Wyprawy na biegun wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Wyprawy Amundsena i Scotta

Dwie wielkie wyprawy, które wyprzedzały swoje epokę. Wielkie przygotowania, mnóstwo nerwów i dramat, która do dziś budzą mieszane uczucia. Oto efekt jednej… imprezy. „VI Międzynarodowy Kongres Geograficzny” stał się zaczynem wspaniałej, choć i tragicznej walki dwóch polarników. Do emocjonującego starcia Roalda Amundsena i Roberta Falcon Scott, nigdy by nie doszło kongres na którym, jego goście za punkt honoru nie postawili sobie spopularyzowania terenów polarnych, jako celów najbliższych wypraw badawczych.

Amundsen od młodości koncertował swe wysiłki na rzecz zdobycia Arktyki i Bieguna Północnego. Myśli urodzonego się w 1872 roku norweskiego polarnika ziściły się, gdy w wieku 31 lat wraz z zaledwie 6-osobową załogą ruszył na północ, zawiadując okrętem „Gjoa”. Statkiem, który własnymi rękoma przystosował wymagających warunków atmosferycznych. Oddawszy się we władanie Arktyce spędził na niej aż trzy zimy, wytyczając szlak do Cieśniny Beauforta i na Morze Beringa. Lecz zdobycie bieguna pozostawało wciąż w sferze marzeń. Ślęczenie nad dokładnymi planami przyszłej ekspedycji, dało efekt 10 listopada 1908 roku, kiedy to świat oniemiał poznając jego wielki zamiar.

Pokrzepiony pierwszą dotacją, pochodzącą od samego króla Hakana, wkrótce przekonał norweski rząd do wsparcia swego szaleńczego pomysłu kwotą 75.000 koron. Skompletowana ekipa, wyprawa zaplanowana szczegółach. Czy coś mogło pójść nie tak? Wydawało się, że nie. Tymczasem wszelkie plany runęły w 1909 roku. Amerykanie wypuścili w świat informację, iż udało im się zdobyć daleką północ. Amundsen posmutniał. Wiedział bowiem, że uciekło mu coś nadzwyczajnego…

Nowy cel Amundsena

Rozdrapując w sobie poczucie krzywdy popłynął jako oficer na okręcie „Belgica” w wyprawie badawczej na Antarktydę. Wzbierająca w nim ambicja nie pozwalała jednak cieszyć się zwykłym zbieraniem danych. Amundsen potrzebował adrenaliny. A nade wszystko zaspokojenia swej żądzy wielkiej popularności i przejścia do historii. W głowie zakiełkował mu chytry, a zarazem bezczelny plan…

Stosunkowo wąski, 11 m szerokości, oraz krótki na 39 m statek miał być idealny. W marcu 1910 Norweg zaczął go okrętować. O tym jak ważna dla państwa była owa wyprawa, stało się jasne po tym jak na jego pokład wszedł z wizytą norweski król.

Ale Amundsen miał swój plan. Tworząc go i kompletując zespół kompletnie zamydlił oczy opinii publicznej. Bojąc się nagłego wycofania poparcia władz Norwegii i sponsorów, uznał że oficjalnym przekazem będzie cel w postaci dotarcia na biegun północny. Kontynuowane w tajemnicy przygotowania podróży na przeciwległą stronę globu szły pełną parą. Szeroko zakrojone konsultacje pozwoliły wybrać 21 osób. Towarzyszący dowódcy śmiałkowie głównie pochodzili z Norwegii, choc nie zabrakło po jednym Rosjaninie, Szwedzie i Niemcu. Wielka mistyfikacja, mająca przykryć rzeczywisty cel trwała w najlepsze. Antarktyda nędąca wówczas jak księżyc – kompletnie nieznana – wzywała…

Członkowie załogi nie rozumiejąc niektórych rozkazów dowódcy, pokornie wypełniali jednak jego rozkazy. W rzeczywisty plan Amundsen wtajemniczył jedynie dwóch oficerów. Do reszty załogi prawda dotarła dopiero po wypłynięciu statku na szerokie wody. Zapytawszy wówczas, czy ktokolwiek chciałby się wycofać nie usłyszał wówczas żadnego głosu.

Wielki blef był starannie przygotowana intrygą. Powstrzymanie wielkiego rywala Anglika Roberta Falcon Scotta, także pragnącego dotrzeć w południowe rejony planety okazał się strzałem w dziesiątkę. Scott dopiero kompletujący swoją załogę, automatycznie w wielkim wyścigu, stanął na przegranej pozycji. Co też musiało się dziać, gdy przebywając na Maderze Amundsen… wysłał telegram Scottowi wyznając prawdę…

Dystans 15000 km przez Atlantyk i Ocean Indyjski wydawał się iście morderczy. Pokonując go partiami Amundsen dotarł najpierw do Cieśniny Beringa, by w październiku 1910 zatrzymać Australii. Gdy Scott otrzymał wspomnianą wyżej wiadomość wściekł się. Niewiele mógł już jednak poradzić; przeciwnik stał już u wrót cieśniny McDermott.

20 października 1911 rozpoczął się 1300 km maraton Amundsen wraz z 4-ema towarzyszami. Ruszając na nartach wraz z 4 zaprzęgami ciągniętymi przez 13 psów, ciągnąc za sobą 400 kg zapasów 14 grudnia 1911 polarnik dotarł do Zatoki Wielorybiej. Załoga licząca razem z nim 9 osób i aż 116 psów planowała spędzić zimę w bazie „Framheim” na Lodowcu Rossa. 21 kwietnia ciemność ogarnęła okolicę, nastała trzymiesięczna noc…

Baza Fram

Baza Fram; źródło: Wikipedia

Kwartał minął szybko, lecz Amunden wiedział, ż musi jeszcze poczekać. Gdy 19 października 1911 zaobserwował, że pogoda się poprawia nazajutrz ekipa opuściła pokład statku „Framheim”. Temperatura nieco się podniosła, na termometrze widniało minus 25 stopni C. Pięciu ludzi w otoczeniu 53 psów ciągnących pełne żywności sanie powoli ruszyło w kierunku bieguna. 600 km droga z początku okazała się płaska. Gdy do bieguna zostało 400 km trzeba było już umiejętnie rozkładać siły. Podczas przerwy na przylądku Evansa przy życiu wszystkich trzymał piecyk, ciepłe ubrania i żywność. Z czasem Norwegowie poruszający się na nartach, omijając szczeliny parli do przodu, mozolnie krok za krokiem. Nagle sanie Amundsena ześlizgnęły się wpadając w lodową szczelinę. Podróżnik ocalał cudem…

17 listopada wyprawa dotarła do do stóp łańcucha górskiego – Gór Transarktycznych, których pokonanie stanowiło nie lada wyzwanie. Po kilku ciężkich dniach prób zdobycia pogórza Amundsen znalazł prowadzący na górę płaskowyż. Tam po przeorganizowaniu się i załadowaniu trzech sań, w trudnych warunkach spowodowanych słabą widocznością ruszył dalej. Zaślepiony swym celem jakby „szedł po trupach”, narażał swoich ludzi. Nie patyczkując się z narzekającymi towarzyszami, pokazał siłę wyrzucając jednego z członków ekipy Johansen za niesubordynację. Nie umiejąc sobie z tym poradzić, niedawny uczestnik po po powrocie do domu popełnił samobójstwo…

Ekipa przekraczając linię do której wcześniej udało się dotrzeć tylko Shackletonowi, a więc na 90 stopniu szerokości geograficznej, dokonała kolejnego wyczynu. 14 grudnia 1911 roku około godziny 15.00, gdy docierając na płaskowyż króla Hakkana VII wszyscy w głowie mieli tylko jedno pytanie: czy jesteśmy na osi obrotu ziemi? Amundsen nerwowo sprawdza sekstansem położenie, spogląda na wyniki i już wie. Oto geograficzny biegun południowy! Wielki cel wreszcie udało się osiągnąć! Wbijając norweską flagę przechodzi do historii. Norweg świadom czego dokonał pisze na biegunie list do Scotta, zostawiając go na w widocznym miejscu.

Roald Amundsen

Roald Amundsen; źródło: Flickr

Powrót do normalnego świata trwa 45 dni. Amundsen docierając na pokład statku „Fram”, po drodze nie spotka już Scotta. 7 marca przybywa z powrotem do Australii, skąd wieść o zdobyciu bieguna oplata świat.

Po potwierdzeniu osiągnięcia swego celu Amundsen jest w swoim żywiole. Rusza z wykładami w świat, pierwszy odczyt wygłaszając w… Londynie. Anglicy nie mogąc sobie poradzić z przegraną w tym norwesko-brytyjskim wyścigu gratulują… psom, a nie zdobywcy. Wielka gwiazda polarnictwa świeciła pełnym blaskiem.

W 1925 pierwszy zdobywca bieguna południowego udał się na biegun północny, próbując lotu hydroplanem. Tam dochodzi do wypadku. Wkrótce przechodzi na emeryturę, która jednak nie sprawia mu radości. Jego stosunki z rodziną są nie najlepsze. Pokłócony z braćmi, odczuwa samotność. Jakby tego było mało ma wielkie wielkie problemy finansowe.

Ostatni zew poczuł próbując ratować swego przyjaciela Włocha Umberto Nobile. Ten zaginął nad Arktyką w trakcie lotu samolotem. Amundsen rusza na pomoc. Ostatnio widziany 18 czerwca 1928 roku przepadł bez wieści; jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Scott idzie po swoje

Pierwszą próbą zmierzenia się z biegunem Brytyjczyka była wyprawa z 1902 roku. Załoga składająca pod komendą Roberta Falcona-Scotta składająca się z Edwarda Wilsona, oficerów marynarki handlowej, Armitage'a oraz Shackletona ruszyła w listopadzie. Ciągnąc ze sobą przez setki kilometrów ciężkich sań z niezbędnym do przeżycia wyposażeniem, okazało się jednak wysiłkiem zmarnowanym. Atak, głównie z uwagi na to, iż Shackletona dopadł szkorbut, nie doszedł do skutku.

Lekiem na poprzednie „dolwgliwości” miało być zorganizowanie ekspedycja „Terra Nova”. Zwana Brytyjską Wyprawą Antaktyczną była niczym innym, jak odpowiedzią Scotta na plany Amundsena. O skali przedsięwzięcia, przemawia fakt, iż na pokładzie statki znalazło się miejsce dla 65 ludzi. Popularność dziewiczej wyprawy była ogromna. Dośc powiedzieć, że na wieść o chęci przeprowadzenia dziewiczej ekspedycji do organizatorów zgłosiło się… 8 tysięcy ochotników! Życie jest jednak brutalne. Bez pieniędzy ani rusz. Scott poruszył niebo i zamię, by zebrać odpowiednią sumę. Kto wie, czy nie zastosował wówczas po raz pierwszy ma taka skalę, popularnego dziś… crowdfundingu. Wpłaty od zwykłych ludzi przychodziły przychodziły bowiem masowo, a za realizacja pomysłu st do czego stał „The Times”, drukując odpowiednie informacje. Scott ponownie ruszył mógł ruszyć podbój lodu.

Konkretne plany Falcon Scotta zakładały rozdzielenie ról członkom załogi. Najważniejsze role przypadły porucznikom: Edwardowi Evansowi i Harremu Pennellowi, dwóm niezwykle dobrym nawigatorom. Ekipę uzupełniali chirurdzy, jedyny w towarzystwie potrafiący jeździć na nartach oficer Victor Campbell, oraz członkowie dwaj marynarki. Kolejny członek ekspedycji kapitan Oates było… przeżycie przygody. Opłaciwszy spory datek „wkupił” się niejako w skład ekspedycji. Podróż nie byłaby mimo wszystko możliwa, gdyby połowy kosztów nie pokrył rząd.

Robert Falcon Scott

Robert Falcon Scott; żródło: Flickr

Startując Scott doskonale wiedział, że na swych barkach niesie nie tylko odpowiedzialność za siebie i ekipę. Znacznie większy był ciężar brytyjskiego narodu, przekonanego wówczas o swej wyjątkowości. Podkreślił to zresztą sam szef wypawry swa wypowiedzią: "Głównym celem tej ekspedycji jest dotarcie do bieguna południowego i zapewnienie Imperium Brytyjskiemu honoru tego osiągnięcia."

Po takich słowach stało się jasne, że 15 czerwca 1910 roku w porcie w walijskim Cardiff panowało wielkie poruszenie. Oto okręt „Terra Nova” wypływał w swój rejs, nie wiedząc co przyniesie los. Sęk w tym, że Scott tymczasem przybywał w… RPA, skąd członkowie ekspedycji przejęli nowego dowódcę. Wyprawa ”Terra Nova” oficjalnie ruszyła z Anglii 1 czerwca 1910 roku, kiedy to od brzegu odbił statek dowodzony przez Edwarda Evansa. Wielka jednostka wielorybnicza miała na pokładzie 65 osób, 17 syberyjskich kuców, 30 psów i 3 nowoczesne pojazdy gąsienicowe.

Scott zdając sobie sprawę ze skali projektu, szukając idealnego systemu poruszania się po niewdzięcznej drodze swe spojrzenie, skierował ku zwierzętom i nowoczesnej technice. Silne sztormy nie sprzyjały jednak marynarzom. Woda przelewająca się przez statek podczas burz sprawiała, że załoga wiele wysiłku musiała wkładać w… wylewanie wody ze statku, po tym jak awarii uległy pompy. Straty były ogromne, padły dwa kuce i pies. Cześć paliwa w postaci tony węgla i 300 litrów benzyny nie nadawała się po tym do użycia. Jakby tego było mało 10 grudnia statek ugrzęznął w lodowym paku, co spotęgowało tylko straty – spalono wówczas aż 61 ton węgla! Trzeba przyznać, że początek wyprawy nie jawił się w kolorowych barwach…

Niezmierzone pokłady cierpliwości załoga wykazała pod koniec stycznia, spędzając leniwie czas spędzili, nadal ograniczeni przez lodowe góry. Wówczas to wysłany statek zastępczy „Morning” zdołał dopłynąć na odległość 10 mil od „Discovery”. Jeśli szukać definicji życiowego pecha, przykład Shackletona uznać należy za modelowy. Z racji problemów zapadła decyzja o końcu jego udziału w ekspedycji i powrocie do Anglii. Scott wraz z załogą pozostał zaś na posterunku czekając na kolejną zimę. To jednak nie było takie proste…. Admiralicja nie była skłonna tak długo czekać, w związku z czym nadszedł rozkaz opuszczenia statku „Discovery” do 15 lutego. Tak blisko od zakończenia misji nie było ani wcześniej, ani później. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności lodowe kry, tego samego dnia poczęły się kruszyć i łamać, otwierając dalszą ścieżkę.

Docierając do przylądka Evans, Scott założył bazę tworząc swoisty domem dla załogi podczas zimy. Wrodzone zdolności przywódcze sprawiły, że kierując ekspedycją silną ręką doprowadził do tego, że oficerowie i inni członkowie załogi byli traktowani na równych prawach. Atmosferę prowadzonych badań poprawiały… mecze piłki nożnej, będące jednocześnie elementem ćwiczenia kondycji.

W czerwcu baza stała się areną… imprez. Najpierw 6 czerwca świętowano 43. urodziny Scotta, a 22 czerwca 1911 dowódca wraz z załogą fetował… środek zimy. Ceremonia ta na stale wpisała się w obecność osób, funkcjonujących w bazach polarnych. Kapitan nie zaniedbywał także morale załogi, która przecież już kilka miesięcy była w drodze. Do owych pląsów, Scott w przeciwieństwie do Amundsena nie zapraszał Inuitów, nie chcąc wchodzić z nimi w głębsze relacje.

W głowie przewodnika pojawiała się myśl, iż członkowie wyprawy nie są tak wytrzymali jak on i niezbędne jest stałe dbanie o ich stan. Tak powstał system wymiany członków ekipy pomocniczej. Należący do nich polarnicy zmieniali się cyklicznie w miarę posuwania się naprzód.

Wreszcie 13 września 1911 Scott przedstawił załodze swe plany zdobycia bieguna południowego. Marsz przebiegać miał przez lodowiec Beardmore'a. Zgodnie z wolą szefa kuce zakończyły tu swą misję. Ich sierść pokryta grubą i ciężka warstwą lodu stanowiła dla nich ciężki balast. „Ratując” zwierzęta przed głodową śmiercią kazał je zabić. Wyposażenie, które dotychczas zaprzęgnięte było do kuców, teraz rozdzielono między mężczyzn. Tymczasem do pokonania zostało 420 mil.

Szczyt lodowca udało się zdobyć po 11 dniach. Stamtąd Scott odesłał ostatnią ekipę, zatrzymując wyłącznie czterech ludzi. 24 października pierwsza partia ładunku sprzętu i żywności wyruszyła z Cape Evans. Niestety motorowe sanie nie wytrzymały tej próby i po pokonaniu 80 km stało się jasne, że dalsza droga wymagać będzie ciągnięcia 336 kg własnymi siłami.

Gdy 10 grudnia 1911 wszyscy razem zjawili się przy Lodowcu Beardmore'a małe kuce słaniały się już na nogach. Na szczęście po kolejnych dziesięciu dniach wędrówki Scott z towarzyszami założył bazę, tuż na początku płaskowyżu. W głowie Scotta cały czas kłębiło się pytanie: kogo wybrać do dalszej wędrówki. Decyzję podjął 3 stycznia 1912 r. docierając na szerokość 87° 32' S, typując pięciu towarzyszy.

9 stycznia Scott osiągnął punkt, który dawniej stał się także etapem podróży Shackletona. Anglik uznał, że pójście tą samą drogą będzie należytym podkreśleniem własnego wyczynu. Wraz z zaufanym człowiekiem dr Wilsonem – zoologiem i glacjologiem stworzył pokaźną dokumentację rejonu.

Ścieżka obydwu wypraw

Ścieżka obydwu wypraw; źródło: Wikipedia

Po tygodniu, 17 stycznia 1912, podczas którego udało się przejść kolejne 24 km docierając do bieguna południowego, ekipa dostrzegła przed sobą sanie i flagę. To był dostateczny dowód na to, że Scott spóźnił się i że to jego największy rywal – Amundsen, wpisał się do annałów jaki pierwszy zdobywca bieguna południowego… Nazajutrz znajdując „prezent”, jaki zostawił im rywal – w słynnym liście przeczytali o prośbie Amundsena, który wyjawił, iż pragnie, by Scott dostarczył go królowi Norwegii. Mimo uszczypliwości przeciwnika, uznał swoją porażkę, wbijając brytyjską flagę w skutą lodem powierzchnię bieguna.

Powrót okazał się niezwykle trudny. Odmrożenia kapitana Oates'a i Evans'a były poważne. Na nieszczęście Oates doznał dodatkowo wypadku, raniąc sobie głowę. Duży spadek temperatury, zdechnięcie psów oraz wyczerpanie zapasów paliwa sprawiało, że zaczęła się walka o przetrwanie. 17 lutego wycieńczony Oates zmarł. Nagromadzenie pecha sprawiło, że 21 marca, będąc zaledwie 10 mil morskich od składnicy „One Ton Depot”, potężna burza śnieżna zatrzymała ich w namiocie. 27 lutego 1912 Scott dotarł wreszcie do miejsca zostawienia psów. Gdy po kolejnych dwóch tygodniach wędrówki, pomimo nadziei na znalezienie wysłanych doń zastępczych zwierząt nie znalazł ich wiedział, że jego szanse zmalały praktycznie do zera.

16 marca napisał list pożegnalny. Opisał w nim m.in. Oates'a, który z odmrożonymi rękami i nogami opuścił namiot wiedząc, że dzięki temu jego cierpienia zostaną skrócone…

Scott, podobnie jak kompani coraz bardziej odczuwał trudy wędrówki. Wraz z Wilsonem i Bowersem desperacko walczyli o dotarcie na odległość 18 km do tzw. „One Ton Depot” – bazy założonej na Przylądku Evans. Gwałtowna zamieć z 20 marca, stała się początkiem końca. Ostatnią notatkę Scott zapisał w dzienniku 29 marca 1912 roku.

Po śmierci Scotta dowództwo nad podróżą przejął Campbell, pełniąc je do 18 stycznia 1913, gdy po uczestników wyprawy przypłynął statek „Terra Nova”. W londyńskiej katedrze św. Pawła odbyła się ceremonia pogrzebowa Scotta, z udziałem króla. Tak Scott stał się legendą. Jeszcze w tym samym roku żona Scotta wydała słynny dziennik, w którym podróżnik opisał, że przyczyną niepowodzenia był brak szczęścia, a nie złe planowanie. Potwierdza to fakt, iż po miesiącu na terenie gdzie został na zawsze, nastąpiło znaczne ocieplenie.

Wszystkie aspekty wyprawy, nie są jednak znane. Wiele z nich pragnął odkryć kapitan Oates, który w swych listach odsłaniał sprawy, które nie pasowały do sielankowej wersji w książce wydanej wcześniej. Opiekun kuców donosił że Scott i Evans „rządzili się” i nie chcieli słuchać innych członków załogi, w tym Oatesa. Dopiero po czasie okazało się, że żona Oatesa, Kathleen skróciła zapiski męża z podróży, pragnąc wybielić postać męża. Śmierć w śniegu była bowiem, jak nie przymierzając, męczeńska ofiara.

Na pamiątkę owego wyścigu obydwu wielkich polarników baza na biegunie nosi nazwę „Amundsen-Scott”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *