regalii. Pomieszczenie słynie z przechowywania “Bendera Pusaka ” – pierwszej flagi Indonezji, która została podniesiona podczas indonezyjskiej Deklaracji Niepodległości 17 sierpnia 1945 r.

Patrzę na zegarek. Może warto poczekać do 17.00? W tworzącym wraz z Pałacem Negara, Pensjonatem Państwowym (Wisma Negara), Sekretariatem Negara (Sekretariat Stanu) i gmachem Bina Graha, kompleksie Pałacu Prezydenckiego odbędzie się wówczas ceremonia zmiany warty. Jakże dziwnie się złożyło z tym Pałacem Negra… Kolejna z rezydencji głowy państwa, ukończona na Veteran Street w 1804 r. jest bowiem kolejnym historycznym adresem. 8 marca 1942 stał się miejscem podpisania aktu kapitulacji Brytyjczyków, względem Japonii. Cieszę jeszcze oczy buchającymi w górę i tańczącymi na wietrze słupami wody w fontannie, po czym ruszam na przeciwległą stronę placu.

“W 1949 Indonezja uzyskawszy niepodległość od Holandii samodzielnie przejęła stery w mieście, doprowadzając do rozrastania się Dżakarty, która dziś jest gospodarczym centrum kraju.”

Na ścianie Jakarta City Hall (Balai Kota DKI) siedzibie władz regionu, dostrzegam dwie obszerne kilkudziesięciometrowe, reklamowe płachty. Niby promujące jakieś lokalne wydarzenia, ale czy to rzeczywiście najlepsze miejsce? Mam poważne wątpliwości… Przecież kompleks zawiera m.in. najstarszą część ratusza w Dżakarcie. Nie dalej jak w 1972 wybudowano tu jednak 24 p. wieżowiec, czyli budynek G na wzór zachodnich drapaczy chmur.

Jakarta City Hall Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Jakarta City Hall; źródło: Wikipedia

Przechadzam się w tę i z powrotem po placu, by znaleźć najlepszą perspektywę na dostrzeżenie tego, co uchwytne. Jakiegoś ułamka chwili, która sprawi, że zapamiętam ten moment na zawsze. Ale ten, przynajmniej na razie, nie nadchodzi. Nad czubkami coś jednak wystaje. No tak, terminy „wolność” i „niepodległość„ odnoszą się nie tylko do placu.

Podążając za majaczącym w górze elementem dochodzę do meczetu Masdźid Istiqlal – czyli „meczetu Niepodległości”. Islamscy wierni chcąc wznieść dla siebie godny punkt do modlitw, w 1978 wybrali biały marmur. Jego układanie rozpoczęli w miejscu gdzie niegdyś Holendrzy wznieśli wojskową twierdzę. W dzień otwarcia największy meczet w całej Azji Południowo-Wschodniej, pękał w szwach. Notabene, może pomieścić 200 tyś wiernych: główna sala, balkon i skrzydło to miejsce dla 61 tys osób; wstępny gmach mieści 8 tyś; sala na II p. – 51 tyś ludzi, zaś korytarze i reszta może zmieścić 81 tyś wiernych!

Dziś na drodze dojazdowej stoi budka strażnicza i opuszczony właśnie szlaban. Ale to nie tak, że świątynia jest zamknięta. Wokół widzę rzesze ludzi. Zerkam na wabik, który mnie tu przywiódł – samotny minaret. Tylko jeden, z uwagi na symbolikę – jedność Boga. No, może i jeden, ale za to wysoki na ponad 66,66 m – przychodzi mi do głowy. Czytałem wcześniej, że ta wysokość to pochodna 6666 wszystkich wierszy Koranu. Trzeba przyznać, że kompleks – trzeci co do wielkości sunnicki meczet świata, to dzieło życia Wahida Hasyima, dawnego Ministra ds. Religii. W 1953 założył specjalny komitet, zaś lokalizację wybrał sam Sukarno, stając na stanowisku, że tak doniosły projekt powinien zostać zrealizowany w najbardziej godnym miejscu. Tak wybrał sąsiedztwo placu Merdeka.

Meczet Istiqlal w Dżakarcie www.szlakiempodrozy.pl

Meczet Istiqlal; źródło: Flickr

Wspominałem już o symbolice? No tak, ale to był tylko wierzchołek góry lodowej. Tu aż od niej kipi! Jak się okazuje można do niego wejść jedną z 7 bram, symbolizujących tyleż właśnie islamskich Niebios; każdą z nich nazwano Al-Asmaul-Husna, nawiązując do imion islamskiego Boga. Nad główną salą modlitewną rozpościera się 45 m wysokości kopuła, której liczba metrów ma odnosić się do 1945 roku, w którym to proklamowano niepodległość Indonezji. Przy kopule widzę wieżę w kształcie półksiężyca i gwiazdy – symbol islamu. A skoro już o kopule, to podtrzymujące je 12 kolumn pokrytych stalą, jest odniesieniem do – jak wierzą sunnici – 12 dnia trzeciego miesiąca roku, w którym to na świat przyszedł prorok Mahomet. Uff, mało?

Meczet ma główne piętro i cztery poziomy balkonów, co daje cyfrę 5 –korespondującą z tylomaż prawdami islamu. A, zapomniałbym… wejście do głównej sali kryje kopuła o średnicy 8 m – cyfry korelującej z ósmym miesiącem roku – sierpniem, w którym Indonezja świętuje odzyskanie niepodległości. Jak w każdym meczecie najważniejsze miejsce stanowią minbar i mihrab. Główna ściana pokryta jest tu metaloplastyką z kaligrafią arabską, na której wpisano imię Boga po prawej stronie i imię proroka Mahometa po lewej.

Wierzenia Dżakarty

Ile jest takich miejsc, w których występuje naturalna, niczym nieskrępowana bliskość różnych świątyń? Dżakarta nie ma z tym problemu, co więcej chełpi się swą tolerancją religijną. Trzy minuty zajmuje mi przejście mostem, by trafić wprost do rzymskokatolickiej Katedry Wniebowzięcia NMP (St. Mary of the Assumption Cathedral). Wzniesiona dla części z ok. 3% mieszkańców całego kraju, którzy są katolikami, ma typowo neogotyckie cechy. Mury z ułożonych na sobie potężnych kamieni, w założeniu miały ukazywać potęgę kościoła i to w pełni się udało.

Katedra Wniebowzięcia NMP w Dżakarcie www.szlakiempodrozy.pl

Katedra Wniebowzięcia NMP w Dżakarcie; źródło: Wikipedia

Wchodzę do zaprojektowanej na planie krzyża budowli ukończonej w 1901 r., po dekadzie prac. W środku witają mnie kremowe ściany. Przechadzam się główną nawą spoglądając na towarzyszące mi w drodze do obrazy. Kościół niby jest długi na 60 m, ale nie czuję tu tego, by to monstrum na mnie napierało. Z zewnątrz robi zupełnie inne wrażenie. Szerokiek na 5 i 10 m przejście wprowadza nawet coś na kształt intymności. Stojąc już na przodzie, w centralnym portalu widzę posąg Matki Boskiej, z łacińskim napisem: “Beatam Me Dicentes Omnes Generationes” – “Wszystkie pokolenia będą nazywać mnie błogosławionym”.

Wiecie, że katedra ma trzy ołtarze? Po lewej stronie spoglądam na “Ołtarz Najświętszej Maryi Panny” z 1915, po prawej “Ołtarz Świętego Józefa” z 1922. Ale to główny, wykonany w Holandii w 1922, jest najważniejszy. Prawa nawa nęci mnie Tronem Biskupa nazywany, tu “Katedrą”. Wrażenie robi na mnie również okrągły witraż – w formie rozet św. Katarzyny.

Gdy stoję ponownie przed kościołem szukam wzrokiem końca wież. Każda z trzech ma swoją nazwę. 60 m to północna „Turris Davidica” – „Wieża Dawida”, mająca symbolizować Maryję jako „schronienie i obrończynię przeciw mocy ciemności”. Wieża południowa to “Wieża Kości Słoniowej” – której to jasna barwa symbolizuje czystość Najświętszej Dziewicy i to na niej dostrzegam zegar i dzwon. Ostatnia, sięga 45 m licząc od ziemi i określa się ją „Wieżą Anioła”. Warto by było zerknąć na to wszystko z wysokości, ale chór jest na stałe zamknięty. Władze kościelne obawiały się, że duża ilość ludzi może przyczynić się do jego zawalenia. Przez to na piętrze działa Muzeum Katedralne z kielichami i szatami liturgicznymi, do które zwiedzać można samodzielnie.

“Cały region stołeczny czyli 6392 km2 zamieszkuje około 9,3 mln mieszkańców. Liczna ludności Dżakarty daje jej 12. miejsce pod tym względem świecie! Jednocześnie miasto jest częścią ogromnego obszaru metropolitalnego – Jebodetabek (661 km2), zamieszkałego przez 23 mln ludzi, a składającego się z części prowincji Zachodniej Jawy i Banten. Jako, że ów obszar stworzono z Dżakarty (JAkarta), BOgor, DEpok, Tangeran i BEKasi powstałego olbrzyma nazwano JABODEBEK.”

Drugi dowód na tolerancję Dżakarty? Protestancki Immanuel Church – na Jl. Medan Merdeka Timur 10. Po kwadransie jestem już na miejscu, o czym informuje mnie wbita w trawiastą ziemię tabliczka. Przechodzę przez bramę o patrzę na to co też w 1934 wymyślili projektanci. Holendrzy materializowali go od 24 sierpnia 1835. kiedy to wbudowano pierwszy kamień. Koniec prac nastąpił, co do dnia, dokładnie po 4 latach. Nazywając go „Willemskerk” uhonorowali swego króla Wilhelma I. Ta ”państwowość” przejawia się też w jego roli historycznej – przechowuje się tu niderlandzką „Biblię Państwową”, wydrukowaną w 1748 roku. Było to pierwsze tłumaczenie na język niderlandzki, dokonane z oryginalnych egzemplarzy: hebrajskiego, aramejskiego i greckiego!

Galeria Narodowa Dżakarta www.szlakiempodrozy.pl

Galeria Narodowa (Galeri Nasional) – placówka zainaugurowała działalność w 1999. Nakierowana jest na sztuki wizualne i mieści 1770 eksponatów, których twórcami są Indonezyjczycy i artyści z zagranicy. Galeria zajmuje budynek z 1817 r., zbudowany przez Holendrów. Źródło foto: Flickr

Były takie czasy, kiedy rodowici Jawajczycy mieli możliwość osiedlania się wyłącznie poza granicami Batawii; tak holenderskie władze minimalizowały ryzyko wystąpienia buntu. Ale nadszedł feralny 1699 rok. Trzęsienie ziemi zmiotło dużą część miasta. Jakby tego było mało, kanały do których stale spływała zanieczyszczona woda, stały się wylęgarnią chorób. Szalała malaria. Próbując ratować własną skórę Holendrzy postanowili zbudować nowe osiedle – Weltevreden, dzięki czemu w XIX w. sytuacja zaczęła się normować. To tu przeniosło się administracyjne serce Holenderskich Indii Wschodnich. Co nie zmienia faktu, że rdzennych Indonezyjczyków pozostawiono samych sobie. Gdy gmachy urzędów zaczęto wypychać na południowe obrzeża, w starym centrum pozostali tylko kupcy.

A, cegła z rozbieranych zabudowań posłużyła do tworzenia nowych gmachów. Tak właśnie powstał m.in. Gedung A.A. Maramis, czyli obecna siedziba Ministerstwa Finansów, czy też gamach elitarnego klubu “Harmony Society”.

Czytaj dalej

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments