San Francisco wyrozniajacy www.szlakiempodrozy.pl

Klimatyczne San Francisco cz.I

Myślisz, że San Francisco to klimatyczne miejsce? Dziś przecież… niemal wszystko, jest „klimatyczne”. Tyle, że ja ruszam po mieście w poszukiwaniu prawdziwego klimatu, jednego z najbardziej ekscytujących miast świata.

Gdzie lepiej wczuć się w miasto, jak nie w miejscu historycznym? Jestem w dzielnicy biznesowej Financial District – ograniczonej przez Market Street, Kearny Street, Pacific Avenue i Embarcadero. Niby niewielka powierzchnia, ale gdyby zerknąć na stan konta tutejszych banków, można poczuć się jak nędzarz. Stoję właśnie na początku ulicy, od strony przystani. W słońcu migotliwym blaskiem lśnią wielkie biurowce. W ciągu minuty dokonuje się tu tylu transakcji, że gdybym zobaczył wyciąg pogubiłbym się w ilości zer. Ale coś nie daje mi spokoju… Wkraczam głębiej w okolicę. Maszerują nią wystrojeni w garnitury bankowcy. Ale część otoczenia do nich nie pasuje. Zastanawiam się o co chodzi? Poświata rzuca się na okolicę sprawiając, że mrużę oczy. Drapacze chmur, to nie jedyne obiekty, które dostrzegam! Są też, na pierwszy rzut oka, zupełnie nie pasujące tu gmachy, z lat 20. XX w.

Mam dziwne uczucie, jakby ulica była odarta z emocji. Być może zimna krew bankierów, jeden z ich atrybutów, zasilała tutejszy miejski krwiobieg? Przyglądam się temu szerokiemu bulwarowi, tak wytyczonemu, że biegnie pod kątem 36° względem innych ulic. Wyobrażam sobie, jak to było w przeszłości, gdy stawał się granicą dzielącą dwa światy. Na północ zakorzenili się bogaci, południe zostało ostoją biednych robotników. Zresztą z ulicami było tu w ogóle ciekawie… Wyznaczył je bowiem geodeta z Irlandii – Jasper O’Farrell powiększając siatkę ulic i wytyczając szeroką na 36 m Market Street. Przechodząca ukosem przez wcześniejsze trakty stała się dla mieszkańców miasta powodem… frustracji i klęcia.

Otoczony przez poruszający się tłum, czuję się niejako „doprowadzony” przed Shell Building. Na poziomie ulicy, w cieniu budynków działają ekskluzywne sklepy. Przystaję przed gmachem z 1929 r., w stylu art deco zerkając na słynne muszle. Ozdobiono nimi niemal cały gmach, ale cóż logo „musi być”. Tu muszę uwierzyć na słowo konstruktorom, bo zupełnie tego widzę. O co chodzi? Ano o to, że ten 29. piętrowy gmach zwęża się u góry potęgując efekt strzelistości. Być może tak, ale jak to dotrzeć, skoro dach majaczy gdzieś hen wysoko, 115 m wyżej?

Shell Building w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Shell Building w San Francisco; źródło: Flickr

„Gdy 1848 r. w okolicy odkryto złoża złota, w ciągu kilku miesięcy ludność liczona w setkach rozrosła się do 30 tysięcy! Ceny nieruchomości wystrzeliły w górę i do dziś nie chcą się obniżyć. Od początku II połowy XIX w. San Francisco, bogacące się na handlu złotem i srebrem ulokowało tu instytucje finansowe.”

Tutaj postanawiam zawrócić i nie marnować czasu na spacer ciągnącą się aż 7 km ulicą. Montgomery Street, jest już krótsza, a okoliczności jej powstania są przecież podobne. Ruszam pod prąd 4-pasmowej ulicy. Udaje mi się uniknąć podmuchów gorąca buchających z nagrzanego asfaltu, ale za to… nie mogę odpędzić się od wysokiej temperatury wydzielanej przez sunący w ślimaczym tempie sznur samochodów. Uciekam myślami do ciekawego faktu: otóż początkowo linia brzegowa oceanu sięgała właśnie tego miejsca. Postęp sprawił, że z czasem zaczęto wznosić tu nabrzeża. Co ciekawe usypywanie go przyniosło zakopanie… zatopionych tu statków.

Przystaję przed siedzibą Wells Fargo firmy, którą w 1852 r. założyli, ot zdziwienie: Henry Wells i William Fargo :). Świadcząc usługi bankowe, wypłacali pieniądze na Zachodzie USA. Tuż za skrzyżowaniem z Bush Street wpadam na 31 p. Russ Building. Choć powstał w 1927 r. zupełnie tego nie widać. Nowogotycki, całkiem przyjemny styl i kształt litery „E” jest jego wyznacznikiem. Swoją drogą ten kształt to chytry pomysł, mający zapewnić lepsze naturalne oświetlenie i wentylację. Wchodzę do środka zerknąć na parter. A tu: hol z inkrystowanymi podłogami, sklepienie z kamienia i drzwi do wind z brązu. Nie mój świat; ruszam więc dalej…

Z dobrodziejstwem inwentarza biorę obecność skrzyżowania z Bush Street. Przecież jest tu Mills Building! Nie mogę odmówić sobie zobaczenia pierwszego w mieście gmachu powstałego wyłącznie na stalowym szkielecie! Spoglądam na zewnętrzne ściany, a tu: marmur, terakota i cegły. Jakby tego było mało nad wejściem neoromański łuk. Ale nie zawsze tak pięknie wyglądał, oj nie… W 1906 r, to dzieło Daniela Burnhama, rozsypało się niemal w drobny mak, oczywiście za sprawą trzęsienia ziemi.

One Bush Plaza inaczej zwany Crown-Zellerbach Building. Dwa modernistyczne gmachy: zielony szklany wieżowiec i niski pawilon o okrągłym kształcie. Mało kto wie, że nie tylko mieszkańcy miasta czują dumę z jego powstania. Wyobraź sobie wielki kryzys lat. 20 XX w. Mieszkańcy USA zaciskają pasa. Wspomnij sobie relacje o skaczących z okna bankierach, patrzących jak w ciągu kilku minut z kont wyparowują miliardy dolarów, za które byli odpowiedzialni. A teraz przenieś się do okresu, w którym gospodarka wychodzi na prostą. Ludzi znowu stać na coraz droższe zakupy, niektórzy już nawet opływają w luksusy. Czy to nie najlepszy czas, by zamanifestować odrodzenie się Ameryki i samego San Francisco? Taka jest właśnie geneza One Bush Plaza, pierwszej wielkiej inwestycji budowlanej, ukończonej po Wielkim Kryzysie.

„San Francisco cechuje występowanie największej liczby wzniesień na świecie! Samo centrum położone jest na ma 43 wzgórzach; stąd tutejsze strome ulice miasta z nachyleniem ponad 43°.”

Pamiętacie Wells Fargo sprzed chwili? No to wyobraźcie sobie, że stoję teraz w muzeum historii tego banku! Na 420 Montgomery St. oglądam… dyliżans z l.60 XIX w. – replikę firmowego kantoru z samorodkami, pancernymi kuframi, którym można się przejechać, równocześnie słuchając ciekawych opowieści. Zabawiam się w telegrafistę, wysyłając istotną wiadomość, a potem także ekspresową paczkę, czuję się jak pracownik tej instytucji w połowie XIX w.

Dyliżans

Dyliżans; źródło: Flickr

Na skórze odczuwam przyjemny podmuch wiaterku. Leniwie porusza flagami osadzonymi, gdzieś na wysokości 6 metrów. A te są niemal na każdym budynku, zazwyczaj po dwie. Jedna amerykańska, druga z logo instytucji finansowej. Tak idąc, od flagi do flagi, docieram do Transamerica Pyramid. I muszę przyznać – przemawia do mnie swoją potęgą. Stojący tu od 1972, ma 260 m wysokości i liczy 48 pięter z iglicą. Wizja architekta Williama Pereiry tworzącego tu piramidę, zapewnia chodnikowi docieranie naturalnego światła słonecznego. Stoję bezpośrednio przed nim świdruję go oczami jak radar. Ale nic z tego… Nie dane mi jest zobaczyć wbudowanej tu płyty fundamentowej, odlanej z 30 tyś ton betonu. Wewnątrz umieszczono 500 km prętów zbrojeniowych!

Ale rejestruję, że ściany nachylone są pod kątem 85 stopni. Ciekawe czy rzeczywiście tych paneli z kruszywa kwarcowego jest tu 3 tysiące? Zaczynam liczyć: 1,2,3,4… Nie, nie ma to sensu… Wierzę na słowo. Co ciekawe nie stykają się ze sobą, by w razie wstrząsów mogły się przesuwać. To może okna policzę? Też lepiej nie, zanim dojdę do liczby 3678 zanudzę się na śmierć! To może chociaż zauważę, które to kondygnacje są najwyższe, a które najniższe, bo przecież mają różne wysokości! Ok, najwyższe 5. piętro mające 44×44 m, jeszcze ogarniam, ale najmniejsze – 48. piętro te mające tylko 14×14 m, to już jakaś abstrakcja. By zobaczyć iglicę odchodzę dalej. Może przyjdę tu nocą jeszcze, kiedy jest podświetlana i można dostrzec jej czubek na wysokości 65 metrów? W myślach przenoszę się do 1989 roku. Dziś stale jest monitorowany pod kątem odchylenia, ale wtedy, podczas trzęsienia ziemi wygiął się na wysokości dachu aż o 30 cm! Mimo to przetrwał. Dziś windy wyposażone w czujniki sejsmiczne w trakcie trzęsienia zatrzymują się na najbliższym piętrze, umożliwiając ludziom szybką ewakuację.

Transamerica Pyramid San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Transamerica Pyramid San Francisco; źródło: Flickr

Gdzie jak gdzie, ale w San Francisco nie mogło zabraknąć California Street. Stolica stanu – to idealne ucieleśnienie jego bogactwa. Biorę na celownik ulicę, wiedząc że i tak nie zobaczę całej. Prawie 9 km arteria, ciągnie się prawie przez całe miasto! Tak zawsze wyobrażam sobie Amerykę! Szerokie ulice, na których pokonanie długości pasów dla pieszych to spore wyzwanie. Chciało by się zobaczyć kiedyś jak płatki śniegu oplatają tutejsze trotuary, ale wiem, że nawet gdybym spędził tu całą ziemię byłoby mi to trudno się tym zjawiskiem nacieszyć. Klimat w mieście jest umiarkowany, roczne temperatury oscylują wokół 4-27 stopni C i choć spadają poniżej zera, to jednak wielkiej zimy tu nie uświadczę.

Kolejne drapacze chmur mijam szybko. Kręcę tylko głową, by zapamiętać choćby różne odcienie mijanych fasad. Podnosząc głowę przypominam sobie, że niedawno władze przegłosowały zakaz stosowania kamer do monitoringu z funkcją rozpoznawania twarzy uznając, że ich funkcjonowanie godzi w prawa człowieka. Ciekawe…

Tymczasem patrzę jak brąz przeplata się tu z kolorem kremowym. Na chwilę moją uwagę przyciąga „Bank of California Building” o greko-romańskim stylu, a zarazem idealny przykład brutalizmu. Adres 400 California Street mieścił założony w 1864 przez Williama Ralstona i Dariusza Millsa bank. Szczególnie poszczęściło się temu pierwszemu – zainwestował wcześniej w eksploatację żyły złota Camstock, a potem założył pierwszą w mieście hutę żelaza. Siedzibę banku z 1907 podtrzymują kolumny korynckie, wewnątrz są marmury, a w podziemiach działa „Museum of Money of the American West” – Muzeum Pieniądza Zachodniej Ameryki.

Dwa adresy przy California St. mnie jeszcze nęcą. Zresztą, potrzeba niezłej ekwilibrystyki umysłu, by w ogóle pojąć dlaczego ich oficjalny adres to właśnie ta ulica, skoro stoją przy Pine Street. Ale skoro tak wolą… ”Bank of America Center” pod nr 555, już na samym starcie wywołuje ciekawość. Nazwa przetrwała bowiem mimo, że nie jest już on siedzibą owej isntytucji… Wzniesiony w 1969 rzuca akurat malutki cień na skrzyżowanie wspomnianej Pine St, z Kearny St. Mimo, że słońce świeci ostrzej, w cieniu można zadrzeć głowę i zmierzyć wzrokiem 52 kondygnacje o wysokości 237 m. Biura pochłaniają tu 186 tyś m2 pow., pracuje w nim 5 tyś ludzi. Na dole spoglądam na granitową rzeźbę „Transcendencja” japońskiego twórcy Masayukiego Nagare. Próbuję sobie przypomnieć słynny film „Płonący wieżowiec”. Przecież widziałem go i to zdaje się, że nie raz. Skąd to skojarzenie? Bo to właśnie tu kręcono w 1974 ten słynny film!

No dobrze, ale co z samą firmą? Ano „Bank of America” założył… Włoch Amadeo P. Giannini w 1904, by dać włoskim imigrantom szanse na zaistnienie w Nowym Świecie. Amerykańskie banki nie obsługiwały ich wcześniej, przez niskie dochody. Włoch był tak przywiązany do swych rodaków, że w 1906 po trzęsieniu ziemi, osobiście wynosił w skrzyniach ich oszczędności, ratując ich dobytek!

Bank of America San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Bank of America San Francisco; źródło: Wikipedia

Choć California Street się tu jeszcze nie kończy, to opuszczam tę sekcję. Co mi do domach mieszkalnych, rozciągający się tu dalej na zachód. Wolę udać się na Jackson Square, bo tam…

Pora na złoto

Wyobraź sobie czasy gorączki złota. Pada ulewny deszcz. Ziemia już dawno zmieniła konsystencję na błątnistą maź. Ludzie stojąc rzędem, nie mogą doczekać się, aż zostaną obsłużeni. Nasila się niecierpliwość. Strugi wody leją się na głowy szczęściarzy, którym udało się wypłukać drogocenne samorodki. Tak niejednokrotnie wyglądał tutejszy krajobraz. Jackson Square był bowiem centralnym miejscem ważenia odnalezionych grudek złota. Tak powstała najstarsza dzielnica handlowa San Francisco, w XIX w. zwana Barbary Coast – czyli Wybrzeżem Berberyjskim, bastionem afrykańskich piratów.

W to małe poletko idealnie wkomponowała się Pacific Avenue. Wąska arteria, dziś już bez dawnej magii. W przeszłości ściągała z oddających się z lubością uciechom cielesnym. Jak ja chciałem pobyć właśnie na takiej, typowej tu ulicy…. Nie, nie… Źle mnie zrozumieliście. Nie chodzi o wspomnianą, dawną „działalność”, ale sposób w jaki została poprowadzona. Sunąc na jedno z licznych tutejszych wzniesień, wyczuwam jedną legendarnych stromizn. Oto prawdziwe San Francisco!

A awacając do przeszłości… Okolica znana była ze spelunek i saloonów o wdzięczych nazwach: „Kostnica”, czy „Diabelska Kuchnia”. Do dziś o przeszłości przypomina stara knajpa „Hippodrome” na 555 Pacific Ave, która w fasadzie wciąż ma… płaskorzeźby z biuściatymi panienkami. Gdy w 1908 na rogu Pacific Ave i Kearny Street otwarto gejowski pub, władze nie wytrzymały i… po 1913 zaczęły eksmitować niechlubne przybytki. Nowe życie tchnęli tutaj twórcy, którzy z uwagi na kryzys lat 30. i obniżkę cen nieruchomości mogli pozwolić sobie na kupno domów i mieszkań. Tak zjawili się tu dekoratorzy wnętrz i specjaliści od wzornictwa przeobrażając to miejsce.

Montgomery Street – jedna z przebiegających przez dzielnicę arterii, zachwyca mnie ceglanymi zadbudowaniami. Choćby budynkiem pod nr 722, w którym od 1851 działała turecka łaźnia. Ale nie tylko ona, bo mieściła się tu też siedziba licytatora, teatru i prawnika Melvina Belli. To dopiero było indywiduum… Za każdym razem po wygranej sprawie informował tym otoczenie… wywieszając piracką flagę!

Przemierzam ulice w poszukiwaniu dalszych tajemnic. Ruszam tropem zaparkowanych na poboczach samochodów, ciesząc się, że wałęsając się tu w tak upalny dzień nie muszę wsiadać za kółko do rozgrzanego wnętrza pojazdu. Choć temperatura i tak sprawia, że szukam wytchnienia. Idealne miejsce? Ceglany dom pod nr 728 z 1854 roku. Jaką to może skrywać niespodziankę? Był 1849 r., gdy na pozbawionym jeszcze zabudowań placu po raz pierwszy spotkali się członkowie loży masońskiej inaugurując jej działalność w mieście.

„San Francisco to jedno z niewielu wielkich miast świata, które ma bardzo mało źródeł słodkiej wody – nie przepływa przez nie żadna duża rzeka. Jednocześnie w mieście jest aż 1500 hydrantów!”

Na rogu Montgomery St. z Jackson St. 472 spoglądam na dawny konsulat Francji z 1852 r. z ciekawą ceglaną elewacją i przeciwpożarowymi metalowymi okiennicami. Nieco dalej w utrzymanym w podobnej aranżacji gmachu, pod nr 415 w 1853 powstała pierwsza wytwórnia czekolady założona przez Domingo Ghirardeliego.

A teraz uwaga! Licząca nieco ponad… 20 metrów Balance St. jest tak niepozorna, że jej zauważenie granicy z cudem. A nie wolno jej pominąć! No bo jak to? Nie stanąć w miejscu, gdzie jak mówią ludzie, zatopiono statek podczas zasypywania zatoki?! Jeśli ktoś lubi historie związane z hotelami, nie może też pominąć Hotel Palace i Hotel Hyatt Regency.

Podchodząc do San Francisco metodycznie należało by jeszcze poznać:

  • Embarcadero Center – cztery 30. i 45. piętrowe wieżowce zespolone kładkami; dziwło pracowni John Portman and Associated; sfinansowane częściowo przez słynnego Davida Rockefellera – powstały w l.1967-82
  • Justin Herman Plaza – obleganą przez deskorolkarzy
  • Hallidie Building – projektu Willa Polka z 1917; gdzie po raz pierwszy użyto szklanej ściany kurtynowej… wywołując szok. Fasadę tworzą tu szklane tafle, a całość nazwano go na cześć twórcy tramwaju linowego
  • Pacific Exchange – kiedyś siedzibę drugiej co do wielkości giełdy świata, po nowojorskiej Gmach powstał w 1915; ma dobudowany w 1930 kolumnowy hol, w którym króluje granit.

 

Union Square San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Tramwajowe Nobb Hill

Tłum ogarnęło ogromne poruszenie. Ludzie w dotąd niemal pustej okolicy, pojawili się jakby znikąd. Wjedzie, czy nie da rady? – dało się słyszeć wśród gapiów. Był 1837 rok i właśnie wielkie wydarzenie rozgrywało się na oczach ludzi. Wreszcie tramwaj pokonał stromy podjazd, zatrzymując się na szczycie wzgórza.

Tak Nobb Hill stało się oazą majętnych mieszkańców San Francisco czekających na ostateczny dowód, na to, że warto się tu osiedlić. Dziś i ja pokonuję tę trasę. Jaka szkoda, że nie dane mi jest zerknąć na dawne rezydencje! Jak choćby ta we włoskim stylu Lelanda Stanforda z 1876, czy stojąca niegdyś tuż płotem wspaniała willa z neogotyckimi wieżyczkami – własność Marka Hopkinsa. Nie wspominając już o domu James’a Fair’a i James’a Flood’a właścicieli kopalni Consolidatet Virgnini. Wszystkie dumnie prezentowały się do wielkiego pożaru w 1906, kiedy po drewnianych rezydencjach został tylko popiół. Tylko willa Flood’a przetrwała – jedyna bodaj z piaskowca, dziś mieszcząca klub Pacific Union przy California Street.

„Wielka Czwórka” z San Franscisco – kupcy z Sacramento Lelenad Stanford, Mark Hopkins, Charles Crocker i Collis P. Hutington, to jedni z najlepszych biznesmenów w dziejach USA! Przez firmę Central Pacific Railrad (potem Southern Pacific) w 1869, wzięli udział w budowie transkontynentalnej linii kolejowej. Wkrótce potem przedsiębiorcy stali się ogromnie wpływowi będąc panami nie tylko transportu, ale też wpływali na politykę Kalifornii. Wszyscy mieszkali w rezydencjach na Nobb Hill.”

Wiejący mi w plecy wiatr, jaki się właśnie wzmógł, tylko pomaga mi w dotarciu do celu. I oto jestem. Spoglądam na Katedrę Łaski Bożej – Grace Cathedral i od razu zdaję sobie sprawę, że ma w sobie jakiś dziwny magnetyzm. Może to Jones St., jedna z tych ulic, która gwałtownie się tu wznosi/opada. Patrzę na świątynię, a tu wyższe ściany wzniesiono na dole i w miarę podnoszenia się terenu, mury zewnętrze są coraz niższe. Rozglądam się czy trafiłem na odpowiednią porę. Jest ranek więc może się jeszcze załapię… Codziennie rano pod katedrą dochodzi bowiem do ciekawego „przedstawienia” – miejsce zapełnia się miłośnikami „tai-chi”, a zarazem mieszkańcami pobliskiej Chinatown.

Spoglądam na brązową elewację, próbując ogarnąć całość. Dosyć to trudne, przecież to 3. największa katedra episkopalna w USA! Długa na 100 m, ma wieżę sięgającą 75 m wysokości. Przypominam sobie, że wedle wizji budowniczych miała przypominać paryską Notre Dame. Po wejściu bocznymi drzwiami przeżywam szok. „Ciemność, widzę ciemność” – mroczny korytarz prowadzi do małych kapliczek

Postanawiam wyjść i spojrzeć od frontu na tę budowaną 36 lat, począwszy od 1928, świątynię. Co cieklawe nie użyto tu cegieł, jak było z zwyczaju, a zbrojonego betonu. Niby niezbyt pasującego do takiego miejsca, ale tu priorytetem było bezpieczeństwo, wszak trzęsienia ziemi… Pokonując powoli schody zmierza,, głównym wejściem do środka. Zanim popchnę drzwi o masie 2,75 tony i zniknę w środku spoglądam na umieszczoną nad nimi rozetę, żywcem wyjętą z Chartres.

Zaraz po wejściu odwracam się i szukam wzrokiem umieszczonego na chórze instrumentu. Organy o 1422 piszczałkach zabudowane są jasnym drewnem. Na lewo od głównego ołtarza, widzę kaplicę Łaski Bożej (Chapel of Grace) z blokiem ołtarzowym z francuskiego wapienia z 1430 r. A nim flamandzkie retabulum z przełomu XV i XVI w. ściągnięte z opactwa Hambye w Normandii. Wracam do główej nawy wpatrując się w witraże Charlesa Cinnicka z 1930, stworzone z 20 tyś kawałków barwnego szkła! Co za misterna robota! Przed głównym wyjściem zerkam na podłogowy labirynt, mający symbolizować pielgrzymkę. Gdyby jeszcze dzwony zechciały przemówić! Żwawo bijące, w dzwonnicy Singing Tower i carillonem na 44 dzwony, ważą od 5,5 do 6 ton!

Grace Cathedral San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Grace Cathedral San Francisco, źródło: Flickr

A jeszcze domek przed katedrą! Ciekawa historia… Otóż przedsiębiorca pogrzebowy Nicolas Yung jako jeden z nielicznych odmówił Charlesowi Crockerowi – magnatowi kolejowemu sprzedaży swego terenu. Ten z zemście nakazał otoczyć domek 9-metrowym płotem. Mimo to Yung nie dał się złamać… Działkę przejęli dopiero w 1880 roku spadkobiercy Crockera, już po śmierci Yunga.

Klub Pacific Union San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Klub Pacific Union, źródło: Flickr

Ledwie dwie minuty zajmuje mi dotarcie okazałego Klub Pacific Union. To 42-pokojowa rezydencja, którą w 1886 wzniósł James Flood, tzw. król srebra. Wydał na nią 1,5 miliona $, co więcej dodatkowo przeznaczając aż 30 tys $ na ogrodzenie z brązu, zatrudniając na stały etat pracownika odpowiedzialnego za… jego polerowanie! To się nazywa mieć bzika… Nic dziwnego, że mury z brązowego piaskowca sprowadzonego specjalnie z Connecticut, uratowały rezydecję od spłonięcia… W 1907 dom kupił klub Pacific Union, którego członkiem był architekt William Polk. Dobudował dwa skrzydła i wówczas można było tu urządzić basen. Klub jest zamknięty dla postronnych i nie można go zwiedzać. Wstęp do niego mają tylko mężczyźni – oczywiście majętni i wpływowi z kręgów zarówno przemysłowych jak i politycznych. Mnie to raczej nie grozi….

Ku zwrotnicy

Opuszczam Nobb Hill; pora nieco odetchnąć. Jako, że pogoda temu sprzyja i kto wie, czy na termometrze nie pojawi się 27 kresek powyżej zera – co tutaj uchodzi na upał! – postanawiam, że idealnym celem jest Park Union Square. Pewnie niejeden się oburzy, za nazwanie tego skrawka parkiem. No, rzeczywiście może niezbyt fortunne określenie na to kilka palm i drzewek. Przysiadam na ławce przywołując w pamięci, co też wiąże się z tym miejscem. A było tak: gdy projektowano okolicę w 1847, Jasper O’Farrell ulokował tu hektarowy zieleniec. Co więcej, jego nazwę zaczerpnięto od wieców, organizowanych przez prounijną stroną konfliktu wojny secesyjnej. Jakby tego było mało, wojskowa namiastkę stanowi pomnik admirała George’a Deweya, dowódcy zwycięskiej armii USA w walce z Hiszpanią w 1898 z zatoce Manili. Ale to nie jedyne tajemnice związane są z parkiem! Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że już 1942 pod placem utworzono pierwszy podziemny garaż!

„Czy Majowie mają wspólnego z San Francisco? A czy mają coś wspólnego ze… stomatologią? Otóż okazuje się , że tak. Na 450 Sutter St., w wieżowcu w stylu art deco, działa wielkie centrum stomatologiczne „Medical and Dental Building”. A co do tego mają Majowie? Tyle, jego fasadę prócz złoceń, zdobią elementy z motywami tej rdzennej amerykańskiej cywilizacji.”

Tak „bujając się” ulicami jednego z większych miast Kalifornii naszło mnie następujące pytanie: co robią mieszkańcy, gdy miasto zalewają strugi deszczu, zwłaszcza od listopada do marca? Jeśli, nomen omen, w przypływie chwili chcą poczuć moc kultury chyba odwiedzają Teatr Geary. Warto tu zajrzeć nie tylko na wystawy, ale z jeszcze jednego powodu. Mianowicie… drzwi wejściowych, robiących niesamowite wrażenie swymi zdobieniami. Ceramiczne panele i maski w stylu komediowym i tragicznym to jednak nic. Mnie szczególnie podoba się, jak wkomponowano tu w fasadę kolumny. Istna poezja architektury…

Geary Theatre San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Geary Theatre; źródło: Flickr

O czym to ja zapomniałem? Ruszając dalej szukam w zakamarkach pamięci czegoś ważnego. Mam! Muszę zobaczyć Powell Street! W tłumie kupujących, co chwilę widzę… podobnych do siebie. Nie, nie moich sobowtórów, ale zafascynowanych tutejszymi tramwajami 🙂 Co chwila przystają, wyciągając aparat i robiąc zdjęcie przejeżdżającemu właśnie pięknemu wagonowi. I to właśnie dzięki nim na ulica stała się sławna!

Wprowadzeniem do ulicy jest z tej strony ręczna obrotnica tramwajowa, umożliwiająca zwrot wagonu o 180° i tym samym zmianę kierunku jazdy wagonu, który przystosowano do jazdy tylko w jedną stronę. Tak więc, nie używa się tu znanych w Polsce pętli umożliwiających zakręcanie. Niesamowite miejsce zwane Cable Car; wydawało by się zwykłe drewniane koło.

Cable Car San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Cable Car San Francisco; źródło: Flickr

Powell Sreet – królestwo pięknie odnowionych kamienic. Ich różnorodność aż bije po oczach. Widzę więc klasyczne, ozdobione fasady, ale też wplecione w zabudowę zewnętrzne schody. Po chwili przyglądam się kolorowemu muralowi. Zatrzymuję się na chwilę przy Hotelu Westin St. Francis by zerknąć na kolumny i zwisającą niemal nieruchomo amerykańska flagę. Kończę spacer na nabrzeżu, mając nadzieję, że kolejne ulice będą miały również tyle magii.

W chińskim świecie

Przekraczam zieloną bramę na Grant Avenue i wchodzę do innego świata. Jednej z legendarnych dzielnic miasta, a zarazem w jeden z najstarszych chińskich rewirów w Ameryce Północnej! Teoria mówi, że dzielnica to kwadrat otoczony ul. Bush, Brodway, Powell i Kearny. W praktyce, to jakby konglomerat mniejszych części, zamieszkany przez Chińczyków.

Emocje we mnie aż kipią, gdy staję przed najbardziej adekwatnym obiektem, jaki mógł się tutaj znaleźć. Smocza Brama (Dragon’s Gate), co ciekawe jest darem rządu… Tajwanu. Podchodzę bliżej by „przeczytać” umieszczony tu napis – zdanie Sun Yat-sena: „Wszystko, co pod niebem, jest pokarmem dla ludu.” No, ale „czytaniem” jest ciężko, skoro wszystko zapisane jest chińskimi szlaczkami… Co chwilę bocznymi przejściami i główną częścią przechodzą ludzie. Doprawdy różni… Są więc chińscy Amerykanie, biali… A propos, tak oryginalna konstrukcja miała swoje „zasady użytkowania”. Środkiem przechodzili niegdyś dostojnicy, zaś bocznych wejść pilnowały tzw. fou – kamienne smoki. I tak stoją od 1970, kiedy uroczystość otwarcia 18 października, przyciągnęła tłumy chińskiej mniejszości. Skoro stanowi namiastkę Chin w odległym San Francisco, nie dziwi mnie, że widzę jeden z najważniejszych chińskich symboli: smoki i ryby. No i oczywiście brama zbudowana jest zgodnie z zasadami feng shui, czyli zwrócona jest na południe.

Dragon's Gate San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Dragon’s Gate San Francisco; źródło: Flickr

Nie wiem czemu mnie to dziwi, ale już po paru metrach natykam się na sklep z pamiątkami. Zastanawiam się co też sobie kupić: magnes, a może tablicę rejestracyjną? Są też koszulki i lampiony. Wszystko pewnie, nomen omen… chińszczyzna. A przecież nie zawsze tak było… Podczas wytycznia Grant Avenue otrzymała nazwę Calle de la Fundacion. Wówczas to nie imigranci z Chin nią zawładnęli, a Meksykanie tworząc tu główny trakt słynnej osady Yerba Buena. Nic dziwnego, że to najstarsza ulica w mieście! Ale to jedyny latynoski akcent w okolicy. Idę dalej wpatrując się w latarnie, gdzie znów atakują mnie motywy chińskie – smoki z trzymanymi w paszczy czerwonymi lampionami.

Grant Avenue w Chinatown w San Francisco www.szlakiempodrozy.pl
Dragon's Gate San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Kolory Chinatown w San Francisco Flickr

Ciekawe ile pieniędzy przechodzi dziennie przez tutejsze sklepy? Szczególnie, że niemal co trzeci to jubiler. Staję na skrzyżowaniu z California St. i wpadam w lekką konsternację. Jeśli już spodziewałem się świątyni, to raczej jakiejś buddyjskiej. Tymczasem chmury, jakie właśnie zebrały się na niebie, ułatwiają spojrzenie w górę na Dai Choong Low, czyli Wieżę Wielkiego Dzwonu. Ale jak to, to przecież zwykły kościół Matki Bożej (Old St. Mary’s Church)? Przyznam, że trąci to lekko niespójnością. Ale jego historia brzmi tak: kiedy go konsekrowano w 1854 był pierwszą katedrą w San Francisco i największym budynkiem Kalifornii. W trakcie budowy wzorowano się na gotyckiej świątyni w Vich w Hiszpanii. Katedra pełniła swą rolę do 1891. A kiedy powstała nowa, ulokowana w mniej „grzesznej” okolicy, tę zdegradowano do roli zwykłego kościoła.

„Komunikacja miejska oparta jest na sieci Muni, szybkiej kolei miejskiej BART, zabytkowych tramwajach i trolejbusach z l.50 XX w.”

Wkraczam ponownie w chiński świat, w którym prym wiodą czerwone lampiony zwisające z… przewodów elektrycznych? Ależ oczywiście! Po co niepotrzebnie rozciągać linki, skoro można i tak. Czuję zapach chińskich potraw, które drażnią mój węch sporą dozą przypraw. W oczy rzucają mi się kolejne sklepiki ze świecidełkami, biżuterią i jedwabnymi szlafrokami. Wiecie jak smakuje prawdziwa chińska herbata? Tu macie okazję jej spróbować, w najbardziej popularnej herbaciarni tej części świata! W Ten Ren Tea Company of San Francisco, pod nr 949. Jako, że samą herbatą się nie wzmocnię wpadam po chińskie ciasteczka z wróżbą.

Wielu z mijanych po drodze imigrantów przybyło niedawno. Mogę się o tym przekonać próbując spytać jednego z nich o drogę. Zatrzymany mężczyzna spogląda na mnie jak kosmitę, wymachując rękami… Nie zna angielskiego…. Pewnie pracuje gdzieś za grosze, wykonując najmniej płatne zajęcia. Tak właśnie tu jest.Jedni sobie jakoś radzą, prowadząc małe biznesy, a reszta ledwo wiąże koniec z końcem…

Cofam się w czasie do lat 1846–47. Nad terenem władzę sprawują Meksykanie, zwąc swą osadę Yerba Buena. Jednocześnie wspomagam się scenami z amerykańskich filmów, których tematem przewodnim była gorączka złota. Tak jak wówczas na ekranie, tak i dawniej tu, jak grzyby po deszczu wyrastały saloony. O przeszłości miasta przypomina jeszcze mały galeon z żaglami – model statku Hispaniola, żaglowca znanego z „Wyspy Skarbów” Stevensona.

Wracam na dzisiejszą Stockton Street. Ludzie okupują knajpki, zajadając chińskie specjały. Inni robią zakupy. Pod nr 84 stoi podobizna pagody – siedziba Chinese Six Companies, które w l.50 XIX w. zjednoczyło wszystkie chińskie organizacje. Jak się to popularnie mówi: „dla dobra wspólnego”. Nieco dalej natykam się na świątynię Kong Chow poświęconą… generałowi Kuanowi Ti (855 Stockton). Skręcam Washington Street, ulicę tak wąską, że przejechać może tu naraz tylko jeden samochód. Ale jak może być inaczej, skoro po obu jej stronach rzędem zaparkowano Lexusy, Fordy i dostawczaki. Niecodzienna mieszanka… W takim entourage’u docieram do numeru 732, czyli starej chińskiej centrali telefonicznej w… czerwono-zielonej pagodzie. Dziś miejsce, w którym łączono połączenia telefoniczne, mieści bank. Cóż, znak czasów…

Do Chinatown z sentymentem wracają chińscy mieszkańcy innych dzielnic miasta. Ściągają ich prawdziwe narodowe produkty – pędy bambusa, groch cukrowy i inne specjały kuchni. Przysiadają by poczytać rodzime gazety, pooglądać chińskie filmy i spędzić rodzinnie czas. A potem, wracają do swych lepiej ulokowanych domów i mieszkań.

War Memorial Veterans Building San Francisco www.szlakiempodrozy.pl

Waverly Place; źródło: Flickr

I jeszcze ostatnia przecznica – Waverly Place. Zwie się ją tu „Ulicą Malowanych Balkonów”. Niedługa, ale z balustradami pokrytymi czerwienią, żółcią i zielenią. Dawniej miejscowi określali ją mianem „piętnastocentowej„ z uwagi na to, że właśnie tyle kosztowała usługa strzyżenia u tutejszych, chińskich fryzjerów. Po pożarze z 1906 wiele się tu zmieniło. Pojawiły się edwardiańskie domy ze sklepami i mieszkaniami, a na najwyższych piętrach otwarto… świątynie. Jedną z nich – Tin How choć założoną w 1852 r., przeniesiono tu w 1911. Wchodzę do środka i spoglądam na lampiony. W powietrzu czuję zapach kadzidła. Na ziemi stoi złoty posąg, ściągnięty z Chin w 1848. Jako, że świątynia poświęcona jest bogini nieba i morza Tin How przedstawia właśnie tę postać. Podchodzę do głównego ołtarza, zerkam jeszcze na scenki z życia Konfucjusza. Zanim wyjdę z chińskich szponów, zaglądam do bocznych kaplic. Może jakoś tutejsi bogowie wyprowadzą mnie z gąszczu uliczek Chinatown…

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *