Singapur wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Lśniący Singapur cz. II

Dzielnice Singapuru puchną od obecności pochodzących z zagranicy obywateli. Pora ruszyć więc ich tropem. Jeśli ominęła Cię część I – zapraszam.

Chiński kicz w nabożnej dzielnicy

Chińska dzielnica, w państwie w którym aż 74% mieszkańców stanowią pochodzący z Państwa Środka? Czy to ma jakiś sens? Ot, historyczny chichot losu. No tak, ale przecież gdy w l.20 Raffles tworzył ów kwartał nie wiedział, jak potoczą się dalsze losy Singapuru. Wkraczam w Kreta Ayer, swoiste serce tego obszaru. Jednokierunkowa arteria której nazwa oznacza „wózek wodny” odnosi się do dawnej studni, z której czerpano wodę by następnie dowozić ją na wozach zaprzęgowych do domów. Spoglądam na okiennice umieszczone w dwupiętrowym budynku. Jego parter zajmują sklepiki, a dwie wyższe kondygnacje na co dziś są zamieszkane. Dwa z domków w ciągu zdecydowanie się odróżniają; okiennice pomalowane na żółto i czerwono ściągają nie tylko mój wzrok. Z mijającego mnie typowo angielskiego, czerwonego autobusu wiozącego wycieczkowiczów, daje się słyszeć pełne aprobaty komentarze.

„Singapur zamieszkuje 5,7 milionów mieszkańców, z czego 3,5 to miejscowi, a reszta rezydenci stali i tymczasowi.”

Wracam tą samą drogą, by okrążyć dzielnicę i wejść w świat, który stanowi symbol Chinatown. Z początku mam wrażenie, że zaraz zostanę zmiażdżony. Tłumy ludzi ciągną, w obie strony, wąziutką uliczką. Pagoda Street fascynujący ponoć deptak, od początku atakuje moje nozdrzy dziwnym, acz intensywnym zapachem. Zatrzymuję się przy jednym ze straganów, pytając o ten charakterystyczny zapach. W odpowiedzi zostaję uraczony opowieścią. A było to tak: gdy w latach 50. XX w. chińscy imigranci zajęli udostępniony im teren, zaczęli stawiać biedne domy. Malutkie, w zasadzie pokoiki, zajmowały poszczególni członkowie społeczeństwa. Tak w jednym mieszkał lekarz z rodziną; w kolejnym cztery kobiety, które uprzednio przysięgły celibat; dalej ośmioosobowa rodzina którą utrzymywali oboje rodzice: krawcowa i robotnik. W kolejnych – twórca chodaków i cieśla, którzy używali mieszkań jako swego warsztatu; lokalny domokrążca oraz wożący pasażerów rowerową rikszą mężczyźni. Wówczas dym z przyswajanego opium, unosił się tu w takiej ilości, że nie sposób było po przejściu nią pozostać w dobrym stanie. Z czasem ulicę jawnie zaanektowali wytwórcy ubrań. Dziś na pamiątkę dawnych czasów, rozpylany jest tu sztuczny zapach opium, mający wprowadzić nastrój sprzed dziesiątek lat. O prawdziwości usłyszanej historii przekonuje się w Chinatown Heritage Center, przenosząc się do tamtych czasów,w czasie oglądania oryginalnego wnętrza owych chat.

Po wyjściu spoglądam w górę na dyndające nad głową głową lampiony w czerwonym i żółtym kolorze. Wraz z tymi wszystkimi kramami, pełnymi chińskich pamiątek prawdopodobnie miały dodać uliczce uroku. Tymczasem ja czuję, że otacza mnie… kicz. Mniejszy, niż w niemal identycznych miejscach w Europie, ale jednak kicz. Z nadzieją wypatruję końca lampionów, bo to chyba jedyny sposób, by ocenić jak daleko daleko jeszcze do końca ulicy. Wreszcie wychodzę z gwarnego targowiska. Skoro nie wytrzymałem nawet kilkudziesięciu minut, to co by było nocą, kiedy ruch samochodowy w okolicy ustaje, drogi są zamykane, a na ta i sąsiednie ulice przeobrażają się w nocne targowisko – Chinatown Night Market. Wtedy pośród ok. 200 stoisk zatopić się można w pamiątkach: maskach, latarniach, czy biżuterii oraz galanterii.

Na końcu ulicy zakupowa histeria kończy się, ustępując miejsca powadze. Wejście do świątyni Sri Mariamman, tylko bez obuwia – jak głosi obrazek. Jako, że prócz wyznawców buddyzmu żyją też przedstawiciele innych religii, choćby hinduskiej nie dziwi jej obecność. Pierwsza taka na terenie Singapuru jest dziełem z 1827. Sukcesywnie rozbudowywana, po 16 latach zyskała typowe mury z kamienia. Mnogość rzeźb hinduskich bóstw rzuca mi się natychmiast w oczy. Ulokowane na zewnątrz wieży są maleją, w miarę jak jej wysokość rośnie. Daje to złudzenie, że sięga wyżej niż w rzeczywistości. Jej popularność nie słabnie od chwili, gdy wierni uznali, że tutejsza patronka, chroni przed chorobami. Więcej tutaj. 

Sri Mariamman Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Sri Mariamman; źródło: Flickr

Gdzie ten meczet? – wyrwało mi się z ust gdy skręciłem w South Brigde Road. Jako, że teraz nie pora na to, nie mam okazji usłyszeć wołania na codzienne modlitwy. Pewnie miałbym większy problem ze znalezieniem Jamae Chulia, gdyby nie fakt, że sąsiaduje z wcześniejsza świątynią. Przyzwyczajony do obecności wysokich minaretów, tworzonych przez okrągłe wieże jestem skonsternowany. Tu przyjęły formę pagód i to niewysokich. Gdy przybyli z Indii wyznawcy Allaha najpierw urządzili go gdzie indziej, by nowy otworzyć w 1835.

„Chinatown, otoczona ulicami: Ulice South Bidge Road, Pagoda St., Trengganu St. i Temple St. podzielona jest na 5 segmentów. Co zrozumiałe tu akurat króluje język mandaryński – jeden z oficjalnych języków Singapuru. Ten sam status posiadają: angielski, malajski i tamilski.”

Ten cały obszar zwany Telok Ayer, kiedyś oblewały morskie fale. Z racji docierania tu statków, miejsce to dawniej było ostoją handlu, także niewolnikami. Na mapę ulice wprowadził George Drumgoole Coleman, architekt wezwany tu przez Rafflesa. Co ciekawie miejscowi mawiali na nią Guan Soon Street, a to za sprawą mającej tu siedzibę firmy o tej nazwie, zajmującej się sprowadzaniem robotników z Indii. To, że dziś stąpam po tutejszych ulicach zawdzięczam Rafflesowi, który osobiście przeznaczył ulice pod obecność chińskiej społeczności. Tak imigranci z Państwa Środka urządzili z niej najważniejsza singapurską ulicę handlową w XIX w. Największe obroty w owym handlu stanowiła jednak mało chlubna historia transakcji, których bohaterami byli niewolnicy.

Rafflesowi do głowy nie przyszło wówczas, że za Chińscy przybysze szybko poczną tu stawić swe świątynie. W okolice kolejnej zapuszczam się, nie idąc główną drogą, a klucząc między zabudowaniami. Wiem, że tak lepiej poznam charakter dzielnicy. Club Street emanuje całkiem ładnie prezentującymi się zabudowaniami, pełnymi okiennic. Pomiędzy stonowanymi kolorami gdzieniegdzie prześwituje żółć, błękit czy czerwień pokrywająca dwu lub trzy piętrowe domki. Mijam pełną kubłów wąską ulicę, stanowiącą zaplecze restauracji i sklepów na Amoy Street, by na Telok Ayers Street zatrzymać się przy świątynia Thian Hock Keng (Niebiańskiego Spokoju). Gdy w 1822, cztery lata przed śmiercią gubernatora chińscy imigranci i marynarze zbudowali tu domek, wykorzystali drewno zabrane ze… statków. Składając tu podziękowania za bezpieczne przybycie do nowego miejsca, nikt nie przypuszczał że stanie tu miejsce kultu z prawdziwego zdarzenia. Potrzeba było jednak 17 lat, by dawni mieszkańcy prowincji Fujian, składając dziękczynienie łaskawej bogini Mazu, patronce morza i żeglarzy ustanowili miejsce modlitw zarówno taoistów jak i buddystów.

Thian Hock Keng Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Thian Hock Keng; źródło: Flickr

W Sali Wejściowej na kamiennych stelach wyryto historię owej świątyni. Znajduję tablicę przedstawiającą cesarza Guang Xu z dynastii Qing z 1907, odczytując napis: ”Bo Jing Nan Ming” tłumaczony jako „Delikatne fale nad morzami południowymi”. To nawiązanie do tego, że gdy ją wznoszono stała właściwie tuż brzy brzegu morza. Pochłanianie osuszanie kolejnych metrów sprawiło, że dziś wygląda to inaczej. Piękne zdobiona złoceniami i postaciami smoków chińska brama prowadzi mnie na niewielki prostokątny placyk, otoczony ze wszystkich stron przez pełne ornamentyki zabudowania. Szczególne wrażenie robią zdobione elementy tuz poniżej dachu. Zachodnich przybyszy nieco szokować może obecność swastyki jako elementu dekoracyjnego, ale w dawnych społecznościach był on synonimem szczęścia, i nieśmiertelności i w takiej też roli się tu pojawił.

O tym jak ludzie są tu zróżnicowani religijnie niech świadczy te dane: 33% stanowią buddyści, 18% to chrześcijanie, 15% ludność wyznająca islam a 5% hinduizm. Z boku tej całej mozaice wierzeń przygląda się 15% niewierzących. Tymczasem czy to na ulicach czy to w mediach nie występują żadne waśnie religijne.

Uspokojony tym zbliżam się do meczetu Masjid Al Abrar, mijając po drodze japońską i… libańską restaurację. Chodniki zajęte przez wystawione tu stoliki z krzesłami powodują, że nie jedynym miejscem parkingowym jest właśnie chodnik pod meczetem. Gdy 1827 zbierali się tu ludzie miał on zupełnie inny charakter. Ot zwykła chata, kryta strzechą musiała wówczas wystarczyć. Dziś na jej miejscu, od 1855 roku stoi, jak zawsze, skierowany w kierunku Mekki budynek o kremowym kolorze. Niebieskie napisy w języku arabskim, pewni coś komunikują, ale… skąd mam wiedzieć co. Wielokrotna rozbudowa najpierw umożliwiła pomieszczenie 800 osobowej grupy modlących się a potem, już w 1989 nadała mu nowoczesnego charakteru i to właśnie wówczas powstały cztery widoczne małe wieżyczki – minarety, oba zakończone półksiężycami z gwiazdami.

W „Little Korea”

Gdy mijam Maxwell Road zauważam znaczą zmianę. Choć co prawda formalnie znajduję się dalej w Chinatown, to pewnie Koreańczycy na takie stwierdzenie, by się na obruszyli. Zapuszczam się w Little Korea głównie z uwagi na knajpki, w których chcę zasmakować daniach tamtejszej kuchni. Koreański zakątek – Tanjong Pagar, kiedyś także sąsiadował z morskimi dokami. Wbrew pozorom okolica nie była od początku enklawą Koreańczyków. Ci przybyli tu znacznie później, zastępując wcześniej przybyłych imigrantów Chin i Indii.

Dziś jedna z najbardziej szacownych dzielnic miasta, pełna jest wieżowców, apartamentowców, hoteli i restauracji. A jej nazwa, z malajskiego tłumaczona jako ”przylądek pali” wywodzi się z pewnej legendy. Do dziś usłyszeć tu można opowieść o chłopcu, który bohatersko ochronił swą wioskę przed zabójczym atakiem mieczników, ustawiając zabezpieczenie z kołków. na które nadziewały się atakujące wybrzeże ryby. Dziś zamiast nich na wyłączonej z ruchu Duxton Hill natykam się na restauracje i bary. Obsadzoną dawnej drzewami wydającymi czerwone owoce gałki muszkatołowej, zamieszkiwali w większości rikszarze, wieczorami racząc się opium i uprawiając hazard. Nic dziwnego, że wkrótce wyrosły tu slumsy. Trudno mi zrozumieć owe czasy mijając ładne zabudowania z knajpkami i piekarniami. Zresztą tych pierwszych w całej dzielnicy jest tyle, że w zasadzie cały dzień można ty spędzić przechadzać z jednej do drugiej.

Kompletny brak wielkich centrów handlowych, w zastępstwie których wyrosły lu małe sklepiki sprawia, że otacza mnie pewien rodzaj intymności. Brutalnie z odczucia odziera mnie bliskość Świątyni Zęba Buddy (Buddha Tooth Relic Temple). Tuż przy grzmiącej odgłosami ryczących silników i klaksonów stoi urokliwa budowla.

Buddha Tooth Relic Temple Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Buddha Tooth Relic Temple; źródło: Flickr

Trudno, że by taka nie była skoro wysupłano na nią… 62 miliony $, a jakby tego było mało zaakceptowano dopiero dziewiąty przedłożony przez architektów projekt! Przechodzę przez czerwona bramę, by po chwili… niemalże usiąść z wrażenia! Z rozdziawionymi ustami oblewam wzrokiem kipiące złotem wnętrze, otoczone wyłącznie krwistym kolorem. Majestatyczny złocony posąg posągu Buddy jakby pilnowały dwie postacie po bokach, trzymające złożone dłonie kobiety jakby żarliwie się modliły. Siedzący na tronie bóg wąskimi oczyma, jakby z radością, patrzył na leżące pod jego stopami dary. Kilogramy owoców i kwiatów sprawiają, że stół zastawiony jest wszystkimi możliwymi kolorami. Żółte banany, czerwone jabłka, brąz z domieszką zieleni ananasa i wielobarwne bukiety.

W takich oto okolicznościach ko przechowuje się tu świętą relikwię, w postaci zęba Buddy. Odnaleziony w 1980 roku na terenie jednej ze świątyń w Myanmar, otoczony stupą o wadze 480 kg i wykonaną z 48-karatowego złota wysadzana 600 szmaragdami. Co jak co, ale mieli tu rozmach! Oficjalna strona.

Baba House Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Baba House, na Neil Road 157, to dom odnowiony dom, który zamieszkiwał dawny potentat morski Wee Bing, a zbudowany w 1895. Dziś mieści się w nim muzeum z wspaniale rzeźbionymi antycznymi meblami i 2 tyś antyków – przedmiotów używanych społeczność Peranakanów.

Little India

Podobnie jak i inne, dzielnicą indyjską, stworzono na bazie pomysłu Simona Rafflesa. Idea istnienia terenu dla owej społeczności, przetrwała do dziś. Efekt widzę gołym okiem, mijając miejscowe kobiety noszące różnobarwne, tradycyjne saru.

Wchodzę w dzielnicę od wschodniej strony prosto w handlową Serangoon Road, ale zamiar buszowania po tej pełnej sklepów alei szybko porzucam. Wolę zerknąć na świątynie. Czarne drzwi wejściowe pokryte są złotymi napisami. Na żółtym dachu ustawiono małe cztery małe platformy z wielobarwnym, małymi figurkami. Wszystko dla uczczenia bogini Guanyin, patronującej Leong San See. Obchodzę ją by wejść na zaplecze, gdzie mały dziedziniec zajmują tablice wspominające przodków. Kila kroków dalej po przeciwnej stronie zauważam tygrysy i słonie tuż pod miejscem stykania się dwóch części dachu. Gdy po wejściu do świątyni Sakya Muni Budda Gaya (Tysiąca Świateł) widzę gigantyczną, 15 m statuę buddy, wiem że to jedna z najgorszych figur jakie kiedykolwiek widziałem. Przejaskrawiona żółć odzienia i nieproporcjonalnie duże, czerwone usta jakby pokryte toną szminki…

„Dzisiejsza powierzchnia Singapuru to 723 tyś km2. Aż 40 tyś km2 to jednak efektem tworzenia sztucznych nasypów. Wśród mieszkańców można usłyszeć ciekawą historię, jakoby gdy władze Singapuru coraz śmielej poczynały sobie rozszerzając teren, dosypując wciąż piasku w do okalających wyspę wód, sąsiadujące z nim państwa nałożyły embargo na sprzedaż surowca do tego kraju.”

Ta cześć miasta, zwana przez miejscowych tekka szybko stała się dla przybyszy miejscem gdzie hodowali hodowano bydło, wytwarzano olej palmowy i handlowano… czym się da. Obszar skolonizowany przez społeczność tamilską – Chulia Kampong szybko zapełnił się nowymi przybyszami, przez co poczęli oni zajmować także dzielnice indyjską.

Po wyjściu przystają zastanawiając się co dalej. Co prawda niewiele dzieli mnie od Race Course Road – ulicy, na której dawniej odbywały się wyścigi koni, ale czy dziś emanująca restauracjami rzeczywiście stanowi „must see”. Wątpię… Podobnie zresztą jak najsłynniejsze centrum handlowe w okolicy – „Mustafa Center”. Kto by przypuszczał, że gdy w 1971 pojawiło się tu małe stanowisko z ubraniami przemieni się ono w ośmiopiętrowe centrum handlowe, gdzie dziś można zaopatrzyć się w… 300 tyś różnych towarów.

Tan House Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Tan House to jeden z najczęściej fotografowanych budynków dzielnicy; wzniesiony w 1900 pokrywa pełna gama kolorów. Dawniej zajmowała go chińska rodzina Tana Teng Niaha, której członkiem był potentat na rynku cukru. Źródło foto: Flickr

Końcowy akord mojej wędrówki po Little India, stanowi jej południowo-zachodnim skraj. Pełna sklepików, których fasady pokrywają chyba wszystkie kolory świata przebijam się wąskim chodnikiem Dunlop Street. Mijam żółte mury ogrodzenia, przechodzę przez bogato kute ogrodzenie by rzucić okiem. Żółto biały meczet Masjid Abdul Gafoor Mosque. w stylu mauretańsko-europejsko-hinduskim, pokrywają zielone, arabskie kaligrafie ukazujące półksiężyce i… Z początku nie dowierzam, ale oczy mnie nie mylą – to Gwiazdy Dawida. Na meczecie! Nie do wiary! Patrzę na Przy głównym wejściu do sali modlitewnej dostrzegam jeszcze słoneczny. Wszystkie te elementy to efekt przeobrażenia drewnianego, biednego gmachu krytego zwykłą strzechą. Ową zmianę oblicza sfinansowali regularnymi opłatami czynszowymi tutejsi sklepikarze, kończąc budowę w 1907.

Masjid Abdul Gafoor Mosque Singapur www.szlakiempodrozy.pl

Masjid Abdul Gafoor Mosque; źródło: Flickr

Harmider na wyspie spokoju

Gdy pieszo przez most docieram na wyspę Sentosa, z każdej strony atakują nie wrzaski. Ale spokojnie, nic złego się nie dzieje. To tylko park rozrywki. Znacznie niebezpieczniej było przed latami. W1930 otwarto tu siedzibę Artylerii Królewskiej. Najbardziej dramatyczne wydarzenia nastąpiły jednak gdy w tracie II wojny zorganizowali tu obóz dla jeńców, w którym trzymali Brytyjczyków i Australijczyków. Po wojnie od lat 70.,Brytyjczycy mieli tu bazę wojskową.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *