Santiago wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Płomienie w Santiago

Czuję unoszącą się specyficzną woń. Śmierdzącą, drażniącą zmysł powonienia. To jednak codzienność stolicy Chile. Dolina, w której umościło się Santiago, otoczona wysokimi zboczami Andów sprawia, że smog tutaj dusi. Brak wiatrów skutecznie zatrzymuje wydzieliny, które niczym zły duch unoszą się nad miastem.

Zanim dotrę do miejsca, które na zawsze zmieniło miasto witam się z Santiago z przytupem. Płynę właśnie w sznurze samochodów Avenida Libertador Bernardo O’Higgins, kierowanych przez santiaguinos, jak określa się mieszkańców aglomeracji. 8-kilometrowa szeroka arteria, nazwą nawiązuje do irlandzkiego przybysza walczącego o niepodległość kraju.

Zastanawiam się jak to było, gdy powstawała? Ile ton ziemi pochłonęła jej budowa? Bo przecież zasypanie głównego traktu w miejscu rozwidlenia rzeki Mapocho, musiało być ogromnym przedsięwzięciem. Jadąc po nienagannej, asfaltowej drodze do głowy przychodzi mi jeszcze jedna myśl. Skąd to dziwne określenie „alameda”, jakie pada z ust mieszkańców tego miasta? Wyjaśnienie dziwi, bo okazuje się, że miejscowi posiłkują się… arabskim. Tylko jak się to ma do znaczenia owego terminu „odpoczynek” nie wiem. Bo to to ostatnie, co przychodzi mi tutaj na myśl…

Plaza Baquedano Santiago www.szlakiempodrozy.pl Plaza Baquedano; źródło: Flickr

Może jakimś wyjaśnieniem jest Plaza Baquedano – dawniej zwane bardziej europejko – Piazza Italia. Zdecydowanie łatwiej tu o chwilę wytchnienia. Z łatwością dostrzegam napis: „El pueblo chileno al general Baquedano”. Postać wojskowego na koniu, z zatkniętymi poniżej państwowymi flagami, to jakby manifest niepodległości. Ileż to razy w obliczu zagrożenia praw obywatelskich, czy też bardziej radosnych okoliczności – jak święta, powstały w 1928 plac wypełniał się Chilijczykami…

W Lo Curro – części Santiago, leżącym na północy-zachód od obszaru metropolitalnego stoi wielka rezydencja w stylu modernistycznym. Zbudował ją sam Pinochet, a po obaleniu dyktatury przez długi czas stała pusta Obecnie działa w niej klub garnizonowy.

Obracam się to w lewo, to w prawo i dopada mnie dziwne uczucie. Dziwne, lecz jednocześnie pozytywne. Jest tu tle przestrzeni… I wcale nie chodzi o metry kwadratowe. Po prostu czuję, że nic na mnie tutaj nie napiera. Że ten brak atakujących zewsząd budynków, ma na mnie zbawienny wpływ. Dzięki temu bez przeszkód spoglądam na wystający czubek Cerro San Cristobal. Tak, to moje nowe wyzwanie! Staję więc w obliczu fundamentalnego pytania: zdobyć je pieszo, czy wjechać naziemną kolejką linową? W końcu zwycięża druga opcja. Wsiadam do wagonika i w działającej od 1980 r. kolejce podziwiam ogrody tupahue i baseny w których można się kąpać.

Długa lista tutejszych obiektów i tak schodzi na dalszy plan, w obliczu tego widoku! Już wiem, że to właśnie apogeum przyjemności mojej wizyty w Santiago. Z Teraza Bella Vista wpatruję się w majaczące w oddali miasto, które przybrało rozmiar ”mrówkowego”. Pofałdowany wieżowcami krajobraz zostanie mi zapewne w pamięci na zawsze. Korzystam z okazji podglądając wystrój Santuario de la Inmaculada Concepcion (Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia NMP) z umieszczoną tu 14 m rzeźbą Marii Panny z 1908 r. Całość zastąpiła krzyż, jaki wniesiono na górę po założeniu miasta. Na wykafelkowanych schodach przysiedli ludzie. Ich twarze wyrażają nieskrywany zachwyt. A przecież wielu z nich ma to na co dzień… Ucieleśnieniem tego, jak ważne z punktu religijnego jest to miejsce jest choćby fakt, iż przed sanktuarium rośnie drzewo – dar Basków z miasteczka Guernica, które zostało zbombardowane w 1937 podczas wojny domowej.

Cerro San Cristobal w Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Cerro San Cristobal; źródło: Flickr

Południową granice parku zajmuje prawie 5 ha ZOO ze 158 gatunkami zwierząt. To obecne założone w 1923, kontynuuje niejako tradycję zapoczątkowaną przez prof. Julio Bernarda, który już 43 lata wcześniej zainteresował się losem zwierząt w kraju. Dziś zobaczyć tu można kondory, lwy, żyrafy, kangury, słonie, czy emu.

Ponownie jestem na dole. Tym razem na wschód od placu. Nienachalna natura w postaci Balmaceda Park pojawiła się nieopodal w chwili jego zalesienia w 1930 r. Dalej niepozorną ulicą trafiam pod Casa Matriz de las Hermanas de la Providencia – Zgromadzenia Sióstr Opatrzności Bożej, które odrestaurowano trzy lata później. Mrówcza praca dosłownie poszła z dymem niespełna po uzyskaniu przez nie pełnoletności, gdy pożar strawił tu niemal wszystko.

Podmuch, który przywiał tragedię

A oto i ona. Compañía de Jesús, a właściwie pomnik, przypominający o pewnym wydarzeniu… Otóż, gdy w Santiago pojawili się jezuici jedną ze swych siedzib ulokowali właśnie na tej ulicy. Ale to nie ich wygnanie z kraju w 1766 stało się przyczyną, dla której ów adres wpisał się na stałe do przeszłości miasta.

Był 8 grudnia 1863 r. gdy znienacka pojawiły się płomienie. Jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii Chile zaczeo się właśnie tutaj. Mieszkańcy nigdy nie widzieli tyle ognia i dymu jak wówczas. A przecież obchody Święta Niepokalanego Poczęcia miały być tak radosne… Wszystko było już przygotowane na przyjście wiernych. W tym mnóstwo świec i lamp naftowych, których płomienie oświetlały umiłowaną przez mieszkańców figurkę Matki Boskiej. Ściany świątyni specjalnie ozdobiono pięknym materiałem. Zamknięte drzwi wejściowe sprzyjały atmosferze modlitwy.

Nagle pęd powietrza sprawił, że drzwi stanęły otworem, a silny podmuch wiatru strącił jedną z dziesiątek świec. Płomienie w ciągu kilku sekund rozprzestrzeniły się tak, że ludzie wpadli w panikę. Tymczasem boczne drzwi, zazwyczaj otwarte tym razem zamknięto… by kościół mógł pomieścić więcej wiernych. Cu w panice zaczęli uciekać, co bardziej odważni ruszyli na ratunek słabszym – kobietom i dzieciom. A księża sprawujący mszę wrócili do zakrystii ratując… cenne przedmioty.

Nie wiedzieć dlaczego główne drzwi zatrzasnęły się z hukiem odcinając jedyną drogę ucieczki. Napierająca grupa pozostałych 200 ludzi tratowała się uniemożliwiając ponowną próbę otwarcia jedynej drogi ucieczki…

Szacuje się, że w płomieniach zginęło prawie około 2500 tyś ludzi, co stanowiło wówczas 2% mieszkańców miasta! O skali zjawiska niech świadczy fakt, że spośród ofiar ledwie 7 udało się zidentyfikować. Można powiedzieć, że przez właśnie ów koszmar skłonił władze do zainaugurowania działalności miejskiej straży pożarnej. Do dziś zresztą mieści się pod tym samym adresem na Calle Puenta 978. Okoliczni mieszkańcu zawsze z wielką wrażliwością reagują na przypadki bicia umieszczonego tu dzwonu. Jego doniosły odgłos niesie się po sąsiedztwie zawsze, gdy w akcji ginie jakiś strażak…

Intendencia de la Region Metropolitana www.szlakiempodrozy.pl

Intendencia de la Region Metropolitana na rogu La Moneda Morande; źródło: Wikipedia

Wędrówka po Santiago

Ponownie swe podwoje otwiera przede mną Avenida Libertador Bernardo O’Higgins. Teraz jednak bardziej skupiam się na detalach. A tu… śmieszące lekko wyglądem zielone, rozłożyste liście palm strzelają w górę z grubych, niskich na jakieś 1,5 metra pni. Zasadzone w równiutkich odstępach stanowią jakąś namiastkę kolorytu wobec siermiężnych, brązowych zabudowań. Ruch na drodze jest spory, w dodatku tuż obok z łoskotem zatrzymuje się na pobliskim przystanku autobus, wyrzucając z rury wydechowej chmury czarnego dymu. Przyspieszam więc, by dotrzeć do Edificio Diego Portales, zwanego też Centre Gabriela Miastral. Na pierwszy rzut oka: jakby rdzewiejący architektoniczny wrak, z rzucającą się w oczy wieżą. Tymczasem to jeden z kulturalnych symboli miasta! A nie zawsze tak było… Dość powiedzieć, że powstał w 1972, by stworzyć godną siedzibę juncie wojskowej Pinocheta. Zresztą do 2016 r. był własnością tutejszego MON-u.

Ten odcinek wędrówki, jak chyba żaden naznaczony jest historią. Oto bowiem kilknaście minut dalej natykam się na Park Cerro Santa Lucia. Wyobraź sobie, że jest 13 grudnia 1540. Zbliża się noc. Po całym dniu wędrówki Pedro de Valdivia dociera do miejsca, gdzie postanawia rozbić obóz. Miejsce tak przypada mu do gustu, że… zakłada miasto Santiago. Zrządzenie losu, przypadek – zwał, jak zwał. A, że właśnie tego dnia przypada święto św. Łucji, postanawia nazwać to miejsce jej imieniem.

Cerro Santa Lucia - chilijskie Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Cerro Santa Lucia; źródło: Flickr

Dziś Santiago tworzy około 5 milionowa społeczność, zajmująca 641 km2

Niewielkie wzgórze sporo się zmieniło dziewięć lat po wielkim pożarze w mieście, w 1872. Wówczas pieczę nad nim przejął Benjamin Vicuna. Tak pojawiły się tu ogrody ze ścieżkami, place i fontanny. A kamieniste wzgórze idealnie nadawało się do wzniesienia Castillo Hidalgo. Dziś to popularne miejsce ślubów i organizacji imprez. Warto tu przyjść w samo południe, by usłyszeć salwy z armat. Ale to nie wszystko! Spod ręki brygadiera wojskowego Manuela Olaguer Feliú wyrosły tu fortece oraz zamki! Tak uznano, że to idealne miejsce na… cmentarz dla dysydentów, nie wierzących w Boga. Jednak to nie tu, a już poza miastem, choć w obszarze metropolitalnym, spoczywają najsłynniejsi mieszkańcy stolicy Chile Santiago – na Cmentarzu Generalnym.

Południowym kraniec wzgórza ściąga mnie Fuente de Neptuno. Historia tej biało-kremowej fontanny, ze stale szumiącą wodą rozpoczęła się w 1987, gdy rozpoczęto jej budowę… w innym miejscu. Po sześciu latach cieszyła już oko mieszkańców.

Fuente de Neptuno - Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Fuente de Neptuno; źródło: Flickr

Pobliskie Jardím Circular i Ogrody Japońskie to miejsca w których łatwo się zaaklimatyzować. Szczególnie te drugie, za powstaniem których stoi architekt Tadashi Asahi, od powstania w 1978 ściągają pergolami, azaliami i bambusami. W takim otoczeniu nawet młyn wodny nie budzi zdziwienia.

Ale nie samym wypoczynkiem żyje człowiek. Na wzgórzu co dzień praca wre. Ex Estación Sismológica Santa Lucia stale monitoruje wstrząsy sejsmiczne na tym terenie. Założona założona po pamiętnym trzęsienii ziemi w 1906 r. Obejście parku stwarza możliwość ujrzenia i innych pomniejszych elementów. Wszystkie razem, wpasowane w tutejszy krajobraz, tworzą niezapomniane wrażenie.

Po wyjściu z parku materializuje się przede mną kościół San Francisco. Najstarszy w mieście w 1618 r. przyjął kolonialne oblicze. W sumie, gdyby nie wieża, nigdy bym nie powiedział że to katolicka świątynia. I skąd ten czerwony kolor? Jale po kolei. Okazuje się że wznieśli go w 1572 Franciszkanie. Tak stał się miejscem do którego wiernych ściągała Matka Boska Nieustającej Pomocy. Przy figurze Virgen del Socorro modlili się wszyscy chcący wyprosić szczególne łaski. A wszytko zaczęło się gdy świętą uznano za patronkę, po tym jak konkwistadorom udało się odeprzeć atak Indian. Wg wierzeń stanąwszy przed napastnikami w dolinie Mapocho… rzuciła im w oczy piach. A figurę przywiózł tu ze sobą osobiście Pedro di Valdivia.

Fuente de Neptuno - Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Iglesia San Francisco Santiago; źródło: Wikipedia

Wchodzę do środka wspominając jak to w 1883 r. runął w efekcie silnych wstrząsów. Wspomnianą rzeźbę udało się uratować, lokując ją w starym kamiennym kościele z 1612. Przechadzam głównym wejściem, patrząc ba kamienne ściany. Ich nieregularny kształt sprawia, że wnętrze ma w sobie coś… dzikiego. Misternie udekorowany strop z drewna, z neoklasycystycznymi wzorami, to efekt pokrycia pierwotnych mauretańskich zdobień w czasie renowacji w XIX. Wpatruję się w drewniane stallę chóru – jedną z najstarszych w kraju. Aż dziw, że tych kilka desek utrzymuje piszczałkowe organy.

Pokryta złoceniami boczna ambona, z której głoszono tysiące homilii przetrwała do dziś. A przecież nie musiała. Wydaje się jednak, że wszystko w tym kościele jest bardziej wytrzymałe. Choćby wieża, która po trzęsieniu w 1730, pomimo uszkodzeń wytrzymała jeszcze 21 lat nim została zdemontowana. Gdy jej miejsce zajęła nowa pojawiły się dzwony, a na zewnątrz zegar. Oddzielony marmurowymi balaskami ołtarz, z ośmioma kolumnami i kilkoma rzeźbami, idelanie kompomuje się ze stropem. Ale pora wyjść, gdyż czeka na mnie jeszcze muzeum z okazami sztuki z Chile i Peru z epoki kolonialnej.

Barrio Paris-Londres – okolica usiana domami z lat 20. XX w. Nazwy dwóch krótkich uliczek Calle París i Calle Londres nawiązują oczywiście do najważniejszych miast Francji i Anglii. Ale dlaczego, nie wiadomo… Dziś pełno tu hotelików i restauracji.

Wchodzę w wąską wybrukowaną kamieniami uliczkę mijając seledynowe narożne elewacje. Cienkiutkie, ładnie przystrzyżone drzewka tylko dodają uroku. Stukające obcasy przechodzących obok sprawiają, że przypominają mi się filmy z gatunku płaszcza i szpady. Trzeba przyznać, że uliczka świetnie nadaje się na sfilmowanie jakiejś sceny. Dawne koleje losu, splecione z funkcjonowaniem więzienia przy numerze 38/40, sprawiają że się zatrzymuję. Na płytach przed budynkiem widnieją nazwiska osadzonych, którzy z różnych względów nie byli przychyli dawnej władzy.

Barrio Paris-Londres - dzielnica Santiago www.szlakiempodrozy.pl Barrio Paris-Londres; źródło: Flickr

Władza i pieniądze

Żwawo ruszam w poszukiwaniu słynnych wąskich uliczek i dość zwartej zabudowy. Takie czekają na mnie w śródmieściu. Ciekawe, jak to było podczas słynnego pożaru? Łunę światła musiało być widać także stąd. Gdy staję na Plaza de la Constitucion, w mig czuję się jednym z wielu. Niemal wszyscy z aparatami w dłoniach kierują się w stronę barierek, za którymi powiewają niebiesko-biało-czerwone flagi. Taka sama wzbiła się właśnie, jakby do lotu, na kopule dachu politycznego centrum Chile. Oto Palacio de La Moneda – pałac prezydencki. Dawniej rozbrzmiewał w nim dźwięk wybijanych monet płatniczych, stąd właśnie nazwa wprost nawiązująca do mennicy państwowej. Budowany w l. 1788-1805, przywdział projekt specjalisty nazwiskiem Joaquin Toeska. Ciekawe czy któryś z następców pierwszego prezydenta, który wprowadził się tu w 1846, zdawał sobie sprawę, że pożar jaki dotknął kościół okaże się tak tragiczny w skutkach? Wiadomo za to, że La Moneda służyła za siedzibę najwyższego przedstawiciela władzy Chile do 1958. Co ciekawe do 1928 równolegle działała tu też owa mennica.

Palacio de La Moneda - wizytówka Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Palacio de La Moneda; źródło: Flickr

Był wtorek, 11 września 1973, gdy pałac dosięgły pociski rakietowe z myśliwców hawker. Tak przewrót wojskowy Pinocheta, niejako przyczynił się do rozpoznawalności tego obiektu. Choć nie ma co do tego 100% dowodów uważa się, że to właśnie tu swój żywot zakończył wówczas Salvador Allende, ówczesny prezydent, wyznawca ideologi socjalistycznej. Gdy w 1981 gmach ponownie otwarto – jako siedzibę rządu – co dość niezwykłe, ulokowano tu także muzeum z najlepszymi dziełami malarstwa chilijskiego.

Plaza de la Constitucion Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Plaza de la Constitucion; źródło: Flickr

Wpatruję się w inne obiekty – trzy posągi byłych prezydentów: Jorge Alessandriniego, Eduardo Freia i Salvadora Allende. Ustawione są tak, że sprawiają wrażenie jakby ze soba rozmawiali. Jednak to, co najciekawsze znajduje się… pod powierzchnią placu. Oto bowiem Pinichet kazał umieścić tu tzw „el bunker” – schron, biura, sale konferencyjne oraz studio TV, z którego wygłaszał przemówienia do narodu.

Przechodzę w stronę w jakby lustrzanego odbicia na południe, by znaleźć się na drugiej części placu – Plaza Bernardo O’Higgins. Wokół mnie biegają dzieci; otaczający mnie dorośli z torbami na wielkie aparaty fotograficzne szukają najlepszego miejsca do wykonania idealnego ujęcia. Podchodzę do pomnika Manuela Bulnesa, XIX w. generała i prezydenta – zastygły w wojowniczej pozie na koniu, jakby chciał się stąd wyrwać. Niemal bliźniaczy wizerunek ustawiono po boku.

Podobne aspiracje na placu zdaje się zgłaszać Altar de la Patria – Ołtarz Ojczyzny. Rozkaz Pinocheta był jasny: wybudować i umieścić w nim urnę ze szczątkami O’Higginsa. Wokół mieszczą się siedziby wojska i policji. A co dwa dni o g.10.00 zobaczyć tu można zmianę warty pałacowej. Żołnierze – karabinierzy, ubrani w zielone mundury i oficerki maszerują wyznaczoną trasa – z kwatery do La Monedy.

Wracam na skrzyżowanie łączące oba place. Tu na rogu wpatruję się w Banco Estado Casa Martiz. A to gmach na swój sposób szczególny. Miejscowi trzymają się od lat wersji, jakoby w 1945 r., tuż po powstaniu był największy budynkiem w Ameryce Łacińskiej! Dziś jego salę zajmuje m.in. Teatr Narodowy, zaś pasaż stał się typowo handlowym adresem.

Znacznie ciekawszy wydaje mi się Club de la Union. Od jego założenia 8 lipca 1864. brylowali w nim najwytworniejsi i najbardziej ekskluzywni mężczyźni na całym kontynencie. Do dziś wstąpienie w jego szeregi jest dla wielu mężczyzn celem życia. A szanse mają nieliczni; rekrutujący się z elity o konserwatywnych poglądach. Ekskluzywne wnętrza otwartgo w 1925 r.gmachu to mieszanina: francuskiego stylu Ludwika XIV i XV oraz gotyku. Spotykający się tu mężczyźni jadają na zastawie stołowej sprowadzonej z Europy, spoglądając jednocześnie na ściany zdobione sztuką z motywami ściśle chilijskimi. Kto bogatemu zabroni?

Club de la Union - Santiago, Chile www.szlakiempodrozy.pl

Club de la Union; źródło: Wikipedia

Skręcam szybko w lewo, przez wąskie, otwarte drzwi bramy. Ścisk panuje potężny, ale w końcu mogę się skupić a tutejszej giełdzie. Bolsa de Comercio de Santiago to instytucja działająca od 1893. Czy tylko mnie przypomina się nowojorski Flatiron?

Oto jestem jednym z tych 2,5 miliona ludzi, którzy co dzień przemierzają tę ulicę. Taka myśl, znienacka, pojawia się w głowie, gdy wchodzę w Paseo Ahumada. Deptak z fontannami, mnóstwem sklepów, kawiarni, banków i centrów handlowych to miejsce szczególne. Tylko ta ulica, nigdy nie zmieniła nazwy, od początku wytyczenia wspominając nazwisko jednego z konkwistadorów Juana de Ahumandy. A stało się to dokładnie 1 lutego 1977 r. Wybrukowany dwoma kolorami kostki, ułożonymi skośnie do traktu, wabi sklepikami na parterach strzelających w górę wieżowców. Przyrodniczy element w postaci drzew, jakby dodawał tej handlowej okolicy ludzkiego wymiaru.

Testament” Valdivii

Był 1541 r., kiedy Pedro di Valdivia zapragnął stworzyć centrum, które w przyszłości olśni Santiago. Czy mu to udało? Polemizowałbym… Panujący ścisk skutecznie może obezwładnić. Stoję na Plaza de Armas i próbuję ogarnąć „co autor miał na myśli”. Nie żebym nie lubił palm, gustownych ławeczek, czy obecności ludzi. Ale stężenie tego wszystkiego jest tak wielkie, że przypomina mi… napakowany do granic możliwości market w czasie wyprzedaży typu „wszystko za złotówkę”…

Santiago Plaza de Armas www.szlakiempodrozy.pl Plaza de Armas w Santiago www.szlakiempodrozy.pl

Plaza de Armas w Santiago; źródło: Flickr

Wolałbym się jednak przenieść w czasie do czasów, z którego pochodzi jego nazwa. Niegdyś bowiem słynął z armat, które przechowywano w działającym tutaj właśnie forcie. A wcześniej to tu pierwsi osadnicy ulokowali swe pierwsze „mieszkania. Przeszłość tego miejsca usiana jest jednak również wieloma paradami wojskowymi, procesjami katolików, oraz… śmiercią zadawaną podczas publicznych egzekucji. Dziś tętniący – aż za bardzo – życiem plac okupują sprzedawcy, pucybuci, malarze i fotografowie. No to jak ma tu być normalnie? A może by tak zaprotestować, jak w przeszłości robili w tym miejscu Chilijczykom, którym nie były w smak decyzje władz…

Jedyne co mnie ratuje to sąsiadująca Catedral Metropolitana. Co ciekawe to już piąta świątynia w tym miejscu. Premierową katedrę rozkazał wznieść oczywiście Valdivia.

Catedral Metropolitana Santiago Chile www.szlakiempodrozy.pl Catedral Metropolitana Santiago; źródło: Wikipedia

Czytaj dalej

3 thoughts on “Płomienie w Santiago”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *