Arequipa Peru www.szlakiempodrozy.pl

Arequipa w 24 godziny

Nim jednak, w pocie czoła, poczęto wznosić klasztorne mury 15 sierpnia 1540 w tutejsze okolice przybył hiszpański porucznik García Manuela de Carbajal. Roztoczył przed współpracownikami wizję tak pięknego miasta, że postanowiono podkreślić to w jego oficjalnej nazwie. Tak „Beautiful Villa of Our Lady of the Assumption”, wkrótce zostało kolejną ostoją Hiszpanów w Nowym Świecie, przeobrażając się w największe kolonialne skupisko dzisiejszego Peru. Cabrallowy nie było jednak dane długo chodzić w glorii autora nazwy miasta. Był 22 września 1541 kiedy król Carlos V przeobraził je w dzisiejszą Arequipę. Tak dokonała się pewnego rodzaju sprawiedliwość dziejowa; powrót do słownictwa nadanego ziemiom przez zamieszkujące je plemię Ajmarów, dla których określenie to oznaczało „miejsce ze spiczastą górą”.

No tak, ale jak to z nazwami bywa, tu także nie sposób odgonić się od legend. Miejscowi do dziś powtarzają jedną nich – inka Matta Capac, podróżując przez dolinę pewnego razu wydał rozkaz zatrzymania się. A jako, że w języku keczua rozkaz „tak, zatrzymajcie” brzmiał: „ari quipay”.

„Miasto podzielone jest na 14 dzielnic; z cały obszar metropolitalny Arequipy składa się z 19 części.”

Nagle obok mnie w trakcie kilkunastu sekund pojawia się zgraja ludzi. Próbując dociec powodu, przystaję na chwilę i obserwuję, jak potoczy się bieg wypadków. Wreszcie udaje mi się ustalić, że piesze zwiedzanie miasta jest tu niezwykle popularnie. Miejscowy ośrodek turystyczny „FreeToursByFoot” organizuje spacery szlakiem najważniejszych adresów w mieście, zwany „Arequipa Walking Tour”. Trasa wiedzie sprzed fabryki czekolady przy ul. Santa Santa Catalina 204, wieńcząc spacer przy centralnym placu. Kto wie, czy gdyby nie mój 24 godzinny plan, może właśnie zdecydowałbym się na taką formę zwiedzania…

Tymczasem, już po 19.00. Baterie zaczynają mi się wyczerpywać. Pora więc na przyswojenie odpowiedniej dawki kalorii. Znajduję knajpkę, w której zamawiam tradycyjne „arequpiańskie” dania, czyli: faszerowaną mięsem paprykę, oraz opartą za ziemniakach pastel de papa. Z jednej posiłek był nader słuszną decyzją, zważywszy na fakt, iż od rana nic nie jadłem z drugiej, odczuwam taką błogość, że… siedzę przy stoję półtorej godziny. Wiadomo – najpierw przyrządzenie, potem delektowanie się smakiem, w końcu zaczerpnięcie porządnego oddechu.

Muzeum Areuipa www.szlakiempodrozy.pl

Połykając kolejne metry zbliżam się do miejsca, które różni się od dotychczas przez mnie odwiedzonych. Jest po 20.30 i szeroka brama Mundo Alpaca na Av. Juan de la Torre 101, jest już zatrzaśnięta. A szkoda, bo bezpłatna możliwość przyjrzenia się z bliska zwierzętom z gatunku alpak mogła być zabawna. I do tego pouczająca, bo można wchłonąć tu sporo wiedzy o wykorzystywanych do ich ostrzyżeni maszyn. Pozbawiony możliwości zerknięcia na sekrety tutejszego biznesu włókniarskiego, żałuję że nie dane mi jest kupić wyrafinowanie barwionych tu tkanin. Więcej tutaj. 

Wiecie, że miasto wytyczone zostało przez Hiszpanów w specyficzny sposób? Tamtejsi architekci nakreślili na planach szachownicę, na którą składa się 56 bloków, z których każdy na 111,4 m. Tak przyszło mi to do głowy, gdy z Puente San Martin, łączącym obie strony Rio Chili zerknąłem za siebie. Jest przed dziesiątą, gdy staję przed Colegio Nuestra Señora de Fátima. Przed nowoczesnym budynkiem stoi wykonany z witraży, swego rodzaju ołtarz. Poniżej niego na schodach wciąż siedzą grupki młodzieży, bez wątpienia uczniowie miejscowej katolickiej szkoły.

Okrążam zabudowany kwartał i po chwili rozglądam się po Parque Libertad de expresió z dziesięcioma kolumnami, ułożonymi w łuk, pomnikiem i małym obszarem do siedzenia przypominającym muszlę koncertową. Jako, że o tej porze nierozsądnie tu przebywać samemu, opuszczam adres. W połowie 2018 władze miasta postanowiły rozprawić się z przesiadującymi tu grupami młodych ludzi. Zazwyczaj spożywający wysokoprocentowe napoje zostali spacyfikowani podłączeniem monitoringi i dodatkowymi patrolami, ale licho nie śpi.

Gdy o 22.30 po pokonaniu prostego odcinka drogi przekraczam bramy stadionu na ul. Los Angeles miejscowi już dawni ganiają już za piłką. Okalający murawę błękitny tartan dla biegaczy także zieje pustką.

Nocny obchód po uczcie

Gmachy użyteczności publicznej w mieście pozamykane są na cztery spusty. Noc spędzę więc na włóczeniu się po ulicach i filtrowaniu wszystkimi receptorami wieczornego miasta.

Zanim to jednak nastąpi zakręcająca ulicą w docieram do Monasterio y Museo de la Recoleta, mijając po drodze czerwoną bryłę brytyjskiego konsulatu. Klasztorna placówka chełpi się przebogatymi zbiorami tutejszej biblioteki, której na półkach pęcznieje 20 tys woluminów i map, a w salach spoczywa kolekcja sztuki religijnej. Nie do wiary, że najstarsza dostępna tutaj książka została wydana w 1494 roku! Co ciekawe mimo wyraźnie religijnego charaktery placówki znaleźć tu można okazy z artefaktów amazońskich, w tym masek pogrzebowych, totemów, ale też mumii. Jako, że już po godzinach zerkam tylko na budynek.

Jest po 23.00 kiedy w położonej nieopodal knajpie siadam przy stoliku, próbując rozeznać się w tutejszych zwyczajach. Zamierzając posmakować tutejszych dobrodziejstw kuchni niemal nabożnie studiuję menu. Po zamówieniu próbuję się wsłuchać w nocne rozmowy autochtonów. Ale nie jet to takie łatwe. Teoretycznie mówią po hiszpańsku; tutejsza lokalna gwara brzmi jednak nieco inaczej. Gdzieś przeczytałem, że mieszkańcy Arequipy mają bardzo duże poczucie odrębności regionalnej. I, że gwara jest właśnie jednym z najważniejszych jej elementów.

Kelnerka przynosi mi zamówienie. Ocopa prezentuje się świetnie – ziemniaki podane z roztopionym serem, przykryty, jeszcze do tego pikanym sosem. Lokalne danie jem ze smakiem

Z głośników sączy się latynoskie rytmy, parkiet okupują miłośnicy tańca. Napchany żołądek sprawia, że odcina mi jakby prąd, a oczy robią się ciężkie. Próbując walczyć z nadchodzącym snem zamawiam jeszcze macną kawę.

Gdy wreszcie się podnoszę jest po pierwszej. Teraz mogę sobie pozwolić na to, co kocham najbardziej – niespieszny obchód miasta. Ubocza utartych szlaków to najlepsze miejsce by poznać prawdziwe miasto. Wpatrując się w ciemne niebo zauważam jakiś rozbłysk. Wybuch? Nie, to podchodzący do lądowania samolot. Patrzę jak zbliża się do ziemi i konstatuję, że 7 km na północ od miasta non-stop działa przecież tutejsze lotnisko. Szacuje się, że rocznie odprawia się na nim ponad 920 tyś pasażerów!

Kilkadziesiąt minut obserwuję ruch samolotów na rozgwieżdżonym niebie. Z letargu wybudza mnie chęć podążenia wzdłuż Rio Chili. Przechodzę pod wąziutkim Puente de Fierro, słysząc płynąca z werwą wodę. Zamknięta brama zmusza mnie do obejścia części brzegu. Tak natykam się na osiedle domków. Jedne mniejsze, drugie większe – każdy w innym kolorze. Spokojna okolica, już na pierwszy rzut oka widać, że zamieszkana przez dobrze sytuowanych.

Płynąca przez Arequipę Rio Chili www.szlakiempodrozy.pl

Płynąca przez Arequipę Rio Chili; źródło: Flickr

Stale wznoszący się teren sprawia, że moje tempo przemieszczania się jest wybitnie spacerowe. Wreszcie skręcam w ul. Pacheco, by przystanąć przed pomnikiem gen. Jose de San Martina. Niestety, przez brak dochodzącego światła lamp, usytuowany na środku trawiastego ronda zwanego Rotonda da Vellecito, pozostaje w ciemności. Przysiadam na ławce – przecież mam czas…

Zapełniony żołądek i nocna pora sprawia, że oczy mi się kleją. Ratunek jest tylko jeden i po chwili ponowie idę ścieżką niemal dotykającą rzeki. Avenida de Marina widocznie jest królestwem salonów samochodowych, mijam salony Honda, Mistubishi i innych marek. Czuję, jak z każdym kolejnym krokiem droga się wnosi. Zerkam w lewo i rzeczywiście – rzeka zniknęła gdzieś w dole, w gąszczu drzew. Przechodzę pod ślimakiem łączącym most z drogą zerkając na centrum handlowe „Plaza Vea”.

Z rzadka przejeżdżające samochody, co jakiś czas dają znak, że jednak oprócz mnie jeszcze ktoś w tym mieście nie śpi. Wpatruję się w smartfona i z mapy wynika, że zbliżam się do czegoś ciekawego. Jest 2.30 gdy leniwie skręcam w prawo i przechodzę przez Puerta del Puente, odnajdując Tambo Matadero. W nikłym świetle lamp omiatam ściany rzeźni Tambo zastanawiając się ile w niej spłynęło zwierzęcej krwi. Kamienne zabudowania z XVII w. prezentowały się początkowo godnie, jednak XX w. przeobraził je w typowe slumsy. Dziś trudno mi w to uwierzyć patrząc na zadbane przejścia, które jeszcze w 2000 roku stanowiły domy dla biedoty, której udostępniono jedną łazienkę na niemal 30 rodzin! Rozglądając się po ciemnych, zrewitalizowanych zakamarkach myślę o tym, jak wiele ku dobremu zrobiło… trzęsienie ziemi. Gdy nadeszło, burząc tambo stało się początkiem udanego procesu odnowy okolicy.

Kilkanaście metrów przed Tambo de Bronce, którego historia powstania osadza się na chęci zapewnienia podróżującym z szeregiem towarów, w tym żywym inwentarzem reprezentującym inkaską społeczność. Nierzadko pokonujący gigantyczne odległości, potrzebowali godnych warunków do zregenerowani sił. Skoro noc nie pozwala ocenić wszystkiego zmysłem wzroku, dotykam porowatej ściany opuszkami palców. Ściany znacznie uboższych początkowo adresów poczęły się przeobrażać w tradycyjne rezydencje. A jako, że działki były na wagę złota, zabudowania te wciskano gdzie popadnie. Tambo de Bronce, pierwotna własność wysokiego rangą urzędnika Don Juana Pío de Montúfar y Frasso.

Wracam na ulicę poprowadzoną wzdłuż Rio Chili i przystaję na Puente Bolognesi. Opierając się o barierkę staję w w jednym z dwóch specjalnie wykrojonych półokręgów, mających pozwolić cieszyć się panoramą miasta, bez przeszkadzania sunącym chodnikiem pieszych. Tyle tylko, że teraz i tak to bez znaczenia, gdyż stoję na moście sam. Światła miasta niby oświetlają drogę, ale żeby zobaczyć coś więcej trzeba mieć naprawdę sokoli wzrok. Choć akurat sylwetkę wysoki kopiec wulkanu Misti udaje mi się jakoś dostrzec.

„Na terenie miasta działa 15 uniwersytetów, z czego jeden tylko jeden jest miejski i publiczny.”

Po chwili jestem już na powrót niżej. Na skrzyżowaniu z Calle Moral objawia mi się mural. Próbuję zrozumieć „co autor miał na myśli,” ale czerwono zielone koło z głową kota, którego nogi tworzą pnie drzew to dla mnie za dużo.

Mijam opuszczony budynek będący w ruinie i warsztat samochodowy dedykowany marce Chevrolet. Po chwili za zamkniętą bramą widzę rozlatujący się wrak auta. Ogarniająca mnie cisza i fakt, że okolica nie wygląda na najbardziej bezpieczną sprawia, że spostrzegając park napawa nie to ulgą. W Parque Heroes Navales z ulga przysiadam na ławce.

Zbliża się 6 rano, powoli wstaje słońce. Na białe zabudowania Arequipy zaczynają padać pierwsze promienie. Owe ściany to istniejący do dziś dowód na aktywność wulkanu Misti. Ten wyrzucając podczas wielkie pokłady tufu wulkanicznego dostarczył budulca, z którego budowano niemal wszystko. Stąd miasto zwane jest tu i ówdzie Ciudad Blanca – Białym Miastem. A zresztą, chcąc rzucić okiem na wulkany można udać się do położonego 2 km od Arequipy „Yanahuara Viewpoint” z którego roztacza się na otaczające miasto wulkany Misti, Chachani i Pichu Pichu. Ci ciekawe pierwszymi mieszkańcami w tym rejonie byli członkowie ludu Ajmara, który pojawili się w tych stronach już w I w. Ale to Inkowie, wziąwszy ziemie we władanie w XV w. zbudowali coś co budziło zachwyt.

Lokalny koloryt Arequipy www.szlakiempodrozy.pl

Lokalny koloryt Arequipy; źródło Flickr

Chodzę to tu to tam oczekując na otwarcie miejscowych knajpek, czując jak powieki zaczynają mi się mocno ciążyć. Ale przynajmniej wiem dlaczego. Mój nocny maraton po Arequipie, mieście położonym wysokości od 2041 do 2328 m n.p.m. pora powoli kończyć. Kilka minut po godzinie ósmej w restauracyjce zamawiam gofry. Kilka chwil potem siadam nad talerzem i zaczynam wsuwać śniadanie. Popularny wśród miejscowych pierwszy posiłek, przypada do gustu i mnie.

Gdy z napełnionym dopiero co brzuchem zerkam na zegarek uznaję, że moja misja jest zakończona. Wybiła 9.00.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *