Atuty i felery Montevideo

Wchodzimy w najelegantszą część kompleksu i automatycznie zaczynamy liczyć. 1,2,3… No, co? Chcemy zobaczyć, czy rzeczywiście Wielka Sala Zagubionych Kroków, tworząca swoisty ciąg pieszy z pomieszczeniami dla senatorów i pracowników, kryje jakąś tajemnicę. Bezsprzecznie, ściany pokryte deskami z mahoniu i drzewa orzechowego, idealnie nadają się na arenę parlamentarnych wystaw, czy smutnych uroczystości wystawiania trumien z ciałami ważnych osobistości.

Tych potem żegna się państwowymi pogrzebami. Szukamy jeszcze „Świetlika” – Lucernario, kwadratowego elementu w samym centrum gmachu, pokrytego grecką ornamentyką i rzeźbami z wyobrażeniami: matematyki, fizyki, architektury, rolnictwa, malarstwa, handlu, poezji, muzyki i rzeźby.

W objęciach rozrywki

Istotnie duch rozrywki unosi się nad Montevideo, zataczając kręgi wokół dzielnicy Battle. To w nim 0,6 km2 stanowi główną zieleń miasta. Gdy przystajemy na spalonej słońcem trawie, spoglądamy jak wielkie woły ciągną przekrzywiony na lewą stronę, maksymalnie wyładowany wóz. Monumento La Carreta jakoś dziwnie komponuje się z zieleńcem, zasianym w 1907 roku na ziemi Pabla Nereo Gabriela Antonia Pereiry, który sprezentował go miastu. Tak wkrótce stopę w Montevideo postawił Carosl Theys – francuski guru od projektowania takich obiektów, osobiście doglądając sadzenia drzew. Rozrastający się park po wcześniejszych zmianach nazw, w 1930 ponownie nazwano Parque Batlle y Ordóñez.

Konkludując po tym co widzimy park ma sportowy charakter. Takowy nadało mu otwarcie kolarskiego welodromu i toru lekkoatletycznego. Ale nie tylko… Chcąc uszczknąć nieco urugwajskiej świętości udajemy się na Estadio CentenarioWystarczy jednak chwila, by ci preferujący podziwianie gwiazd skrzących się na niebie, a nie wyłącznie biegających po murawie, także znaleźli coś na siebie. Przekonujemy się o tym w Planetario Agr. Germán Barbato. A to obiekt szczególny; już sam fakt powołania go do życia w lutym 1955 jest niezwykły. Oznacza bowiem, że jest pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem w Ameryce Południowej! Wpadamy do interaktywngo centrum nauki, napaleni na zatopienie się w gwiazdozbiorach typowych dla tej części świata, w tym ”Krzyżu Południa”.

Do wyjaśnienia pozostaje jego geneza: dawniej był podstawowym punktem odniesienia dla poruszających się po oceanie marynarzy! Pod kopulastym sklepieniem o średnicy 18 m oglądamy seanse w asyście niemal ćwierci tysiąca widzów.Nic dziwnego, że rocznie przewija się tu 150 tyś odwiedzających. Wreszcie wsiąkamy w tutejsze podziemia, zanuszając się w muzeum nauki „Ciencia Viva”. Oficjalna witryna.

“Przemysłowa dzielnica Peñarol, w czasach kolonialnych wyglądała zupełnie inaczej. Zanim okolica napuchła od siedzib fabryk, w czasach kolonialnych była zbiorem rolniczych poletek, uprawianych głównie na własne potrzeby. Dziś kojarzona jest głównie za przez piłkarskich kibiców, za sprawą klubu sportowego Peñarol Montevideo.”

Ech, te lodówki…

Prawie zapomnieliśmy o wzgórzu! Jakieś 10 km na północ od portu, teren wybrzusza się tworząc dzielnicę Cerro. Być tutaj i nie zerknąć na miasto z sięgającego 132 m n.p.m. kopca To powinno być karane! Ten widok…

Widok ze wzgórza Cerro de Montevideo www.szlakiempodrozy.plWidok z Cerro de Montevideo; źródło: Flickr

Fortaleza del Cerro Montevideo Urugwaj www.szlakiempodrozy.plFortaleza del Cerro Montevideo; źródło: Flickr

Legenda mówi, że jeden z marynarzy, którymi dowodził Juan Diaz de Solis w momencie zobaczenia lądu krzyknął „Monte video!” – co oznaczało „Widzę górę”. Teraz chodząc po kamiennych murach „Fortaleza del Cerro”, jednej z ledwie trzech dawnych hiszpańskich warowni, poniekąd mamy wrażenie jakby za chwilę salwę miało odpalić kilka tutejszych starych armat. Otaczamy parterowe białe mury, z brązowymi wstawkami w postaci drzwi i drewnianych okien.

A teraz suchar na dziś: co musieli robić pełniący tu na co dzień służbę żołnierze? Wykonywali „jasny” rozkaz – chroniąc przed zakusami najeźdźców latarnię morką. Hehe… Wiemy, to było poniżej krytyki 🙂

Typowy turysta w tym momencie uznaje, że spełnił warunki swej wizyty. W opozycji do tego, my chłoniemy Montevideo po swojemu. Tak znajdujemy w nieoczywistych miejscach więcej, niż pędząc, jak po sznurku za przewodnikiem. To sprawia, że po zejściu kluczymy wokół niskich, gdzieniegdzie zawalonych, zabudowań, z kupami gruzu. Nagle ukazuje nam się rzadki dziś widok – furmanka zaprzęgnięta konia, ciągnie wypełniony jakimiś gratami wóz. Jakbyśmy przenieśli się z miasta na jakąś kompletną wieś. A to wciąż granice stolicy…

“Paseo de la Arena-Santiago Vazquez – dzielnica z Parc Lecocqu – 120 ha park ze strusiami, pancernikami, alpakami i dzikimi kotami. Jego okolice stanowią podmokłe tereny z chronionymi gatunkami roślin i zwierząt. W 2008 za sprawą podpalenia zniszczona została część terenu.”

Oczywiście pól tu nie ma, ale widać wyraźnie, że miejscowy zostali daleko w tyle. Nawet za swymi pobratymcami, żyjącymi jakieś 15 km dalej na wschód. Nie jest więc przypadkiem to, że takie dzielnice, jak ta – nie są zwane, jak to bywa w innych krajach Ameryki Południowej fawelami, ale cartoneros. Jeszcze w 1908 r. prawie 1/3 ludności stanowili tu imigranci, napływający wielka falą, głównie z Hiszpanii i Włoch, w sile 310 tyś ludzi.

Chichot losu sprawił, że to głównie im miasto zawdzięcza wielki skok cywilizacyjny. Z pewnością to pracujący w dużych zakładach pracy, głównie przetwórstwa mięsnego, napędzali rozwój miasta. Co ciekawe dopiero w 1913 r. Villa del Cerro straciło status miasta, zostając wcielone w stołeczne Montevideo, jako kolejna z jej dzielnic.

Nawet przez moment nie jesteśmy na ulicy sami. No ale, teren rozciągający się na 4,5 km2 zamieszkuje 36 tyś ludzi, co sprawia że na 1 km2 tłoczy się tu 8750 ludzi! Godnym uwagi paradoksem jest, że to właśnie przybysze ze Starego Kontynentu są tu częściej wspominani, niż autochtoniczna ludność – Indianie Guarani. Do dziś o ciemnych sprawkach europejczyków względem tego szczepu, niechętnie się tu mówi. A jeśli już, to przyjmuje się narrację w stylu – wymieszali się z przybyszami z innych części świata. Tak stworzyli oryginalną etniczną mozaikę, łącząc się z potomkami Hiszpanów i afrykańskich niewolników…

Otwierające się przed nami zalesione tereny Vaz Ferreira Park, wprawiają nas w spokojniejszy nastrój. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy kierujemy się na północ. Załóżmy, że udaje nam się przenieść w czasie… Co widzimy? To, jak nabywający te ziemie Damian Montero, odsprzedaje ją, kusząc wizją wybudowania własnych domów. Ledwie w cztery lata po tym, jak Urugwajczycy wywalczyli niepodległość, zamierzenie stało się faktem. Powstało osiedle dla sprowadzanych wcześniej z Afryki niewolników. Jako szukający, tu o ówdzie, dziury w całym znajdujemy ją: niemal identycznie wyglądające ulice. Tu ledwie zipiąca drewniana chatka, tam taka góra śmieci, że nie zabrała by jej jedna śmieciarka.

Zwaną „Cosmópolis”, z uwagi na narodowościowy tygiel mieszkańców, dzielnicę tworzyli głównie Europejczycy przybywający za pracą w tutejszym przemyśle chłodniczym. Przekonujemy się o tym wędrując po wytyczonych w l. 30 XIX w. ulicach dziś: Polonia, Rusia, Lituania, Ucraina, Suecia, Grecia, Inglateria i innych podobnych. Rozwijająca się część miasta stała się wkrótce „mięsnym” centrum Montevideo – tu tu swe siedziby miały hodowle trzody i rzeźnie. Gdy w 1843 r. nadeszła wojna urugwajsku-argentyńska zostały po nich zgliszcza. Odbudowa rolno-spożywczej branży nastąpiła po wojnie, do czego przyczyniła się wynalezienie i upowszechnienie lodówek. Podczas gdy wracamy powoli w zamieszkane rejony Cerri, zahaczamy jeszcze na chwilę o powstały w 1868 cmentarzu Cementario El Cerro.

No właśnie, lodówki… Przystajemy, na północnej granicy dzielnicy, przed kompletnie zabazgranym politycznymi manifestami murem. Nie mamy pojęcia co wyrażają, ale możemy się domyślać. Współpraca gospodarcza z USA sprawiła, że dzielnica stała się hegemonem gospodarczym. We wspomnianej branży pracował co setny mieszkaniec miasta!

Ale w połowie lat 50., zamówienia z USA przestały przychodzić i koniunktura ostro wyhamowała. W rezultacie mieszkańcy zmuszeni byli szukać pracy w innych dzielnicach. A okolica zaczęła się odradzać dopiero w połowie lat 90. XX w., za sprawią uruchomienia „Parque Tecnológico Industrial del Cerro (PTIC)” i stworzenia w starej fabryce Swift Fridge w Punta de Lobos, bazy urugwajskiej marynarki wojennej.

Pomysły dla leniwych

Jak już pewnie zauważyliście ujarzmienie Montevideo, nie jest takie łatwe. Zagłębienie się w miasto, to swoista ciągła walka na pokonywanie dużych odległości. Chociaż na to akurat jest sposób: „Bus Turistico”, to strzał w dziesiątkę! Piętrowy autobus obwozi chętnych codziennie od 9.30 do 18.00, za każdym razem rozpoczynając trasę przy Mercado del Puerto. Aż chce się zaśpiewać: ”Czerwony autobus, przez ulice mego miasta mknie!”. Tyle, że nie czerwony, a różowy, a podczas 10-przystankowej wycieczki po wybraniu jednego z kilku języków, można zapoznać się najważniejszymi obiektami stolicy.

Jeśli jednak nawet podróż busem jest ponad Wasze siły, many inna propozycję. Rejs po estuarium Rio de la Plata.

Santuario Nacional del Cerrito Montevideo www.szlakiempodrozy.pl

Dzielnica Cerrito słynie z Santuario Nacional del Sagrado Corazón de Jesús, które emanuje stylem upodabniającym go do Hagia Sofia.W 1975 uznano je za zabytek o znaczeniu narodowym.

Einstein i remiza

Wąskimi uliczkami, z których na sześciopasmową Avenida 18 de Julio, w trakcie minuty wjeżdżają setki samochodów. Tak wita nas dzielnica Cordon. Wydaje się, że byłaby w całości zupełnie do pominięcia. Ale tylko dla szczęśliwych klientów biur podróży…

My na własną rękę poznajemy historię miasta, które latami spływało krwią. przechodząc z rąk do rąk. Hiszpanie i Portugalczycy zaciekle walcząc ze sobą nie oszczędzali też rdzennej ludności. Portugalczykom niemal udało się przyłączyć na stałe część dzisiejszej stolicy do Brazylii. Fakt, iż Montevideo w 1828 r. stało się stolica niepodległego Urugwaju, był więc symptomatyczny.

W wyniku rozbiórki murów, swego czasu, budowlany boom opanował miasto. Mijając zaniedbane balkony, z metalowymi balustradami trafiamy na mały skwer Plaza de los Treinta y Tres Orientales, z kopią obrazu Juana Manuela Blanesa utworzonego na płytach z ceramiki. Zerkamy na posąg Juana Antonio Lavalleja z brązu, ukazujący strażaka trzymającego dziecko, by po chwili trafić na kolejne dzieło – następny posąg. Tym razem przestawia dwóch jegomości siedzących na ławce, prowadzących ożywioną rozmowę. Zbliżamy się do nich i rozpoznajemy… Alberta Einsteina konferującego z tutejszym filozofem Carlosem Vaze Ferreirą.

Dalej już… bez szału. Tu cukiernia, tam sklep i multum domów mieszkalnych. No tak, przecież gdzie to przypadające 6523 osób na km2 musi mieszkać. Nuda taka, że ciekawsza jest już chyba „Rybka śpi” na MiniMini+.

“Choć na pierwszy rzut oka nazwa Parque Rodó przywodzi na myśl obsadzony zielenią skrawek miasta, tu jest nieco inaczej. To nie tylko dzielnica ukazująca piękno przyrody, ale tez słynąca z Estadio Luis Franzini, piłkarskiego obiektu drużyny Defensor Sporting na 18 tys miejsc.”

Gdy wydaje się, że już nie ma po co się tu włóczyć, jakieś irracjonalne pragnienie znalezienia tu wreszcie czegoś niesztampowego, kieruje nas ku północnej części parku. Nagle zza drzew prześwituje w połowie ceglana, w połowie szara struktura remizy strażackiej „Quartel de Bomberos”. Bezsprzecznie, tu akurat trzeba przyznać, że działo architekta wojskowego Alfredo R. Camposa, przypadło nam do gustu. A właściwie nie tyle sama remiza, co wozy strażackie. Choć gdyby dziś wyjechały na drogę, wzbudziły by sensację i bardziej uśmiech na twarzy, niż niepokój, o to że gdzieś właśnie coś płonie.

Nuestra Señora del Carmen w dzielnicy Aguada w Montevideo www.szlakiempodrozy.plGdy w 1829 roku w miejscu tym odbyły się obrady pierwszego zgromadzenia konstytucyjnego, teren ten zajmował mały kościół. Dziś, od 1861 pyszni się tu kościół Nuestra Señora del Carmen (MB z Góry Carmel).

Nieopodal wpadamy na gmach Biblioteki Narodowej Urugwaju. Tu mamy wrażenie, że jak na największą skarbnicę książek w kraju los nie obszedł się z nią łaskawie. Głównie za sprawą pragnących najwidoczniej zaprezentować swą „wyjątkowość”, miejscowych graficiarzy. Żeby to jeszcze wykonali jakiś mural, ale gdzie tam. Przecież lepiej nagryzmolić nic nie znaczące literki…

Ostatnie chwile w Montevideo. Tak nam się wydaje, że jedynym wyjściem jest zapuścić się tu na dłużej, w czasie organizowanego na ul. Tristan Narvaja targu staroci. Ze względu ma to, że na niedzielę przypada Feria de Tristan Narvaja, antyki i inne przedmioty przechodzą z rąk do rąk tak często jak, miejscowe kulinarne specjały oferowane głodomorom, którzy postanowili spędzić tu cały dzień. Z antykwariatów, w obrzeżu Universidad de la Republica, wynosimy małe okazy. Kto wie czy nadarzy się kolejna szansa…

Hej! Mam małą prośbę: jeśli spodobał Ci się tekst, może innych też zainteresuje. Proszę podziel się nim, udostępniając go na Facebooku, czy Twitterze. Możesz skorzystać z linków pod tytułem tego tekstu↑. Dziękuję!

Rio de Janeiro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *