Transylwania

Początkowo zastanawiam się czy dobrze trafiłem. Chodzę po mieście, co chwile słysząc, jak ktoś woła: „Laszlo!”. Dla pewności wyjmuję telefon, włączam aplikacją z mapą. Niebieskie pulsujące światełko sygnalizuje jasno… Nie ma mowy o pomyłce. Ale tak już tu jest jest. Nic lepiej nie definiuje Transylwanii, niż różnorodność. No bo, czego innego można się spodziewać po regionie, w którym na ulicach jego największego miasta, spotyka się tyle samo Rumunów, co Węgrów?

Oto Kluż-Napoka! Spacerując po ulicach widzę tabliczki z nazwami w dwóch językach. No, ale czy można się dziwić? Skoro to wędrujący tędy Bratankowie w XII/XIII w. spostrzegli w tej krainie szansę na lepsze życie? Na wybrukowanym kamiennymi kostkami Piata Uniri (Placu Uniri) chyba zawsze można kogoś spotkać. Teraz turyści fotografują katedrę św. Michała (Biserica Romano Catolica St Michal), spoglądając w międzyczasie na stojący przed nią pomnikiem Macieja Korwina na koniu. Miejscowi wchodzą i wychodzą z parterów kamienic otaczających plac, jednocześnie spoglądając z na mnie… z niesmakiem? A, nie, to nie ja jestem powodem zgorszenia. To posąg z 1902 roku, ukazujący składanie hołdu władcy. Dzierżą w ręku mołdawski sztandar, jest solą w oku miejscowych. Przecież tajemnicą poliszynela jest, że Rumunii, gdyby mogli, utopili by Mołdawian w łyżce wody…

Biserica romano catolica St Michal nocą Kluż-NapokaBiserica romano catolica St Michal nocą; źródło: Flickr

Choć katedra z zewnątrz przywodzi mi na myśl najzwyklejszą kamienną budowlę, po wejściu do środka jestem zaskoczony. Surowość fasady natychmiast zanika, ustępując dobrze oświetlonemu prezbiterium. Rozglądam się mając wrażenie, że tak właśnie powinny wyglądać kościoły. Minimum obrazów i malowideł i oszałamiająca detalami brązowo-bursztynowa ambona. Tak wyrzeźbiona, posiadająca tak wiele detali, że nie mogą oderwać od niej wzroku. Dźwięk skrzypiących za mną drzwi wyrywa mnie z myśli. Podnoszę głowę szukając słynnej harmonii wymiarów w skrojonych na tę samą wysokość bocznych nawach. Jakaż duma musiała napawać żyjących jeszcze budowniczych, w momencie oddawania świątyni w 1580 roku, po dwóch wiekach pracy. Leniwie docieram do portalu prowadzącego do zakrystii – aż dziw, że stoi tu od 1528. Wpadam jeszcze do kaplicy Schleyniga z freskami ukazującymi mękę Chrystusa z I połowy XV w., które jednak w całości nie przetrwały okresu reformacji. Wychodzę postanawiając jeszcze okrążyć kościół. Tak trafiam na wieżę, która też ma swą ciekawą historię. Najpierw bowiem planowano stworzyć dwie. Nie udało się i samotna wieżyczka radowała wiernych. Do czasu… XVIII w. przyniósł jej pożar wymuszając postawienie tej, na którą teraz patrzę. Podnoszę głowę by dostrzec jej czubek na 80 m wysokości. Wspomina jeszcze o politycznej roli kościoła – zbierali się w nim członkowie sejmu Siedmiogrodu, a w 1551 królowa Izabella Jagiellonka przekazała władzę Habsburgom – i ruszam dalej.

Uduchowiony, nadkładając kilka metrów, pokonuję pasy dochodząc do pałacu Banffy. I ponownie mam wrażenie, że Kluż to takie zwykłe-niezwykłe miejsce. Gdyby nie balkon i spoglądające na mnie z dachu rzeźby, miałbym wrażenie, że to raczej kolejna kamienica. Wchodzę na dziedziniec i odczuwam to jeszcze mocniej. Obdrapane z farby ściany, pełna ubytków elewacja u spodu sprawia, że ani mi by mi na myśl nie przeszło, że wzniesiony w l.1774-85, dla grafa Georga Banffyego, gmach zamieszkiwali później węgierscy namiestnicy. Niby wciąż pełen barokowych wstawek. Niby gościli w nim Franciszek I, Franciszek Józef, czy Fryderyk Liszt, a jednak niewiele roztacza dziś magii. Może poza XV w. ołtarzem w jednej z komnat.

Pałac Banffy w mieście Kluż

Pałac Banffy w Klużu; źródło: Wikipedia

Coś mi się wydaje, że Kluż-Napoka zostanie jednym z moich ulubionych miast. Dlaczego? Bo wszystko co godne uwagi, jest tu… blisko. Choć lubię włóczyć się, ot tak, bez ładu i składu po miastach, to jednak sąsiedztwo głównych atrakcji wpływa na mnie kojąco.

Nazwę miasta zmodyfikowano w 1974 dodając drugi człon, świętując wówczas 1850 lat nadania praw miejskich. Podkreślenie w nazwie jego „rumuńskości”, miało dla Ceausescu szczególne znaczenie.

Jest 1846. W jednym z pokoi gmachu z przełomu XVIII i XIX w., nazywanym tutaj Redutą, Franciszek Liszt zasiada za fortepianem. Na jego twarzy widać zdenerwowanie. Jego palce zaczynają rytmicznie uderzać w klawiaturę. Tak oto tworzy się historia; znany wkróce na całym świecie kompozytor, daje swój pierwszy koncert. Niespełna pół wieku później atmosfera w budynku zmienia się całkowicie. W 1894 jego mury stają się świadkami procesu, urządzonego twórcom tzw. Memorandum – petycji podpisanej przez rumuńskich działaczy, skarżących się cesarzowi Franciszkowi Józefowi na podłe traktowanie przez węgierskie władze. Dziś w tym pełnym historii budynku podziwiam eksponaty Muzeum Etnograficznego.

Casa Matei Corvin w rumuńskim Kluż

Casa Matei Corvin w Kluż. Dom z I połowy XIV w. w którym urodził w 1443 roku się późniejszy król, jest najstarszy, piętrowy, budynkiem w mieście. Gotycki styl nadano mu już w trakcie budowy; przeszedł dwa wielkie remonty w 1884 i 1943 roku. Dziś to siedziba ASP (Universitatea de Arta). Źródło foto: Wikipedia

Stoję na Piata Muzeulei, dawnym rynku saskiego miasta. Tylko gdzie tu rynek? Wąska, wybrukowana przestrzeń jest raczej uliczką spacerową, pośrodku której natykam się na posąg Karoliny z 1831. Jest pamiątką wizyty cesarza Franciszka i jego żony Augusty Karoliny, jaka miała miejsce 14 lat wcześniej. Spoglądam na kościół Franciszkanów (Biserica Franciscanilor), ukończony w I połowie XVI w. Co ciekawe pierwszymi mieszkańcami byli tu dominikanie. Ale nadchodząca fala reformacji sprawiła, że w 1556 zostali wypędzeni. Ponad wiek później, gdy u szczytu była kontrreformacja, klasztor dostali jezuici, a od 1725 są w nim franciszkanie.

Wnętrze kościoła Franciszkanów w Kluż

Wnętrze kościoła Franciszkanów; źródło: Wikipedia

Wracam na przez centralny plac, odprowadzany przez niską zabudowę do Biserica Piaritilor (kościóła Pijarów), by zerknąć na pierwszą budowlę barokową w rejonie. Zabarwiony dziś na rdzawo kościół stał się parafią jezuitów, którzy wznieśli go w l.1718-24, tworząc fasadę o dwóch wieżach. W 1776 urządzili się w nim oo. pijarzy. Dość ciemne wnętrze, a zwłaszcza utrzymany w brązowej toni ołtarz, ze stojącymi po bokach drewnianymi stellami, to jedyne na czym można tu zawiesić oko.

Ale za to na zewnątrz widzę pewne novum. Kościół wbudowany jest w cały kompleks Universitatea Babes-Bolayi – drugą pod względem wielkości uczelnię kraju. Choć powstał w 1872 jako szkoła węgierska, Rumuni sprawują nad nim pieczę od 1918. By załagodzić jakoś spór obu nacji, postanowiono w jego nazwie zawrzeć nazwiska dwóch postaci reprezentujących oba państwa. Wąską uliczką dochodzę do liceum założonego przez Węgrów – Lieceul Stefan Bathory to 300-letnia historia nauczania. Podążam Strada Kogalniceanu, gdy materializuje się przede mną gotycki Biserica reformata (kościół reformowany) stawiany w l. 1486-1516. 300 lat temu przejęli go kalwiniści; do dziś pozostaje jednym z największych gotyckich kościołów o jednej nawie w Europie! Wchodzę do środka. Przed oczami staje mi ambona z 1648. Przed kościołem patrzę na niewielki pomnik konny św. Jerzego – kopię monumentu zdobiącego dziś praskie Hradczany. XV w. mury obronne poznaję za sprawą Baszty Krawców (Bastiorul Croitorotor) – jedynej w całości zachowanej wieży miejskie. A'propos murów, dopiero od 1405 ufortyfikowane miasto zyskało status wolnego. Nawiasem mówiąc tak rozpoczął się jego rozwój. Król Zygmunt Luksemburski budując potężne mury doprowadził do rozkwitu miejsca – i to na kilku polach. Gospodarczo za sprawa drukarni Gaspara Heltaiego, zaś religijnie zakładając kolegium jezuickie w klasztorze franciszkanów. Kogo pociąga wyższa kultura powinien zajrzeć na Piata Stefan cel Mare – plac z budynkiem Teatrul National si Opera Romana (Teatr Narodowy i Opera Rumuńska).

Podróżuje po Transylwanii, tak? Warto by więc dowiedzieć się skąd w ogóle ta nazwa? Okazuje się, że od zbitki słów Trans Silvania. Z łaciny oznacza to „kraj za lasem”. Otóż w czasach średniowiecza za wschodnimi granicami regionu rosy gęsto położone drzewa. Siedmiogród to polska wersja, nazwy jaką nadali terenowi Niemcy – Siebenburgen, na cześć siedmiu miast jakie mieli założyć niemieccy przybysze w rejonie. No, nieco to wyolbrzymili, bo w rzeczywistości było nimi 7 okręgów administracyjnych prowincji Konigsboden. Do dziś region zajmuje sporo mniejszości.

Wierząca Turda

Niewielkiej Turdy, której główną ulicę pokonać można w ciągu półgodzinnej przejażdżki, nijak nie można porównać do wspomnianego wcześniej Kluż-Napoka. Dzielące je 34 km, to jakby podróż w czasie. Małomiasteczkowy klimat chłonę jednak nie nudząc się. Decyduję się najpierw wstąpić do miejsca, które jak magnes przyciąga takich jak ja. Stojąc w kolejce po bilet, wspominam jak to w XI w. nagle obecna Turda przeżyła prawdziwy najazd. Dziwnie brzmi dziś opowieść o tym, jak to Niemcy stali się… gastarbeiterami. A tak właśnie było, gdy odkryto wielkie złoża soli. Prócz germanów ściągnęły też mieszkańców dzisiejszej Słowacji. Wkrótce powstało większe zagłębie, w z którego wydobywano również inne kopaliny, w tym gaz ziemny.

Turda, czyli starożytna Potaisssa, była wówczas ośrodkiem handlowym. Przechadzając się po ruinach Castrul Roman Potaissa spoglądam na sięgające trochę ponad kostki resztki obwarowań. Stale utrzymywane w dobrym stanie kamienie, ułożone w prostokąt są łabędzim śpiewem starej twierdzy. Cetate którą, co ciekawe, rozebrali sami mieszkańcy wioski. A po co? Ano, by… zbudować swoje domy. Wreszcie docieram do centrum. Na Piata Republicii wpatruję się w Biserica Romano-Catolica, kościół ukończony w 1504. Gotycką bryłę dosięgła przebudowa. Barokowe wnętrze, którego osią jest ciągnąca się 50 m główna nawa, prowadzi do jasno oświetlonego ołtarza. Pokrywające go złoto potęguje efekt jasności.

Biserica Romano-Catolica Turda Biserica Romano-Catolica Turda; źródło: Flickr

Ruszając na południe patrzę na piętrowe zabudowania. Mrużąc oczy, przez odbijające się od ich pastelowych elewacji światło słoneczne, z radością konstatuję, że jest mi tu dziwnie przyjemnie. I to pomimo, iż dokładnie naprzeciwko nich od ścian zabudowań… płatami odchodzi farba. Zaparkowane skosem samochody odprowadzają mnie do wizytówki starego miasta – Turda Veche. W górę pną się mury ewangelickiego kościoła Turda Veche, który w 1400 roku zastąpił jeszcze starszą świątynię. „Nowa”, jednonawowa konstrukcją, podobnie jak zabudowania na rynku, „świeci” bielą. Patrzę na brązowe wstawki na elewacji i z 60 m wieżę.

Wychodząc wpadam w objęcia Resedenta Principilor. Żółtawy budynek w którego budulec stanowią scementowane ze sobą kamienia to najstarsza budowla w mieście! Zwany pałacem Batorych, datowany na początek XV w. gmach w 1560 doczekał się przebudowy, przez co uwielbiali ją kolejni władcy Transylwanii. Stanowiący dawniej, do 1759 roku miejsce posiedzeń tutejszego sejmu, dziś kusi wystawami Muzeum Historycznego (Muzeul de Historie).

Północny skraj miasta ściąga mnie Turda Nuoiu, czyli Bisarica Reformata Fortificata Turda Noua. Wyznacznikiem tego ewangelickiego kościoła warownego są grube mury i gotycka wieża. Choć powstał w 1504 zupełnie tego nie widzę. Pewnie z racji wielokrotnych przemian, że szczególnym uwzględnieniem dostawienia dzwonnicy w XVII w. Okolica Turdy słyną z ciekawych obiektów m.in. wąwozu Turdy i jaskini lodowej Scarisoara, oraz płaskowyż Padisz.

Bitwy o Alba Iulia

Najazd Tatarów w 1241 – miasto starte w proch. Atak tureckiego sułtana Murada II – w 1437 Alba Iulia zmienia się w zgliszcza. Jakaż wielka pasja i wytrzymałość musiała cechować tutejszych mieszkańców, skoro już po kolejnych 100 latach miasto położone nad rzeką Mures, stało się stolica utworzonego tu Księstwa Siedmiogrodu. A potem kolejne najazdy – najpierw Węgrów, a potem ponownie Turków w 1658 i mieszkańcy ponownie podnoszą się z kolan.

Wydaje się, że nagroda za przetrwanie wszystkich tych historycznych kataklizmów było to, co wydarzyło się tu 1 grudnia 1918 roku. Ogłoszenie przyłączenie regionu do Rumunii, na zawsze sprawiło że Alba Iulia stała się szczególnym miastem dla wszystkich Rumunów. Ale nie tylko ich – kultywowana do dziś hodowała winorośli sprawia, że okolice miasta są ważnym miejscem na mapie produkcji wina.

Ale nie ono mi teraz w głowie. Pierwksze kroku kieruję jednak do imponującej twierdzy Alba Carolina, tutejszego „must see”. Był XVI w. kiedy mężczyźni z mozołem wznosili zwykłe mury. Ale to było za mało. Przybywszy tu cesarz Karol IV, nakazał więc zbudować pierwszą trwałą fortecę. Począwszy od 1714, dzień w dzień, przez 19 lat konstruowano opartą na planie sześciokąta cytadelę. Nakreślony przez Włocha Viscontiego plan w życie wcielało 20 tys robotników! Efekt? Piorunujący! Dziś jej mury, uformowane w kształt gwiazdy, ciągną się aż 12 km. Pomiędzy nimi wpleciony jest siedem bastionów. Wnętrze cytadeli, rozciąga się na powierzchni 0,70 km2. Stoję na w centrum, na ładnym dziś Piața Cetății, patrząc na odnowione kamienice. Wspominam najtragiczniejszy moment jej historii – okres powstania przywódców Hori w 1784, kiedy to dokonywano w niej masowych mordów.

Twierdza Alba Carolina Turda

Alba Carolina Turda; źródło: Wikipedia

Zerkam na pomnik „Custozza” z 1898, poświęcony rumuńskim i austriackim żołnierzom walczący w bitwie pod Custozzą w 1866, zza którego wyłania się Sala Unirii. To właśnie w niej w grudniu 1918 doszło do zjednoczenia Transylwanii z Rumunią. Dziś to muzeum, w którym spoglądam na obrazy historycznych postaci z historii państwa, a nade wszystko na wizerunki władców tej krainy umieszczonych na łuku ściany tuż pod sufitem. Entuzjastycznie nastawiony na poznanie dalszych ciekawych historii wstępuję do Muzeul Național al Unirii, po którym można chodzić godzinami. Różnorodność wystaw jest tak wielka, że lepiej jeśli zobaczycie to sami tutaj.

Gdy przekraczam drzwi Biserica Sf. Mihai (katedry św. Michała) natychmiast oczarowują mnie grube podstawy. Niczym nie udekorowanie, gołe ściany mają w sobie tyle… potęgi. Idąc środkiem mijam wąskie, ledwo czteroosobowe ławki, których siedzenia i oparcia wyłożone są czerwonym obiciem. Ołtarz migocze, gdzieś tam z przodu, swoim złotawym odcieniem. Oto w kościele nachodzi mnie myśl, że stoi on… piekielnie daleko. Szukam słynnej kaplicy Ducha Świętego, biskupa Jana Lazoniusa w przybudówce z 1512 roku. W prawej nawie bocznej w gotyckich grobowcach spoczywają szczątki rodziny Hunyadych… Doznały zniszczeń, gdy wpadali tu żołnierze tatarscy i tureccy. Z zainteresowaniem patrzę na sarkofag Jana Hunyadyego z płaskorzeźbami ukazującymi dramat walk, jakie toczył z Turkami. Na sarkofagu królowej Izabeli Jagiellonki widzę anonimową postać w eleganckim stroju z insygniami królewskimi. Nieco dalej wpadam na rozetę, z XIII w. i płaskorzeźbę św. Michała Archanioła, szaleńczo walczącego ze smokami. Choć wokół mnie przechadzają się inni ciekawscy, w absolutnej ciszy obejmują spojrzeniem XIV i XVI w. freski. Wreszcie w nawie północnej staję, by zerknąć na groby tutejszych biskupów i innych dostojników. To jednak nie one, a kaplica królewska ze szczątkami Izabeli Jagiellonki i jej syna Zygmunta Zapolyi są tu historyczną gratką. Krypta bp barona Martona zawiera ciało księdza, który stanowczo bronił okoliczną ludność przed wywózkami w czasie II wojny światowej, a także Żydów przed deportacją do obozów.

Palatul Principilor (Pałac Książęcy) zwany również Pałacem Biskupim stojący obok katedry od samego początku pełnił rolę kurii. Powstał na przełomie XIV i XIV w. W 1601 staszliwie ucierpiał po atakach Austriaków, gdy końcówce pierwszej połowu XVII w, go odbudowano… w 1558 i 1662 podpalili go Turcy. Austriacy ponownie go odbudowali tworząc tu swe koszary. Dziś prócz pałacu Biskupiego wyodrębniony został pałac Książęcy.

Sobór Koronacyjny (Katedrala Incoronari) powstał w l. 1921-22. Dziś jest obiektem, którym miasto chwali się najbardziej. Wkrótce po tym jak go ukończono miała tu miejsce uroczystość koronacyjna Ferdynanda I. Kompleks składa się z katedry św Trójcy (Caterala episcopala Sf. Trieme), która zdobią malowidła ukazujące m.in. portrety Michała Walecznego i jego żony. Są i dwa pawilony – rezydencje biskupa prawosławnego. Ma także wysoką na 58 m dzwonnicę.

Aplikowanie sobie końskiej dawki historii kończę spacerem do północnej części twierdzy. Ale czy było warto? Słynna Biblioteka Batthyaaneum jest dziś bardzo zaniedbanym z zewnątrz gmachem, posiadającym jednak swą ciekawą przeszłość.

Deva – miasto dwóch obiektów

Gdyby nie dwa adresy, odpuściłbym sobie to miasto. Taka myśl nawiedza mnie, gdy spaceruję po centrum Devy. Niby już rzymianie budowali tu swe budowle, choćby tzw. ceatwę (twierdzę), na 371 m wzgórzu zamkowym. Niby swoje trzy gorsze w rozwój miasta wnieśli franciszkańscy mnisi, budując swój klasztor.

A ja i tak mam wrażenie, że otacza mnie… komuna, realny socjalizm. Wieżowce przypominająca nasze stare PRL-owskie blokowiska. Stare reklamy na ścianach sklepów to kwintesencja naszych lat 90. Gdzieniegdzie pół metra nad ziemią wielkie biegną metalowe rury, podtrzymywane przez rozpadające się betonowe wsporniki. Z jednej strony lubię poczuć lokalny klimat, spychając gdzieś na bok te wszystkie przewodnikowe atrakcje, ale tu naprawdę nie mogę…

Tak nastawiony wchodzę na wzgórze z ruinami XIII w. zamku „Castrum Deva”, który po 200 latach węgierski król wraz z 56 wioskami podarował Janowi Hunyadyemu. Gdy Turcy najechali te ziemie pałac trzeba było odbudować. Udało się to w 1621 pałac księciu Siedmiogrodu Gaborowi Bethlem. Górująca nad miastem twierdza sięga historią XIII w. Stojąc na jej murach próbuję zwizualizować sobie, jak to w XVII w. właściciele pobliskich wsi urządzali z niej warownię. I to jaką! Nie zdołali jej zdobyć nawet bezwzględni buntownicy Horii Macellariu! Tymczasem w 1849 w składzie amunicji nastąpił pożar i tak niezdobyta nigdy twierdza… wyleciała w powietrze. Co za ironia losu. Chodzę po kamiennych ścieżkach, co chwila podziwiając widok jaki rozpościera się ze wzgórza. Darowałem sobie piesze wejście na górę, chcąc przejechać się kolejką pokonującą 80 m przewyższenie. Tak udało mi się zaliczyć 370 m trasę i piękne widoki. Z góry zejdę jednak pieszo.

Z powrotem na dole czeka na mnie owa druga atrakcja – pierwotnie renesansowy pałac Curia Magna (Castelul Bethlen) z I połowy XVI w. Otoczony zielenią, położony w parku przyjął z czasem barokowy wystrój. Dziś zaadoptowany go na muzeum niski budynek o różowej barwie podziwiają chyba tylko wytrwali spacerowicze, głównie matki spacerujące z dziecięcymi wózkami. Na parkowych ławkach odpoczywają starsi mieszkańcy miasta, korzystając z ładnej pogody. No bo co ty jeszcze można robić. Ewentualnie zerknąć na klasztor franciszkanów wzniesiony w latach 1721-35.

Zamkowa Hunedoara

Devę i położoną nad rzeką Cerna Hunedoarę dzieli niewiele. Co więcej, śmiało mogę przyznać, że to niemal lustrzane odbicia. No bo tak: wyraźnie widać te same socjalistyczne nuty w architekturze i ogólnym charakterze mieściny. A do tego również bryluje swym zamkiem na wzgórzu. Średniowieczny Corvinilo na skalistym wzgórzu symbolizował węgierskie panowanie nad Siedmiogrodem. Potem rezydował w nim Jan Hunyadye i jego syn Maciej Korwin.

Mimo, że budowla jest w nie najlepszym stanie, dziś jest bodaj jedynym katalizatorem wizyt w Hunedoarze. No bo z czymże może się miasto jeszcze pochwalić? Historycznym poczuciem wyjątkowości z czasów połowy XIX w, przejawiającym się w działającej tuta hucie żelaza? Czy może zawdzięczanym Ceaușescu ruinom różnorakich przedsiębiorstw? Na dziesięciolecia zamek skrył się za przemysłowym krajobrazem, szpecącym okolicę. Na szczęście zakłady stopniowo przestają straszyć.

Zamek Hunedoara - rumuńska TransylwaniaZamek Hunedoara; źródło: Flickr

A sam zamek? Gdy w XIV w. rozpoczynano prace nie sądzono, że ciągnąć się będą przez wieki. Widoczna mieszanina stylów dotyka nawet wieżyczki. Patrzę na jedną z ich – Neboisę, której nazwa oznacza dosłownie „nie bój się”. Wcześniej, by w ogóle wejść na teren zamku pokonałem zwodzony drewniany most. Teraz zbliżam się do chluby obiektu – Sali Rycerskiej. Wchodząc od razu podnoszę głowę, by przyjrzeć się słynnemu krzyżowo-żebrowemu sklepieniu. Mam nadzieję, że granitowych filarach wytrzymają jeszcze trochę i nie zawali mi się to wszytko na głowę. Jeśli w tej materii mam czerpać nadzieję z ogólnego wyglądu budowli, to… niewiele jej pozyskam. Wchodzę do Sali Sejmowej. Kręcąc się się tu i ówdzie znajduję drogę do XV w. kaplicy. Rozpamiętuję, jak to Zygmunt Luksemburski w 1409 podarował zamek kniaziowi Voicu Hunyademu. A jego syn Jan (Iancu) z żona Elżbietą przebudowali go tworząc swą rezydencję. Potem już poszło, nieruchomość przechodziła z rąk do rąk i w efekcie w XVIII w. pieczę nad zamkiem przejęło państwo. I to go… dobiło. Nieprzemyślane renowacje w 1907 roku i 10 lat później sprawiły, że remont w 1956 naprawił wcześniejsze, szkodliwe działania.

Bogactwa Sybina

Z lotu ptaka wygląda przepięknie. Zwłaszcza starówka. Pozazdrościć wszystkim, którzy przybywając wschodu i mają okazją spojrzeć na miasto z góry, podczas podejścia do lądowania na pobliskim lotnisku.

Wizyta na Piata Mare to jak wygrana w totolotka. I tak z ręką na sercu, to właśnie ona i jej najbliższa okolica stanowi clou mojej wizyty. Obecność tutaj jest jak… wyjadanie rodzynków z ciasta. Wyobraź sobie, że ulice Sybina to mączna podstawa wypieku. Przechadzając się nimi co chwila trafia się, to na wspomnie rodzynki, wepchnięte między równie kuszące owoce w cieście.

Piata Nare Sibiu w TransylwaniiPiata Nare Sibiu; źródło: Flickr

Tak postrzegam właśnie ładne kamienice, pamiętające jeszcze średniowieczne, rycerskie czasy. Najstarsza w z nich Casa Haller pod nr 10 sięga historią 1470 roku. Nazwana na cześć znamienitego mieszkańca, burmistrza miasta Petrusa Halera stała tu samotnie w czasach, gdy przez plac przetaczały się sprzedających i kupujących w trakcie organizowanych tu targów. Zwykłe życie przerywały co jakiś czas bardziej interesujące wydarzania, choćby parady wojskowe i… publiczne egzekucje.

Obracam się w lewo i przechodzę pod nr 4 i 5. Po obu stronach potężnych drzwi wetknięte są dwie flagi. Rumuńska i europejska bandera łopocze na barokowym Pałacu Brukhentala z 1785. Od czasu, gdy zajmował ją baron Samuela von Brukhentala minęło już sporo czasu, jednak owa dekada, zakończona w 1797 przeszła do historii miasta, niejako je kształtując. Ówczesny burmistrz zgromadził bowiem ok. 1200 obrazów, które od 1817 roku można oglądać w zorganizowanym tu muzeum – jednym z najstarszych w Europie! Kolekcja prac artystów włoskich, niemieckich, austriackich oraz holenderskich flamandzkich jest tu niezwykle bogata. Komnata za komnatą podziwam zbiory, które podejrzec też można na mapach Google oraz stronie www.

Wchodzę na chwilę do ratusza. W Biurze Informacji Turystycznej kupuję pamiątkę, a już po chwili stoję przy sąsiedniej Biserica Parohiala Romano-Catolica Sf. Treime (kościół farny św. Trójcy). Jezuici konsekrowali go 1733, a pięć lat później dobudowano wieżę. Barokowe wnętrze, początkowo oświetlone promieniami słońca, wpadającymi przez półowalne okna z wielobarwnymi witrażami magle ciemnieje. Wszystko za sprawą brązowego dywanu, pokrywającego posadzkę przed ołtarzem. Podziwiam freski na ścianie nad tabernakulum, którym niczego nie brakuje, choć pojawiły się tu dopiero w 1907. Obchodząc małe wnętrze szukam jeszcze grobu gen Otto Ferdinanda de Abensberga, głównego dowódcy austriackiej armii w Transylwani w l. 1744-47.

Biserica Parohiala Romano-Catolica Sf. Trieme

Biserica Parohiala Romano-Catolica Sf. Trieme; źróło: Wikipedia

Miasto było znaczącym ośrodkiem nauki, przez co doczekało się drukarni i biblioteki. To właśnie wspomnianą drukarnię opuściła pierwsza książka wydana w języku rumuńskim. XIX w. przyniósł miastu rozwój gospodarczy za sprawą nowo powstających fabryk i… browaru. W skład Rumunii miasto włączono w 1919 roku.

Opuszczam rynek wiedziony historią kolejnego kościoła. Na krzywej, kamiennej podłodze dwoma rzędami stoją stare, sfatygowane ławki. Przechodzę wzłuż nich zbliżając się do kutych drzwi zakrystii Catedrala Evanghelică C.A. Sfânta Maria. Otaczający mnie gotycki, poważny styl idealnie współgra z freskiem na chórze przedstawiającego ukrzyżowanie Jezusa z 1445 roku naniesionego ręka i Johannesa von Rosenau, a potem odrestaurowanego. Co ciekawe jedną z osób spoczywających w kościele jest Mihnea cel Rau – Michał Zły, syn słynnego Wlada Palownika, który przed tym kościołem został zamordowany. Ale to nawet nie jego postać, a tzw. Ferula sprawia, że widzę tu więcej ludzi niż gdzie indziej. Wielka wieża, którą zdobywam pokonując licho wyglądające zbite z desek schody. zaprasza mnie do rzucenia okiem na miasto z góry. I muszę przyznać, że nie jest to czas stracony.

Zmierzch nad Catedrala Evanghelică C.A. Sfânta Maria

Zmierzch Catedrala Evanghelică C.A. Sfânta Maria nocą; źródło:Wikipedia

Nieopodal wchodzę na Podul Minciunilor (Most Kłamców) – premierowy wyrób tego rodzaju z żelaza w Rumunii. Mijając kolejne muzea: Muzeum Etnograficzne (Franz Binder Museum of Universal Ethnography) i Casa Altemberger – Muzeul de Istorie wpadam, w Strada Mitropoliei. W otoczeniu niskich domów o pastelowych barwach wąską uliczką docieram do Catedrala orthodoxa sf. Treime (katedra św. Trójcy; Holy Trinity Cathedral) prawosławnej świątyni z 1906 roku. Miejsce zajęte wcześniej przez grecki kościół coś mi przypomina. I tutaj mam problem… Nie, nie ze zidentyfikowaniem, o co też może chodzić. Po prostu… to trzeba samemu zobaczyć. Jeśli ktoś był w Stambule i widział Hagia Sofia, może mieć podobne wrażenie. Podobnie jak tureckiej eklektycznej bryle uwagę zwracają ciężki pozłacany żyrandol oraz półokrągłe okno, przez które wpada naturalne światło. No i te malowidła. Multum niby „wyższej sztuki: na ścianach, ukazuje chyba… wszystkich świętych jakich ogłoszono. Kiczowate naśladownictwo tak wspaniałego obiektu, jakim jest Hagia Sofia, mnie osobiście odstrasza.

Sybin - Holy Trinity Cathedral (Transylwania)

Wnętrze Holy Trinity Cathedral; źródło: Wikipedia

Czym prędzej opuszczam to miejsce ponownie znajdując się na wąskich uliczkach. Dochodząc niejako do siebie po tym co zobaczyłem, staję przed z bastionem Hallera. Okrążam ceglane mury mieszczącego się tu szpitala szukając wejścia. Wtedy na skórze czuję gęsią skórkę. Wszystko za sprawą historii tego dziwnego miejsca. Otóż, gdy rejon nawiedziła epidemia przez wycięte w murze otwory, wyrzucano ciała zmarłych; stąd jej obecna nazwa „Brama Zwłok”.

Okolice Sybina także mają sporo do zaoferowania:

  • Wioska Cristian to efekt przybycia Niemców w XIII w. Potem mieszkali w niej też Rumuni. W centrum wsi do dziś stoi kościół wieżą z XIII w. Problem w tym, że niewiele z niego zostało. Co więcej przebudowa w l 1480-95 nadała mu późnogotycki charakter. W 1719 doczekał się barokowego ołtarza

  • Calnic to miasto słynące z niezwykłej budowli, skrzyżowania siedziby feudałów z zamkiem chłopskim. Gdy budynek wznoszono było jasne, że zamieszka w nim jeden z tutejszych książąt – Chyl „de willa Kelnuk.” Tak powstała wieża, do której dobudowano dwie baszty, otoczone murem. W 1430 gospodarz sprzedał ją gminie i urządzono tu warownię. Potem w jej skład weszła jeszcze świątynia, z pokrytą freskami kaplicą. Przez szereg lat, w trakcie których wielokrotnie dochodziło do najazdów, padła tylko raz i do de facto… bez walki. 1438 rok przyniósł zwycięstwo napierającym Turkom. Dziś obiekt oferuje miejsca noclegowe.

  • Wieś Slimnic cechują ruiny warowni na tutejszym wzniesieniu. Twierdza wiele razy zmieniała kształt – głównie dlatego, że mieszkańcy wsi szukali w inej schronienia podczas ataków. XV w. przyniósł jej rozbudową m,in powstała wieża, oraz kościół w stylu gotyckim – nigdy go jednak nie ukończono.

W regionie pną się pasma gór Fogarskici, przez które przebiega Trasa Transfogarska


Czytaj dalej

1 thought on “Transylwania”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *