Arequipa Peru www.szlakiempodrozy.pl

Peruwiańska Arequipa w 24 godziny

Pomysł na latynoski „city break”? Wielu marzy o Rio, jeszcze inni o Buenos Aires. Ja tymczasem wybieram Peru i to wcale nie stolicę. Dla mnie nie mniej kusząca jest Arequipa.

Jest godz. 9.00, kiedy z centralnego placu Arequipy – Plaza de Armas, ruszam w ambitny rajd po mieście. Otoczony najważniejszymi zabudowaniami nie tracę więc czasu i przy szumie lejącej się z kamiennej fontanny i na niesłyszalny znak, wygrywanej na trąbce przez postać zwaną… „Tuturutu” – miedzianej rzeźby, ruszam przed siebie. Co prawa wedle legendy dźwięk miał miał ostrzegać mieszkańców przed zbliżającym się wrogiem, ale co tam, mnie służy jako starter.

Obchodzę niemal kwadratowy plac. Masywne budynki z wielkich bloków kamienia, mają w sobie coś niezwykłego. Wprawne oko pewnie zauważy mauretańskie naleciałości, ale tak naprawdę, wiele z nich stoi tu od… 2002 roku. Ot, rekonstrukcja oryginalnych zabudowań po trzęsieniu ziemi, które pierwotnie stanowiły doskonały dowód na bogactwo miasta pochodzące z położenia na szlaku handlu srebrem i wełną.

Potężna Basilica Catedral ściąga moją uwagę dwoma identycznymi wieżami, zakończonymi krzyżami. Na pierwszy rzut oka od razu dostrzegam kolumny. Multum kolumn…

Basilica Catedral Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Basilica Catedral; źródło: Flickr

Wodzę wzrokiem po jasno szarym kamieniu. Już w środku przystaję na centralnie umieszczonej na posadzce rozecie, skąd mam idealny pogląd na obydwie strony świątyni. Z jednej emanuje jasno oświetlona wnęka z głównym ołtarzem; z drewnianymi, pełnymi zdobień stelami. Białe zdobienia nad najważniejszym elementem kościoła sprawiają, że do najbogatszych wnętrz nie mogę tego zaliczyć. Ale to akurat dobrze… Nie lubię przesady.

Obracam głowę i przed oczami staje mi ambona. Wspaniale rzeźbiony drewniany okaz przygotował pewien francuski artysta w 1879. Ale gdzie Francja, a gdzie Peru? – pytam siebie. Okazuje się, że jeśli ma się znajomości, to wcale nie tak daleko… Owo prawdziwe działo sztuki, miejscowi zawdzięczają akurat córce pewnego arystokraty, która sprowadziła ją do miasta. Podążam bocznymi nawami w zupełnej ciszy, słysząc tylko niosące się echo moich kroków. Nagle ni stąd ni zowąd przypomina mi się pożar pierwszej świątyni budowanej w l612-56. Tak się składa, że praktycznie nic po niej nie zostało. Została zmieniona w kompletne zgliszcza przez trzęsącą się ziemię. Tak więc to co widzę dziś, ukończono w pełni 1844. Przechodzę przez całą długość, by z bliska łypnąć na organy kościelne. Wiecie, że instrument wykonano w Belgii?

Wnętrza katedry w Arequipie www.szlakiempodrozy.plWnętrza katedry w Arequipie w Peru www.szlakiempodrozy.pl

Wnętrza katedry w Arequipie; źródło: Flickr

Gdy w 2001 r. miasto nawiedziło kolejne wielkie trzęsienie ziemi o sile 8,4 w skali Richtera, zawaliła się wieża katedry, a śmierć pochłonęła 74 osoby!

Dziś w jej sąsiedztwie działa katedralne muzeum, których najstarsze eksponaty mają nawet 440 lat! Zaliczają się do nich obrazy religijne, narzędzia liturgiczne. Prócz nich nabyć tu można pocztówki, ze zdjęciami niemal wszystkich elementów bazyliki.

Kościelna Arequipa

Dochodzi 11.00, gdy wracam na plac i w trzy minuty przemierzam drogę do kościoła La Compañia. Nie ma chyba lepszej okazji, by w Arequipie zatracić się w zdobieniach! A z fasady prowadzonej przez jezuitów świątyni aż wylewają się wszelkie spirale, wieńce, kwiaty i winorośl. Wyciągam aparat by uwiecznić owo architektoniczne cudo. W gąszczu ornamentyki dostrzegam motywy zwierzęce w postaci ptaków. Całości dopełnia zaś herb miasta oraz wyrytą liczną „1698” – sugerująca rok, w którym gmach otrzymał swój pierwotny kształt. Gdy Simón de Barrientos, w połowie XVII w. nadawał fasadzie wygląd, umieścił tu muszlę i płaskorzeźby apostoła Jakuba, nawiązując do słynnego hiszpańskiego sanktuariumMrużę oczy by dostrzec jego sylwetkę, która przybrała tu wojowniczą postawę. Dosiadająca konia postać, z szablą w dłoni robi, groźne wrażenie…

Kamienne szare płyty wyznaczające drogę pod sam ołtarz, bodaj jedyny element szarości. Skapujące, z centralnie umieszczonego ołtarza złoto, już przy wejściu oślepia. Mijam brązowe ławki, tak zwykłe, że tworzą wprost definicję dysonansu. Jeśli w katedrze było dla kogoś za biednie, tu może wyrównać swe wrażenia… Pokryta złotem ambona przyczepiona do filaru, to „mały pikuś”. Tuż za nią, nadal po lewej, rozpościera się wysoki boczny altar, którego jedynymi niepokrytymi lśniącym złotem częściami jest dziewięć figur. Po prawej niemal idealnie odwzorowana konstrukcja także pyszni się złocistą barwą.

Ołtarz w Iglesia La Compañía Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Ołtarz w Iglesia La Compañía; źródło: Flickr

Choć oczywiście świątynię budowali europejscy przybysze, przemycono tu elementy indiańskie, choćby na twarzach aniołów, czy w zdobieniach zawierających pióra. Wreszcie świdruję wzrokiem główny ołtarz, sklecony z aż 447 sztuk cedrowego i dębowego drewna. Uzupełniając konstrukcję dodano jeszcze 21 olch i wierzby!

Przystaję pod złoconym „Ołtarzem Założycieli”, z obliczami kilku duchownych zakonu. W prawej nawie natykam się na „Sprawiedliwego Sędziego” – słyną rzeźbą, która w każdy Wielki Wtorek zabierana jest z kościoła przez wiernych, by przejść ulicami miasta w odświętnej procesji.

„Zakrystia kościoła mieści kaplicę – Capilla de San Ingacio, z sufitem pełnym jest małych obrazów, okazujących rosnącą w peruwiańskiej dżungli roślinność oraz złote rzeźby.”

Wreszcie zmierzam na wieżę – punkt widokowy. Wchodząc na górę wypominam, że przecież już 1578 umyślono wbić tu pierwszą łopatę. No, ale trzęsienie ziemi i opóźnienie prac do sprawiło, że dopiero w 1590 brat Diego Felipe, zarządzając wznoszeniem murów skorzystał z kamienia wydobywanego w okolicach wulkanu Misti.

Iglesia de la Compañía Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Iglesia de la Compañía; źródło: Wikipedia

Wybija dwunasta, gdy zapełnioną ludźmi Cale Alvarez Thomas, ruszam ku kolejnemu celowi. Ledwie cztery minuty wystarcza mi dotarcie przed drzwi pomarańczowego gmachu na dachu którego widzę reklamę z nazwą „Pałac Kurczaków”. Niezły potworek – myślę sobie. Tlye, że to nie on jest moim celem. Wpatruję się w stojący tuż obok szary budynek, którego kamienne ściany pełne małych, acz zauważalnych dziur dziś gromadzi nie lada ciekawostki. Drewniana balustrada na piętrze nie jest jednak jedynym jego wyróżnikiem. Tym pozostają niezmienne stare okazy. Muzeum Archeologiczne. Placówka posiadająca w swej kolekcji 14 tyś różnorakich przedmiotów wita mnie tkaninami, ceramiką oraz… kośćmi czaszkami. Inkaskie pozostałości, pamiątki z czasów kolonialnych, czy osobna sala poświęcona wyłącznie meblom sprawia, że przepadam na pełną godzinę.

Spod targu ku alpakom

Jest 14.00. Gdy po godzinie kontaktu z miejscowymi pamiątkami wychodzę z placówki szukam oznak kolejnych atrakcji. Nagle, nie wiadomo skąd świta mi w głowie, że przecież dziś sobota, a: „Jak sobota to, tylko do Lidla na Mercado San Camilo!” Ledwie dwa skręty i już podążam ul. św. Kamila na najbardziej znane targowisko w mieście. Przed wejściem widzę tłumy. Wchodzę do hali, która od 1938 stanowi miejsce pracy kolejnych pokoleń handlowców. Zadaszona przestrzeń sprawia, że temperatura jest tu wyraźnie niższa niż w palących promieniach słońca. Przy każdym stoisku klienci przebierają w towarach. Na wysokich, barowych stołkach siedzą miejscowi dyskutując o czym popadnie. Przedzieram się przez ciżbę ludzi, przystając co chwila przy kolejnych stoiskach. Pod zadaszoną konstrukcją, pieniądze non stop znikają w rękach sprzedawców, zaś produkty spożywcze, tekstylia i wszelkiej maści przedmioty gospodarstwa domowego lądują w siatkach konsumentów. Feeria barw i zapachów bijących z kramów z owocami, warzywami jest tak wielka, że po pół godzinie wleczenia się w te i we wte, muszę ochłonąć. Dostrzegam schody prowadzące na piętro, skąd podziwiam zręcznie lawirujących przepełnionymi alejkami tubylców. Tak właśnie wygląda prawdziwe życie Arequipie…

Mercado San Camilo Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Mercado San Camilo; źródło: Flickr

Atmosfera targowiska i możliwość przypatrywaniu się zwykłemu życiu Arequipeños rozleniwiło mnie. No, ale miasto wzywa! Tym razem wybieram Calle Peru próbując mimo ścisku utrzymać się na chodniku. Gdy widzę jednak, że tłum niejednokrotnie mimo trąbiących kierowców, bez pardonu wdziera się co chwilę na jezdnię. Nie jest to może najrozsądniejsze, ale z moich obserwacji wynika, że przynajmniej skuteczne… Wiszące nad głową słońce sprawia, że nie mam gdzie uciec przed ukropem. Rozciągnięte co jakiś czas nad sklepami daszki niewiele pomagają. Balansując na chodniku, mijany przez jadące z naprzeciwka jednokierunkową droga samochody, dostrzegam po lewej Parque Duhamel. Wąski, acz długi, ogrodzony trawnik z zasadzonymi palmami magicznie mnie ściąga. Wkręcam więc i po chwili staję przed pomnikiem francuskiego księdza, który jak informuje tabliczka założył College St.Vincent de Paul, która z czasem stała się jedną z najważniejszych szkół w mieście pod koniec XIX w. Stojąca na cokole postać Hopolita Duhamel,wspomina postać, która wsławiła się wykształceniem pierwszego w dziejach peruwiańskiego kardynała.

Zostawiam za sobą niebieskie, brzoskwiniowe i zielone odcienie kolejnych kamienic na Calle Peru i na klejnym skrzyżowaniu obieram kurs w lewo. Pokryty kostką, przyjemny deptak – Calle Mercaderes, kuszący zwłaszcza restauracjami co chwila urozmaicają niskie drzewa sięgające maksymalnie 2 metrów. Zerkam na odnowiony w 2010, po siedmiu dekadach od założenia Teatro Municipal de Arequipa. Wysoko nad głową dostrzegam misterne rzeźbienia układające się w herb instytucji, okolony artystycznymi zawijasami. Zaraz za teatrem wpadam na stojącego ze stoiskiem sprzedającego gazety i pamiątki, na oko, 50-latka. Zakupuję magnes i z poczuciem satysfakcji nową zdobyczą rzucam okiem na bogato rzeźbiony łuk nad wejściem do filii „Interbank”.

Popołudnie w peruwiańskim mieście

Na ulicach jakby się nieco przerzedziło, jakby na zawołanie gospodyń domowych, że obiad dziś o 15.00. Tym samym poruszanie się po obejmującym aż 63 km2 terenu jest łatwiejsze. Tak, dumając nad tym, jak w XVIII w. miasto uległo gruntownemu przeobrażeniu, za sprawą pojawiających tu okazałych domostw i rezydencji patrycjuszy, idę dalej. Wiem, że mijam owe wspomniane budynki, niejednokrotnie o tym nie wiedząc. Skryte za ciężkimi drewnianymi drzwiami, wyposażonymi w kołatki z zakratowanymi oknami i balkonami, chronią obszerne wewnętrzne dziedzińce. Ale jeden jest szczególny. Wchodzę przez bramę Casa Ricketts (Casona Tristan del Pozo). Wita mnie ułożona w szachownicę, nierówna podłoga stanowiąca plac gmachu, który powstał z myślą uczynienia z niego siedziby seminarium. Stojący przy bramie strażnik dowodzi, że o pierwotnym przeznaczeniu dawno to już zapomniano. Dziś mury z 1738 mieszczą Banco Continental– muzeum i galerię sztuki z płótnami zarówno starożytnych jak i miejscowych twórców, kolekcją peruwiańskich środków pieniężnych i mebli.

Casa Ricketts Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Casa Ricketts; źródło: Flickr

Niepostrzeżenie dochodzi szesnasta. Słońce wciąż przypala. Przechodzę na drugą stronę ulicy i po chwili skręcam w lewo w Calle Coral. Białe ściany ustępują wkrótce pomarańczowo-żółtym elevación. Wreszcie staję na rogu Moral i Bolivar i… nerwowo rozglądam się wokół. Skonsternowany zaczepiam przechodzącą obok grupkę miejscowych rzucając hasło: Casa de Moral” i odpowiadają mi wyciągnięte w stronę Domu Morwy ręce. Nie ma mowy po pomyłce… Rzeczywiście, nad drzwiami zbudowanego w 1733 roku gmachu dostrzegam efektowne rzeźby – pumy, w których paszczach wiją się węże. Skądinąd, chyba niespecjalnie dobrze musi się to kojarzyć, z działającą tu dziś instytucją finansową – Banco Sur.

Dziedziniec Casa de Moral Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Dziedziniec Casa de Moral; źródło: Flickr

Kierując się, niejako okrężną ścieżką docieram do kolejnego punktu z mojej listy. Towarzyszące mi krzewy, wystające z drewnianych skrzynek z ziemią, urozmaicających Calle Bolivar odprowadzają mnie 500 m do palacio Goyenche. Ok, z typowym pałacem konstrukcja ma niewiele wspólnego. Ale co poradzić, skoro XVII w kolonialny dom, nad którym pracował architekt Gaspar Beza, wykorzystując pozostałości starej nieruchomości miał akurat taka wizję? Zresztą, brutalnie to zabrzmi, ale i tak przecież runąłby w trakcie trzęsienia ziemi w 1782…

Palacio de Goyeneche Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Palacio de Goyeneche; źródło Wikipedia

W środku witają mnie „zygzakowato” ułożone brązowe płytki. Idelanie komponują się z wiszącymi na ścianach obrazami, których ilość sprawia, że mam wrażenie jakbym znalazł się w galerii. Wchodzę na mały plac, którego środek zajmuje trawnik z ładnie zasadzonymi klombami roślin. Omiatam spojrzeniem wewnętrzne ściany, z godnie prezentującymi się balkonami. Gdy dawniej wprowadzał się tu miejski biskup, nie śnił nawet, że w przyszłości gmach stanie się jednym z najważniejszych adresów w całym Peru, na który pieczę trzyma dziś Centralny Bank Rezerw Peru. Stąd poi wejściu w drzwi umieszczone za zakrętem zanurzam się sale Museo Banco Central de Reserva del Perú”. Stąpając po marmurowej podłodze przyglądam się starym kasom, które jako żywo przypominają te ze starych westernów. W tutejszych murach otwartych w 1929 roku, przez pół wieku gromadzono środki pieniężne Peruwiańczyków, których stał było na odkładanie grosza na przyszłość. Spodziewając się dedykowanych branży finansowej zbiorów: monet, banknotów, czy tez sejfów jestem nieco zawiedziony. Okazuje się bowiem, że takowych przedmiotów jest tu jak na lekarstwo, królują zaś zakupione przez bank, w ramach lokowania pieniędzy, obrazy.

Kontroluję czas – kilka minut po 17. No, najwyższa pora na Juanitę! Nie, nie chodzi mi po głowie wizyta u jakiejś peruwiańskiej piękności, czy wysączenie drinka o takowej nazwie… Uzmysławiam sobie, że cel ogarnięcia miasta w dobę w niczym nie jest zagrożony. Postanawiam więc zwolnić i nacieszyć się kolejnymi adresami w Arequpie.

Skręcam w lewo i po chwili przystaję pod Museo Santuarios Andinos. Wchodzę na kwadratowy dziedziniec, obfitujący w ciemno-czerwone barwy. Identyczna posadzka, jak w pałacu Goyenche, prowadzi mnie z sali do sali. Wreszcie docieram do, nie bez kozery, nazwanej najważniejszym eksponatem Peru – Jauanity! Wspaniale zachowana, zabalsamowana mumia kobiety – pierwsze pokryte środkami konserwującymi ciało przedstawicielki płci pięknej, jakie udało się odnaleźć w tutejszym wulkanie Ampato.

Museo Santuarios Andinos Arequipa www.szlakiempodrozy.pl

Museo Santuarios Andinos; źródło: Flickr

Wspomagam pamięć tabliczką opisującą szokujące okrycie z 1995. Wówczas to w drodze na tutejszy szczyt Nevado Ampato (6288 m n.p.m.), archeolog Johan Reinhard natknął się na leżąca w lodzie, owinięta w tkaninę z alpaki dziewczynkę. Zwana dziś niekiedy Damą z Ampato, w chwili rytualnie zadanej śmierci miała ok. 13 lat. Żyjąca ok. 1400-1450 roku, była premierowym znaleziskiem, pozwalającym poprzez dalsze poszukiwania i badania uznać, że Inkowie składali dzieci w ofierze bogom. Podczas wizyty oglądam 20-minutowy film ukazujący historię odkrycia niezwykłej mumii. Wychodząc myślę, że wydanie 20 sol, czyli jakichś 23 zł, było dobrą inwestycją…

„Dziś to drugi co do wielkości ośrodek miejski kraju, w którym na co dzień żyje ok. 987 tyś ludzi. Co dzień ulice miasta pełne są turystów; rocznie ściąga ich do Arequipye 1,2 miliona!”

W historii siła

Wciąż mając przed oczami mumię postanawiam ruszyć do Monasterio de Santa Catalina. Czuję, że kondycja mi siada. Uparcie jednak podążam swym rytmem. Piętnaście kolejnych minut zajmuje mi pokonanie nieco ponad pół kilometra. Wreszcie wychodzę z objęć ul. Santa Catalina i staję przed XIV w. klasztorem, który po raz pierwszy udostępniono postronnym w 1970 r. Dotąd przez 400 lat funkcjonowała okrywała go mgła tajemnicy. O jego ciekawej i momentami wcale takiej „nieświętej” przeszłości szerzej będzie można poczytać innym razem.

Nim jednak, w pocie czoła, poczęto wznosić klasztorne mury 15 sierpnia 1540 w tutejsze okolice przybył hiszpański porucznik García Manuela de Carbajal. Roztoczył przed współpracownikami wizję tak pięknego miasta, że postanowiono podkreślić to w jego oficjalnej nazwie. Tak „Beautiful Villa of Our Lady of the Assumption”, wkrótce zostało kolejną ostoją Hiszpanów w Nowym Świecie, przeobrażając się w największe kolonialne skupisko dzisiejszego Peru. Cabrallowy nie było jednak dane długo chodzić w glorii autora nazwy miasta. Był 22 września 1541 kiedy król Carlos V przeobraził je w dzisiejszą Arequipę. Tak dokonała się pewnego rodzaju sprawiedliwość dziejowa; powrót do słownictwa nadanego ziemiom przez zamieszkujące je plemię Ajmarów, dla których określenie to oznaczało „miejsce ze spiczastą górą”.

No tak, ale jak to z nazwami bywa, tu także nie sposób odgonić się od legend. Miejscowi do dziś powtarzają jedną nich – inka Matta Capac, podróżując przez dolinę pewnego razu wydał rozkaz zatrzymania się. A jako, że w języku keczua rozkaz „tak, zatrzymajcie” brzmiał: „ari quipay”.

„Miasto podzielone jest na 14 dzielnic; z cały obszar metropolitalny Arequipy składa się z 19 części.”

Nagle obok mnie w trakcie kilkunastu sekund pojawia się zgraja ludzi. Próbując dociec powodu, przystaję na chwilę i obserwuję, jak potoczy się bieg wypadków. Wreszcie udaje mi się ustalić, że piesze zwiedzanie miasta jest tu niezwykle popularnie. Miejscowy ośrodek turystyczny „FreeToursByFoot” organizuje spacery szlakiem najważniejszych adresów w mieście, zwany „Arequipa Walking Tour”. Trasa wiedzie sprzed fabryki czekolady przy ul. Santa Santa Catalina 204, wieńcząc spacer przy centralnym placu. Kto wie, czy gdyby nie mój 24 godzinny plan, może właśnie zdecydowałbym się na taką formę zwiedzania…

Tymczasem, już po 19.00. Baterie zaczynają mi się wyczerpywać. Pora więc na przyswojenie odpowiedniej dawki kalorii. Znajduję knajpkę, w której zamawiam tradycyjne „arequpiańskie” dania, czyli: faszerowaną mięsem paprykę, oraz opartą za ziemniakach pastel de papa. Z jednej posiłek był nader słuszną decyzją, zważywszy na fakt, iż od rana nic nie jadłem z drugiej, odczuwam taką błogość, że… siedzę przy stoję półtorej godziny. Wiadomo – najpierw przyrządzenie, potem delektowanie się smakiem, w końcu zaczerpnięcie porządnego oddechu.

Muzeum Areuipa www.szlakiempodrozy.pl

Połykając kolejne metry zbliżam się do miejsca, które różni się od dotychczas przez mnie odwiedzonych. Jest po 20.30 i szeroka brama Mundo Alpaca na Av. Juan de la Torre 101, jest już zatrzaśnięta. A szkoda, bo bezpłatna możliwość przyjrzenia się z bliska zwierzętom z gatunku alpak mogła być zabawna. I do tego pouczająca, bo można wchłonąć tu sporo wiedzy o wykorzystywanych do ich ostrzyżeni maszyn. Pozbawiony możliwości zerknięcia na sekrety tutejszego biznesu włókniarskiego, żałuję że nie dane mi jest kupić wyrafinowanie barwionych tu tkanin. Więcej tutaj. 

Wiecie, że miasto wytyczone zostało przez Hiszpanów w specyficzny sposób? Tamtejsi architekci nakreślili na planach szachownicę, na którą składa się 56 bloków, z których każdy na 111,4 m. Tak przyszło mi to do głowy, gdy z Puente San Martin, łączącym obie strony Rio Chili zerknąłem za siebie. Jest przed dziesiątą, gdy staję przed Colegio Nuestra Señora de Fátima. Przed nowoczesnym budynkiem stoi wykonany z witraży, swego rodzaju ołtarz. Poniżej niego na schodach wciąż siedzą grupki młodzieży, bez wątpienia uczniowie miejscowej katolickiej szkoły.

Okrążam zabudowany kwartał i po chwili rozglądam się po Parque Libertad de expresió z dziesięcioma kolumnami, ułożonymi w łuk, pomnikiem i małym obszarem do siedzenia przypominającym muszlę koncertową. Jako, że o tej porze nierozsądnie tu przebywać samemu, opuszczam adres. W połowie 2018 władze miasta postanowiły rozprawić się z przesiadującymi tu grupami młodych ludzi. Zazwyczaj spożywający wysokoprocentowe napoje zostali spacyfikowani podłączeniem monitoringi i dodatkowymi patrolami, ale licho nie śpi.

Gdy o 22.30 po pokonaniu prostego odcinka drogi przekraczam bramy stadionu na ul. Los Angeles miejscowi już dawni ganiają już za piłką. Okalający murawę błękitny tartan dla biegaczy także zieje pustką.

Nocny obchód po uczcie

Gmachy użyteczności publicznej w mieście pozamykane są na cztery spusty. Noc spędzę więc na włóczeniu się po ulicach i filtrowaniu wszystkimi receptorami wieczornego miasta.

Zanim to jednak nastąpi zakręcająca ulicą w docieram do Monasterio y Museo de la Recoleta, mijając po drodze czerwoną bryłę brytyjskiego konsulatu. Klasztorna placówka chełpi się przebogatymi zbiorami tutejszej biblioteki, której na półkach pęcznieje 20 tys woluminów i map, a w salach spoczywa kolekcja sztuki religijnej. Nie do wiary, że najstarsza dostępna tutaj książka została wydana w 1494 roku! Co ciekawe mimo wyraźnie religijnego charaktery placówki znaleźć tu można okazy z artefaktów amazońskich, w tym masek pogrzebowych, totemów, ale też mumii. Jako, że już po godzinach zerkam tylko na budynek.

Jest po 23.00 kiedy w położonej nieopodal knajpie siadam przy stoliku, próbując rozeznać się w tutejszych zwyczajach. Zamierzając posmakować tutejszych dobrodziejstw kuchni niemal nabożnie studiuję menu. Po zamówieniu próbuję się wsłuchać w nocne rozmowy autochtonów. Ale nie jet to takie łatwe. Teoretycznie mówią po hiszpańsku; tutejsza lokalna gwara brzmi jednak nieco inaczej. Gdzieś przeczytałem, że mieszkańcy Arequipy mają bardzo duże poczucie odrębności regionalnej. I, że gwara jest właśnie jednym z najważniejszych jej elementów.

Kelnerka przynosi mi zamówienie. Ocopa prezentuje się świetnie – ziemniaki podane z roztopionym serem, przykryty, jeszcze do tego pikanym sosem. Lokalne danie jem ze smakiem

Z głośników sączy się latynoskie rytmy, parkiet okupują miłośnicy tańca. Napchany żołądek sprawia, że odcina mi jakby prąd, a oczy robią się ciężkie. Próbując walczyć z nadchodzącym snem zamawiam jeszcze macną kawę.

Gdy wreszcie się podnoszę jest po pierwszej. Teraz mogę sobie pozwolić na to, co kocham najbardziej – niespieszny obchód miasta. Ubocza utartych szlaków to najlepsze miejsce by poznać prawdziwe miasto. Wpatrując się w ciemne niebo zauważam jakiś rozbłysk. Wybuch? Nie, to podchodzący do lądowania samolot. Patrzę jak zbliża się do ziemi i konstatuję, że 7 km na północ od miasta non-stop działa przecież tutejsze lotnisko. Szacuje się, że rocznie odprawia się na nim ponad 920 tyś pasażerów!

Kilkadziesiąt minut obserwuję ruch samolotów na rozgwieżdżonym niebie. Z letargu wybudza mnie chęć podążenia wzdłuż Rio Chili. Przechodzę pod wąziutkim Puente de Fierro, słysząc płynąca z werwą wodę. Zamknięta brama zmusza mnie do obejścia części brzegu. Tak natykam się na osiedle domków. Jedne mniejsze, drugie większe – każdy w innym kolorze. Spokojna okolica, już na pierwszy rzut oka widać, że zamieszkana przez dobrze sytuowanych.

Płynąca przez Arequipę Rio Chili www.szlakiempodrozy.pl

Płynąca przez Arequipę Rio Chili; źródło: Flickr

Stale wznoszący się teren sprawia, że moje tempo przemieszczania się jest wybitnie spacerowe. Wreszcie skręcam w ul. Pacheco, by przystanąć przed pomnikiem gen. Jose de San Martina. Niestety, przez brak dochodzącego światła lamp, usytuowany na środku trawiastego ronda zwanego Rotonda da Vellecito, pozostaje w ciemności. Przysiadam na ławce – przecież mam czas…

Zapełniony żołądek i nocna pora sprawia, że oczy mi się kleją. Ratunek jest tylko jeden i po chwili ponowie idę ścieżką niemal dotykającą rzeki. Avenida de Marina widocznie jest królestwem salonów samochodowych, mijam salony Honda, Mistubishi i innych marek. Czuję, jak z każdym kolejnym krokiem droga się wnosi. Zerkam w lewo i rzeczywiście – rzeka zniknęła gdzieś w dole, w gąszczu drzew. Przechodzę pod ślimakiem łączącym most z drogą zerkając na centrum handlowe „Plaza Vea”.

Z rzadka przejeżdżające samochody, co jakiś czas dają znak, że jednak oprócz mnie jeszcze ktoś w tym mieście nie śpi. Wpatruję się w smartfona i z mapy wynika, że zbliżam się do czegoś ciekawego. Jest 2.30 gdy leniwie skręcam w prawo i przechodzę przez Puerta del Puente, odnajdując Tambo Matadero. W nikłym świetle lamp omiatam ściany rzeźni Tambo zastanawiając się ile w niej spłynęło zwierzęcej krwi. Kamienne zabudowania z XVII w. prezentowały się początkowo godnie, jednak XX w. przeobraził je w typowe slumsy. Dziś trudno mi w to uwierzyć patrząc na zadbane przejścia, które jeszcze w 2000 roku stanowiły domy dla biedoty, której udostępniono jedną łazienkę na niemal 30 rodzin! Rozglądając się po ciemnych, zrewitalizowanych zakamarkach myślę o tym, jak wiele ku dobremu zrobiło… trzęsienie ziemi. Gdy nadeszło, burząc tambo stało się początkiem udanego procesu odnowy okolicy.

Kilkanaście metrów przed Tambo de Bronce, którego historia powstania osadza się na chęci zapewnienia podróżującym z szeregiem towarów, w tym żywym inwentarzem reprezentującym inkaską społeczność. Nierzadko pokonujący gigantyczne odległości, potrzebowali godnych warunków do zregenerowani sił. Skoro noc nie pozwala ocenić wszystkiego zmysłem wzroku, dotykam porowatej ściany opuszkami palców. Ściany znacznie uboższych początkowo adresów poczęły się przeobrażać w tradycyjne rezydencje. A jako, że działki były na wagę złota, zabudowania te wciskano gdzie popadnie. Tambo de Bronce, pierwotna własność wysokiego rangą urzędnika Don Juana Pío de Montúfar y Frasso.

Wracam na ulicę poprowadzoną wzdłuż Rio Chili i przystaję na Puente Bolognesi. Opierając się o barierkę staję w jednym z dwóch specjalnie wykrojonych półokręgów, mających pozwolić cieszyć się panoramą miasta, bez przeszkadzania sunącym chodnikiem pieszych. Tyle tylko, że teraz i tak to bez znaczenia, gdyż stoję na moście sam. Światła miasta niby oświetlają drogę, ale żeby zobaczyć coś więcej trzeba mieć naprawdę sokoli wzrok. Choć akurat sylwetkę wysoki kopiec wulkanu Misti udaje mi się jakoś dostrzec.

„Na terenie miasta działa 15 uniwersytetów, z czego jeden tylko jeden jest miejski i publiczny.”

Po chwili jestem już na powrót niżej. Na skrzyżowaniu z Calle Moral objawia mi się mural. Próbuję zrozumieć „co autor miał na myśli,” ale czerwono zielone koło z głową kota, którego nogi tworzą pnie drzew to dla mnie za dużo.

Mijam opuszczony budynek będący w ruinie i warsztat samochodowy dedykowany marce Chevrolet. Po chwili za zamkniętą bramą widzę rozlatujący się wrak auta. Ogarniająca mnie cisza i fakt, że okolica nie wygląda na najbardziej bezpieczną sprawia, że spostrzegając park napawa nie to ulgą. W Parque Heroes Navales z ulga przysiadam na ławce.

Zbliża się 6 rano, powoli wstaje słońce. Na białe zabudowania Arequipy zaczynają padać pierwsze promienie. Owe ściany to istniejący do dziś dowód na aktywność wulkanu Misti. Ten wyrzucając podczas wielkie pokłady tufu wulkanicznego dostarczył budulca, z którego budowano niemal wszystko. Stąd miasto zwane jest tu i ówdzie Ciudad Blanca – Białym Miastem. A zresztą, chcąc rzucić okiem na wulkany można udać się do położonego 2 km od Arequipy „Yanahuara Viewpoint” z którego roztacza się na otaczające miasto wulkany Misti, Chachani i Pichu Pichu. Ci ciekawe pierwszymi mieszkańcami w tym rejonie byli członkowie ludu Ajmara, który pojawili się w tych stronach już w I w. Ale to Inkowie, wziąwszy ziemie we władanie w XV w. zbudowali coś co budziło zachwyt.

Lokalny koloryt Arequipy www.szlakiempodrozy.pl

Lokalny koloryt Arequipy; źródło Flickr

Chodzę to tu to tam oczekując na otwarcie miejscowych knajpek, czując jak powieki zaczynają mi się mocno ciążyć. Ale przynajmniej wiem dlaczego. Mój nocny maraton po Arequipie, mieście położonym wysokości od 2041 do 2328 m n.p.m. pora powoli kończyć. Kilka minut po godzinie ósmej w restauracyjce zamawiam gofry. Kilka chwil potem siadam nad talerzem i zaczynam wsuwać śniadanie. Popularny wśród miejscowych pierwszy posiłek, przypada do gustu i mnie.

Gdy z napełnionym dopiero co brzuchem zerkam na zegarek uznaję, że moja misja jest zakończona. Wybiła 9.00.

Hej! Mam małą prośbę: jeśli spodobał Ci się tekst, może innych też zainteresuje. Proszę podziel się nim, udostępniając go na Facebooku, czy Twitterze. Możesz skorzystać z linków pod tytułem tego tekstu↑. Dziękuję!

 

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments