Czym kusi środkowa Boliwia?

Boliwia – kraj nam z reguły nieznany. W głowie przelatują myśli o górskich pasmach, ale gdyby zapytać o ludzi o jakieś szczegóły większość pewnie wzruszy rękami. Zapraszam więc w podróż po środkowej części tego kraju! Tę tworzą dwa departamenty – Cochabamba i Chuquisaca.

Departament Cochabamba

Stolicą departamentu Cochabamba jest miasto… Cochabamba. Pomimo swego centralnego położenia nie uświadczy się tu turystów biegających z aparatami…

To czwarte pod względem wielkości miasto Boliwii, otoczone górami Kordyliery Wschodniej, założył Sebastian Barba de Padilla 1 stycznia 1574 roku. Co ciekawe nadał mu pierwotnie nazwę Villa de Oropesa. Ta zupełnie się nie przyjęła… Miejscowi nie byli w stanie wyzbyć się swej Cochabamby, której nazwa pochodzi od narzecza jakim posługują się Indianie keczua. Zbitka terminów qucha i pampa, czyli odpowiednio „jezioro” i „teren otwarty”, tworzą od 1786 roku oficjalną nazwę.

Zabudowania miasta wznoszą się na wysokości 2550 m n.p.m. Choć wszystko co widać dziś, to efekt hiszpańskiej działalności, to pierwsi na tym terenie zjawili się Inkowie. Sprzyjający klimat, ze stałymi rocznymi temperaturami 23-25 stopni C, sprawiał że miasto dość szybko się rozwijało. Od zawsze teren ten był wybitnie rolniczy – to stąd wyruszały zboża i inne płody ziemi, w daleką podróż na półpustynne Altiplano. Cel – wykarmić Potosi! Już wówczas znaczacy ośrodek wydobywczy srebra.

Centrum Cochabamby stanowi dzielnica, o dziwi nie nazywająca się Centro, a Casco Viejo. Szachownicowy układ sprawia, że równolegle i prostopadle wytyczonymi ulicami dochodzę do najważniejszego placu miasta – Plaza 14 de Septiembre (Plaza Principal). Plac wytyczono w końcówce XVI w, lecz dziś drzewa, ładnie przycięte krzewy i trawa sprawiają, że aż chce się przysiąść na ławce. Tak też czynię, jednocześnie oglądając na wysoką kolumnę na szczycie której dostrzegam ptaka. Konkretnie – kondora.

Cochabamba Kondor Plaza 14 de Septiembre

Kondor na Plaza 14 de Septiembre; źródło: Flickr

Kieruję się do południowej części placu, gdzie stoi Catedral Metropolitana de San Sebastian. Przechodzę tuż obok ściany, stworzonej z dwóch pięter łuków. Jasno szary kolor wpada w słonecznym świetle w jakąś jaśniejszą barwę, którą trudno scharakteryzować. Tuż przy murach świątyni, której budowa ruszyła 1701 roku, pod arkadami gnieździ się… kilku sprzedawców z małymi budkami. Ściany kościoła gdzieniegdzie usmarowane są napisami. Ot, wandale udający artystów…. Powstała na ruinach kościoła z XVI w. Catedral Metropolitana, oczywiście ma też wieżę zegarową. Jakże ten czas płynął wolno, skoro budowę ukończono po 34 latach. Spoglądam na wskazówki, przypominając sobie o jeszcze jednej pobliskiej atrakcji.

Katedra św. Sebastiána Cochabamba; źródło: Wikipedia

Wiem, że to tylko o rzut kamieniem. Skręcam w lewo i w wąskiej uliczce natykam się na Museo Arqueologico Universitario. Te robi na mnie… fatalne wrażenie. Odłażąca farba z elewacji sprawia, że najbardziej w oczy rzucają się, a jakże, napisy nagryzmolone czerwonym, zielonym i czarnym sprayem. Kraty w oknach przywodzą na myśl jakiś areszt, a nie placówkę kulturalną. Nie powstrzymuje mnie to jednak do wejścia i zaznajamiam się z wytworami prekolumbijskich mieszkańców regionu. Spoglądając na kamienie, mumie, kości, metale czy wyroby z ceramiki zapominam o denerwującym wstępie.

Jakże wielką zagadkę stanowi dla mnie oblicze tego miasta. A już tej okolicy w szczególności. Z jednej strony główny plac miasta z katedrą, a z drugiej to, o czym wspominałem – kompletna degrengolada. Kilka kroków dzielących odnowioną okolicę, z miejscem które turystów głównie odstrasza.

Ta ambiwalentność odczuć towarzyszami w drodze do Iglesia y Convento de San Francisco. Słynący z biblioteki, w której znaleźć można prawdziwe rarytasy – pochodzące z XVI wieku książki, jest jednak ukojeniem. Ale co też widzę… Na bocznej ścianie od ulicy Bolivar jest mural. Zielono-błękitny obraz ukazuje potęgę przyrody – wodospady, od których wąska ścieżką oddala się zakonnik z rękami w górze. Tuż obok mur uzupełnia malowidło ukazujące kobiety w radosnej procesji.

Będąc w Cochabambie nie wolno zapomnieć o targach! Największe z nich Mercado de Ferias i Mercado Cancha odbywają się na placach w pobliżu dworca autobusowego.

Zmierzam dalej na północ sunąc kolejną wąską, kolorowa uliczką. Okolica po raz kolejny robi się nieciekawa, widok zielonego radiowozu nieco mi uspokaja. Nie jednak na tyle, by idąc ślimaczym tempem, co chwila przystawać. Dzieci siedzą na murkach, handlarze próbują jakoś zarobić na życie. Zwykła codzienność. Zaczyna mnie jednak ogarniać coraz większy niepokój.

Gdzieś w środku ulicy zdaję sobie sprawę, że to już tu – Iglesia y Convento de Santa Teresa. XVIII-wieczny, żeński klasztor powstał dla ułatwienia życia wstępującym doń dziewczętom. Te do tej pory musiały podróżować na znaczne odległości. Karmelitanki mieszkają tu od około 1760 roku, a część z nich zajmuje się… oprowadzaniem turystów po klasztornym kompleksie, głównie kościele i kapitularzu z ołtarzem w stylu barokowym. Tak zbierają fundusze na renowacje obiektu. Co ciekawe, klasztor ten de facto jest zamknięty. To oznacza, że prócz sióstr – przewodniczek reszta nie opuszcza jego murów. Działający w ramach klasztoru kościół zaskakuje mnie. Tyle w nim obrazów. A do tego niemal cały w złocie i marmurach. Wstęp jest co prawda płatny, ale 15 Boliviano to raptem 8 zł. Można przeżyć.

Po duchowych atrakcjach, coś na bardziej przyziemnego. Ulokowany w parku, Palacio Portales stoi tu od 1927 roku, kiedy to słynny „cynowy baron” Simon Iturri Patin szukał nowego lokum. I tak powstała nieruchomość, która od samego początku imponowała. Bo czyż może nyć inaczej, skoro wnętrza zdobią marmury i specjalnie sprowadzone w Europy drewno? To widoczne jest misternie zdobionych obramowaniach okien. Pragnący otoczyć się blichtrem gospodarz zapewnił sobie nawet usługi francuskiego architekta Eugene'a Kliautt, który oparł się na pochodzących z ojczyzny formach. Tak powstały rzeźbione gzymsy i freski, łączące różne style. No i te kryształowe żyrandole, tworzące idealną poświatę dla marmurowych kominkach.

Jakież zapanowało zdziwienie, gdy w powstałej rezydencji Simon Iturri Patin – właściciel kopalni, a zarazem, jak głosi fama, najbogatszy ówcześnie człowiek świata postanowił w niej… nie mieszkać… Wnętrza z francuskimi meblami z czasów Napoleona I i Ludwika XV zostały tu jednak do dziś. Jest nawet mała replika zamku z Alhambry, oraz fragment kaplicy Sykstyńskiej!

Palacio Portales Cochabamba

Palacio Portales Cochabamba; źródło: Wikipedia

Gdy w lipcu 1987 padł pomysł ustawienia Cristo de la Concordia – figury Chrystusa z rozłożonymi rękami wszystkim przed oczami stanęła słynna rzeźba z Rio de Janerio. I rzeczywiście, tutejszy okaz to mniejsza kopia słynnego Christo Redentor. Betonowo-stalowy kolos ma 34,2 m wysokości, choć mierząc z cokołem nawet 40,44 m. Rozłożone dłonie oddziela 32,87 m. Budowa trwała ponad siedem lat! Od 1994 roku przypomina o wizycie papieża Jana Pawła II, który przybył tu z pielgrzymką w 1988. Tak jak brazylijski oryginał, także i ten obiekt stanął na wzgórzu – 265 metrowym wzniesieniu San Pedro. Co ciekawe figura tworzy punkt widokowy, turyści mogą udać się na wysokość ramion i stamtąd podziwiać panoramę miasta. Wchodząc na szczyt wzgórza San Pedro do pokonania jest 1400 schodów! Na szczęście skorzystać można też z windy.

Pomnik Cristo de la Concordia CochambaCristo de la Concordia Cochamba; źródło: Wikipedia

Komuś mało wspinania się? Pora na wzgórze San Sebastian! Tu także skorzystać można ze schodów. Nagrodą za ich pokonanie jest ujrzenie Monumento a las Heroinas (Pomnik Bohaterek). W 1926 roku stanął tu dla upamiętnia mieszkańców miasta, którzy w 1812 roku bronili go przez hiszpańskimi najeźdźcami.

Monumento a las Heroinas de la CoronillaMonumento a las Heroinas de la Coronilla; źródło: Wikipedia

Z tutejszego parku ruszam do Laguna Alalay. Kamieniste wybrzeże małego jeziora okupują wypoczywający miejscowi. Z zachodniego brzegu podziwiam panoramę, obfitującą we wznoszące się tu wzgórza. Nie są może wysokie, ale stanowią idealną namiastkę górskich pasm. Jeśli ktoś lubi góry, a nade wszystko takie widoki musi rzucić okiem na to miejsce. Alalay nie jest jakimś wielkim jeziorem. Niespełna 2,5 km2 powierzchni, oraz 5 metrów głębokości czyni z niego zwykły miejski akwen, jakich sporo na świecie.

A co poza miastem?

Przede wszystkim Parque Nacional Tunari na północnych obrzeżach miasta. Na 3090 km2 znaleźć tu można głównie pasma górskie Cordillera de Tunari z opinającymi je dolinami. Dolina Cochabamba na wysokości 2200 m n.p.m. kontrastuje tu z najwyższy szczytem – Cerro Tunari (5035 m n.p.m.). Park słynie ze pieszych szlaków. Piechurzy okupują zwykle główny, 10 km Senda Ecologica Parque Tunari.

Na południu z dala od miejskich zabudować działa port lotniczy. Aeropuerto Internacional Jorge Wilsterman to trzecie pod względem wielkości lotnisko w Boliwii, obsługujące loty krajowe i zagraniczne. A skoro jestem przy podróżowaniu, to tutejszy dworzec autobusowy – Terminal de Buses łączący miasto z La Paz, Sucre, Potosi, czy też miejscowościami na granicy z Argentyną. Jest i dworzec Kolejowy – Estacion Central de Ferrocarriles FCA.

Około pół godziny jazdy dzieli Cochabambę od gorących źródeł Termas de la Torre w których woda ma tu temperaturę 48 stopni C!

Inne miejsca departamentu Cochabamba

13 km na północ od centrum stolicy regionu jest miejsce, którego nie mogą pominąć miłośnicy wszelkiej roślinności. Tiquipaya, znane jako Ciudad de las Flores – „miasto kwiatów”. Ledwie 50 tysięczne ośrodek to okolica nieco różniąca się od typowych boliwijskich miasteczek. Dlaczego? Głównie z uwagi na sporą mniejszość brazylijską, która po emigracji do Boliwii, znalazła tu swe miejsce do życia. W górskiej Tiquipaya leżącej na wysokości 2649 m n.p.m. życie płynie wolniej. Spokojne centrum stanowi Plaza Principal, na której spoglądam na… dzwon, a raczej konstrukcję w jego kształcie mająca osłonić od promieni słonecznych udręczonych upałem mieszkańców.

Quillacolo – to tu udają się pątnicy, oraz wierzący w moc modlitwy. Sanktuarium maryjne pęka w szwach w czasie sierpowej Fiesta de la Virgen de Urkupina. Pielgrzymi zmierzają do obrazu Maryi Panny ubrani w barwne stroje, z religijnymi pieśniami na ustach, wplatając własne lokalne utwory. Jest to jednocześnie największe miasto Boliwii nie posiadające uniwersytetu.

Historia przemawia w tym regionie głównie za sprawą departamentu i wsi Sipe Sipe. To w niej w 1811 i 1815 roku bitwę stoczyły połączone wojska boliwijsko-peruwiańsko-argentyńskie starając się wyzwolić spod jarzma Hiszpanii. Z Sipe Sipe ruszają też wycieczki do ruin warowni Incallacta i Inca Raqay powstałej w latach 1460-70. Incaracay ukryte są w górach Tahhuani; kamienne mury będące częścią fortyfikacji obronnych miasta Cochabamba są dziś chronione.

Incallajata to się ruiny siedemnastu obiektów zbudowanych na planie koła i czworokątów około 1460 roku przez Inkę Tupaca Yupanqui, którego ziemie najeżdżali Indianie Guarani. Prowadzone są tu też prace archeologiczne, zaś od 1988 miejsce to uznano za Pomnik Narodowy. To tu wejść można do jaskini, mieszczące się w Parku Narodowym Toro Toro. Park ma 165 km2 powierzchni, żyją w nim koty i lisy andyjskie, jednak to nie owe zwierzęta a skamieniałości stanowią tu najciekawsze okazy. Ile jest bowiem miejsc w których można z bliska przyjrzeć się śladom dinozaurów sprzed 60 milionów lat, czy ich skamieniałym kościom?

Ruiny Incallajta w środowej Boliwii

Ruiny Incallajta; źródło: Wikipedia

By poczuć wyjątkowy smak chleba udaję się do prowincji Arani. Od lat powstaje tu pieczywo z różnego typu mąki, przez co tutejsi piekarze podziwiani są w całym regionie. Co więcej doczekali się nawet „święta chleba”. Ale nie tylko chleb jest tutejszym znakiem rozpoznawczym. Okolica usiana jest szczytami i wzgórzami.

Z kolei o prowincji Arque można powiedzieć, że bieda w niej aż piszczy. 23 tysiące ludzi żyje w okolicy, która od dawna zajmuje ostatnie pozycje w rankingach dotyczących jakości ochrony zdrowia, czy edukacji. Społeczność na którą w 95% składają się Indianie Keczua żyje ze zbiorów plonów, które zużywa na własne potrzeby.

Miejscowość Capinota, jedna z większych założona została z uwagi na przecinające się tutaj rzeki, Río Arque i Río Rocha zapewniające dobre warunki dla rolnictwa. Jedyny wyłom w charakterze działalności zarobkowej stanowi cementownia.

Domek w mieście Capinota

Lokalny koloryt miasteczka CapinotaCapinota i jej lokalny koloryt; źródło: Flickr

Na prowincję Carrasco składa się kilka ciekawych miejscowości. Jak choćby Totora, w której pierwsi pojawili się Inkowie. Gdy przybyli tu Hiszpanie zorganizowali tu plantacje kakao. Nie dziwi więc kolonialny charakter budowli i ulic.

O niespełna 8 tyś Aiquile wraz z prowincją Narciso Campero zrobiło się głośno w 1998, kiedy to nawiedziło je trzęsienie ziemi. W jego wyniku życie straciło ponad 100 ludzi, a kilka tysięcy zostało bez dachu nad głową.

Środkowo-boliwijska Villa TunariVilla Tunari to jedno z najniżej położonych miateczek w okolicy na wysk – ledwie 350 m n.p.m. W tutejszym Parque Machia działa schronisko Comunidad Inti Wara Yasi – leczące zwierzęta, które ucierpiały w zoo, lub cyrkach. Co ciekawe w jego ścieżki prowadzą przez las deszczowy. Źródło foto: Flickr

Miejscowość Puerto Villarroel nad rzeką Ichilo leży na wysokości 230 m n.p.m. To zarówno miasto, jak i obszar municypalny w którym żyje około 40 tyś ludzi. Na błotnistych ziemiach, które nieraz nawiedzają powodzie. miejscowi pobudowali domy – kryte blachą, mającą je chronić przez zalewaniem.

W pobliżu przechodzę się po Parque Nacional Carrasco z jaskiniami, w których mieszkają nietoperze. Ostatnim akcentem pobytu w departamencie Cochabamba jest wizyta w orchidarium, w którym hoduje się ich 70 odmian! Żyją tu nawet aligatory.

Departament Chuquisaca

Sucre. Miasto, stojące niemal na równi z La Paz – stolicą. Wszystko przez historyczny zryw. Właśnie tu ludzie postanowili wyrwać się spod jarzma i ogłosić niepodległość. Sucre zwane „białym miastem”, z uwagi na kolor zbudowanych w stylu kolonialnym domostw i kościołów szczyci się mianem najpiękniejszego zakątka kraju. My powinnyśmy to rozumieć szczególnie. Przecież to Kraków, a nie Warszawa jest turystycznym hegemonem do którego ściągają zagraniczni turyści.

Dziś Sucre – stolica departamentu Chuquisaca, a zarazem prowincji Oropeza to ćwierć milionowe miasto. Niemal okrągłe z kształtu miasto przypomina mi… kartofel. Kolonialna mieścina powstała 19 września 1538 roku, kiedy to Hiszpanie zdobyli Choquechaca – będące poprzednikiem Sucre.

W granicach miasta działa stanowisko archeologiczne w Cal Orcko w którym znaleziono pozostałości po dinozaurach. Dziś tutejszy kraobraz tworzy dosyć strome urwisko, dochodzące do wysokości 80 metrów.

Intuicja podpowiada mi, że powinienem zacząć od południowej części miasta. Tak zjawiam się pod budynkiem franciszkańskiego klasztoru La Recoleta. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to stwierdzenie: „wybitnie kolonialny”. Ściany parterowego gmachu niemal dotykają murów kościoła. Życie toczyło się w nim jednak nie tylko w rytmie modlitwy. Przechadzali się po nim także żołnierze korzystający swego czasu tu z koszar, jak i osadzeni w działającym niegdyś tu więzieniu. W środku spoglądam na chór oraz rzeźby wykonane w drewnie oraz kolekcję obrazów. Całość stoi tu od 1600 roku, choć nie uniknął przeróbek w XIX w.

La Recoleta w SucreLa Recoleta w Sucre; źródło: Flickr

Plac 25 Maja w przeszłości stanowił centrum miasta. To tu kwitnął handel, dzięki któremu miejscowi zarabiali na życie. Dziś zobaczyć tu można ogrody i stojące pomniki bohaterów narodowych.

Katedra w Sucre mieści się właśnie tu – na placu. Jak wielki ciężar wzięli na siebie mieszkańcy pragnący godnej świątyni niech świadczy fakt, że jej budowa począwszy od 1551 roku trwała ponad wiek! Stąd też widzę jak wielka jest tu mieszanka stylów. Na pierwszy rzut oka to trójnawowa, barokowo-renesansowa budowla, jednak gdy przypatruję się bliżej dostrzegam lokalne wpływy zwane tu mestizo. Podnoszę głowę, by spojrzeć na wieżę. To tu ulokowany jest jeden z symboli miasta – duży zegar, o który wzbogacono świątynię w 1772. Sama wieża także przyciąga uwagę. Rzadko bowiem takie konstrukcje opierają się jakby z trzech części stanowiących coś na kształt piramidy.

Katedra La Merced w Sucre

Cathédrale Sucre; źródło: Flickr

Życie na placu

Także na placu, w Domu Wolności, czyli Casa de la Libertad niegdyś regularnie organizowano wykłady uczelniane. Jednak to nie one przeszły do historii, a wydarzenie z 1825 roku. Wówczas w jego wnętrzu podpisano tzw. Akt Niepodległości Wielkiego Peru, do którego wówczas należała część Boliwii. Dziś mieści się w nim biblioteka naukowa o specjalności historia geografii, Sala Niepodległości, oraz Hala Posłów. Na wewnętrznym dziedzińcu trafiam na dwa elementy, które są dla niej szczególne. Jeden to wystrzeliwujący strzałę z łuki Indianin, drugi zaś to stojąca pośrodku fontanna. Jeżdżące na ulicach okalających plac samochodu i skutery skutecznie zagłuszają myśli. Niezauważenie więc dochodzę do Gobierno Autonomo Municipal Sucre – tutejszego ratusza. Jasny budynek z długim balkonem nad wejściem przypada mi do gustu. Po prostu tutaj pasuje.

Przez zadbaną uliczkę Arenales, mijając restauracyjki, w ciągu dziesięciu minut docieram do Placu Wolności – Plaza Libertad. Jego głównym punktem jest biała wieża, którą zbudowano z pieniędzy zebranych przez gubernatora Ramóna Garcíę Pizzaro jako… kary za nieprzepisową wielkość i ciężar chleba produkowanego przez tutejszych piekarzy.

Kilka kroków dalej i już jest jestem w Parku Simona Bolivara, który wytyczono już w XVII w. Przypominam sobie, że to co widać dziś to efekt przeobrażeń z początku XX w. Znajduję w nim… replikę paryskiego Łuku Triumfalnego i tamtejszej Wieży Eiffla. W cieniu na ławkach siedzą głównie starci mieszkańcy miasta. Nie ma się czmu dziwić, reszta o tej porze pracuje… W środku parku w górę wzbija się Torre de Observacion. Po wspięciu się spiralnymi schodami spoglądam na okolicę. Postanawiam wrócić tu wieczorem, kiedy po zapadnięciu pejzaż zmienia się nie do poznania, tworząc coś magicznego…

W 1948 roku, dokładnie 27 marca miasto nawodziło trzęsienie ziemi.

W tym mieście naprawdę nie da się uciec o religijnych naleciałości. Istotny komponent stanowią tu bowiem kościoły:

  • San Lazaro to najstarszy miejski kościół. Powstał już w 1544 roku jako pierwszy kościół w Boliwii! Dziś w wyłożonej czerwoną wykładziną świątyni prócz ołtarza, wyżłobionego w cedrze i pomalowanego na biało zerknąć można na chrzcielnicę i malowidła sewilskiego artysty ukazujące Chrystusa i Apostołów

  • La Merced zbudowany został… dwa razy. Pierwszy raz powstał 1591, drugi w 1630.Wierni przychodzą tu nie tylko pomodlić się ale też zerknąć na obrazy Melchora Péreza de Holguín i barokowy ołtarz oraz pięknie rzeźbiona ambonę + mam foto: La Merced Sucre wikipedia

  • Kościół i klasztor św. Teresy – gdy 5 października 1655 w mieści zjawił się abp Gaspara de Villarroel wiadomo było, że powód nie może był błahy; dowodem na potwierdzenie tej tezy jest właśnie ten ośrodek karmelitów bosych z dużą dzwonnicą

  • Kaplica Dziewicy z Gwadelupy – w jej powstaniu również maczał palce dostojnik kościelny, tym razem bp Alonso Ramírez de Vergara, który w 1602 polecił ja wznieść; 15 lat później powiększono ją a w 1784 r. wzmocniono oryginale płótno z wizerunkiem świętej

Chuquisaca – poza utartym szlakiem

Pora opuścić Sucre i udać się na prowincję. To ponoć tam najpełniej doświadczyć można tego, jak życie się w departamencie Chuquisaca. Ponad 581 tyś mieszkańców trudni się tutaj głównie rolnictwem. Władze państwowe sprawują zaś pieczę nad terenami roponośnymi i wydobyciem gazu.

Prowincja Juana Azurduy de Padilla. To tu pielęgnuje się pamięć o człowieku, którego nazwiskiem “ochrzczono” ten rejon. Walcząc o niepodległość to malutki okręg na który składają sielediw dwa miasta. Mieszkańcy Azurduy zaliczają się do grupy najmniej wykształconej grypy obywlteli całeg kraju., Dość powiedzieć, że niespełna 40% ludnosci potrafi tu czytać i pisać. Ale nie to stanowi największy problem mieszkańców. Tym jest bez wątpienia brak dostępu do opieki zdrowotnej skutkujący tym, iż średniu wiek życia mieszakńcow wynosi ledwie 57 lat… Smutną statystykę uzupełnia fakt, iż jedno na dziesiec niemowląt umiera w trakcie pierwszych miesięcy życia…

W tutejszym 14 tyś miasteczku Tarvita, lewie 10% ludności ma dostęp do prądu, zaś 5% korzysta z sanitariatów.

Na pejzaż niespełna 40 tysięcznej prowincja de Jaime Zudáñez, rozciągającej się na ponad 3700 km2 , wpływa głównie charakter gminy Icla. Jej wyjątkowość objawia się w tym, że składa się z około… 115 miasteczek i wsi. W największym z nich mieszka tylko 500 osób!

Z czym może kojarzyć się prowincja Tomina? Nie ma tu wielkiego wyboru, więc pewnie z Padillą. Miasto, którego mieszkańcy, jak rzadko którzy w okolicy w pełni cieszą się względnie dobrym dostępem do pitej wody, nielimitowanym dostępem do prądu i kanalizacji. Na co dzień ludzie pracują tu gównie na plantacjach papryczek chili, orzeszków ziemnych oraz płodów ziemi. Gdy 23 czerwca 1583 miasto założyli Miguel Martín i ojciec Antonio Gallegos Bermúdez nie spodziewali się jaka czeka ich przyszłość. A historia to tragiczna… Nowo założoną osadą zaatakowali Indianie keimbas, którzy wyżęli cała ludność. Równo trzy lata zajęła odbudowa miasteczka nazwanego Villa de San Juan de Rodas.

Rejon Chuquisaca gromadzi wiele imigrantów przybyłych głównie z Argentyny (65% całości). Zawędrowali tu także Europejczycy – głównie Hiszpanie, Niemcy i Franzuci. Zdecydowanie bliżej mieli Peruwiańczycy Brazylijczycy, a nawet obywatele USA.

Targ w Tarabuco

Barwny targ w Tarabuco, stolicy prowincji Yamparáez. Obowiązuje na nim zasada wymiany różnych dóbr: żywności, odzieży, a nawet zwierząt. Warto zobaczyć w akcji tutejszych „górali- tkaczy”, którzy na oczach klientów za pomocą krosna ręcznie tworzą swe wyroby. Źródło: Wikipedia 

Prowincja składa się z czterech miast. Stolica Camargo, jak większość tutejszych mieścin także i ta zaczerpnęła nazwę od nazwiska bohatera narodowego. Tym razem uhonorowano Jose Vicente Camargo, który jako nieposłuszny władzo partyzant został ścięty. Camargo słynęło w regionie z wyrobu wina. Kryzys związany z pojawieniem się nowych rodzajów alkoholu sprawił, że ludzie zmuszeni byli się „przebranżowić”. Tak pojawiły się tu ośrodki wypoczynkowe.

Miasto Camargo

Miasto Camargo; źródło: Flickr

Indianie Guarani nigdy nie opuścili terenu, który dziś należy do prowincji de Sud Cinci. Miejsce to wkrótce po odkryciu Ameryki nawiedzili misjonarze. Ale rozwój miasta Culpina nastąpił dopiero po tym jak zjawiły się tu wpływowe rodziny. Jedną z nich byli Jose Ortiz z żoną Eleną Patiño, jednocześnie córką cynowego magnata Simona Patiño. Ród ten zajął się poważnie biznesem działając w różnych branżach.

To już koniec przygody w centralnej Boliwii. Pora na nowe wyzwania…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *